Czterej pisarze, którzy doprowadzili mnie tu, gdzie teraz jestem

Do praktykowania katolicyzmu stopniowo zacząłem wracać gdzieś pod koniec 2017 roku. Skłoniło mnie do tego wydarzenie, które opisałem w „Mieście cudów”. Ale wtedy nie myślałem jeszcze o powrocie do fikcji, którą po nieudanej debiutanckiej powieści zarzuciłem na rzecz publicystyki. A już o tym, że będę chciał pisać grozę i thrillery, nie roiłem sobie nawet w najśmielszych snach. Wszystko – jak opisałem w moim bio – zmieniła… hmm, no niech będzie, że pandemia. (Znudziło mi się pisanie tego w cudzysłowie – uznajmy po prostu, że mówimy o zjawisku cywilizacyjnym, choć niekoniecznie medycznym, które, jakbyśmy tego nie wypierali, jednak nastąpiło.)

Właśnie wtedy – całkiem osamotniony ze względu na pogląd, że to zwykła hucpa, który zwłaszcza w pierwszym roku z automatu kwalifikował cię jako mordercę seniorów i egoistę, ale również na rozdrożu zawodowym, bo pewną rysującą mi się dziennikarską fuchę musiałem z oczywistych powodów odpuścić – wróciłem do dawnych zainteresowań mrocznymi historyjkami, odstawionych do lamusa gdzieś tak mniej więcej w 2012, kiedy to niezwykle spoważniałem i uświadomiłem się politycznie oraz ideowo.

Zacząłem znów oglądać filmy (bo u mnie to zawsze było zainteresowanie skierowane bardziej na film niż na literaturę). Było to dla mnie doświadczenie czysto eskapistyczne, wynikające z chęci odcięcia się od realnego koszmaru za oknami. No i w końcu zacząłem też tkać własną fabułkę – tak odległą od tu i teraz, jak to tylko możliwe. Pomysł na nią zakiełkował mi kilka lat wcześniej, ale bawiłem się nim całkowicie niezobowiązująco – byłem zbyt pochłonięty gorącą bieżączką. Kto pamięta upalne politycznie lato 2017, ten wie, w czym rzecz. W każdym razie tak, mniej więcej w pół roku, narodziło się „Spełnienie”. Szerzej o okolicznościach jego powstania piszę w posłowiu do samej powieści (które w zasadzie powinno chyba być przedmową – pomyślę o przeredagowaniu tego w jakimś przyszłym uzupełnionym i poprawionym wydaniu).

No i złapałem bakcyla. Wiedziałem, że chcę więcej podobnych pisarskich przygód. Nie myślałem jeszcze natomiast o łączeniu tych fascynacji z moim światopoglądem. Obie sprawy funkcjonowały w moim umyśle jak gdyby na osobnych torach. Tyle że człowiek jest całością i to, w co wierzy, prędzej czy później w mniejszym lub większym stopniu przenika wszystkie dziedziny jego życia. Gdzieś na przełomie lipca i sierpnia 2020 zacząłem więc dumać nad dokonaniem jakiejś fuzji.

Efektem było „Drugie przykazanie”, a potem, w nieco bardziej subtelny sposób, gdyż chyba udało mi się lepiej wyważyć proporcje między przesłaniem a niosącą je opowieścią – „Nieuniknione”. W taką podróż nigdy jednak nie wyrusza się na własną rękę. Potrzebni są towarzysze – ktoś, kogo przykład i doświadczenia będą cię inspirowały, a czasem wręcz instruowały. W moim przypadku było czterech takich pisarzy. Nie zawsze były to inspiracje stricte lekturowe – choć oczywiście z każdego przeczytałem to i owo, mniej lub więcej (w przypadku Mike’a Durana jest to wciąż aktualna i rozwijająca się fascynacja) – niemniej każdy z nich popchnął mnie w kierunku, jakim teraz podążam.

Oto oni.

1. Gilbert Keith Chesterton.

O Chestertonie wiedziałem oczywiście od przysłowiowego zawsze. Lecz był on dla mnie po prostu jednym z zakurzonych angielskich klasyków, a do tego bardziej konserwatywnym publicystą – i żarliwym (rzadkość na Zachodzie tak wówczas, jak i dziś) kibicem tak zwanej „sprawy polskiej” – niż pisarzem w sensie artystycznym. Jego nazwisko pojawiało się jednak we wszystkich artykułach o związkach chrześcijaństwa z literaturą, na jakie trafiałem, riserczując ten temat. Wszedłem więc w niego nieco głębiej.

Pierwszymi rzeczami, jakie odkryłem, była jego niezwykła wszechstronność – rozpięta od powieści kryminalnych po eseistykę apologetyczną – oraz błyskotliwość. Jak mu się to wszystko spinało? – zastanawiałem się, kartkując równolegle skrzącą teologiczną pasją „Ortodoksję”, detektywistyczne przygody dobrotliwego ojczulka Browna i „Człowieka, który był Czwartkiem”. Oczywiście spinało się na poziomie idei. To mi właśnie pokazało, że kwestie metafizyczne można rozgrywać w równej mierze fabularnie, bez strat dla historii, i dyskursywnie, i że to może świetnie ze sobą współgrać, jeśli u korzeni tkwią przekonania autora. W tym względzie mój podziw budziła również po prostu niezwykła pracowitość Chestertona, jego pragnienie wyrażenia się w jak najpełniejszej palecie form przy jednoczesnej spójności treści – ideał, którego ja raczej nigdy nie osiągnę.

Poza tym dość głęboko zapadło mi w pamięć stwierdzenie Chestertona, że tak naprawdę jedynymi sprawami, o jakich warto dyskutować, są religia i polityka. W obu przypadkach chodziło mu o ich najgłębsze rozumienie – religii jako namysłu nad Sensem Bytu i polityki jako szeregu wielorakich procesów, które kształtują ludzką zbiorowość. Poświęcenie własnego pisarstwa takim kwestiom – nawet jeśli pisze się historyjki na pozór rozrywkowe – to wielka rzecz.

I wreszcie Chesterton pokazał mi, jak… no cóż, jak nie być pisarzem chrześcijańskim. Chodzi mi o to, że obecnie – zwłaszcza w USA, na których się wzoruję, i w których to zjawisko najpełniej się rozwinęło – pojęcie „pisarz chrześcijański” to rodzaj szufladki, coś jak gdyby mieszanina deklaracji tożsamościowej, jak zresztą wszystko dziś, z marketingową etykietką. Chesterton był pisarzem po prostu, który po prostu, i niejako mimowolnie, nasycał swoją literaturę tym, w co wierzył. Też mój ideał.

2. Graham Greene.

Greene, podobnie jak Chesterton – ale także Flannery O’Connor, którą łączył z nimi katolicyzm (z niej jednak póki co nic nie czytałem, więc się nie wypowiadam) – to dla mnie przede wszystkim przykład, jak być pisarzem bezprzymiotnikowym, a zarazem integrującym swoje przekonania z twórczością na tyle nierozerwalnie, że nie sposób od nich abstrahować, kiedy się go czyta. On sam zresztą usilnie się od takiego szufladkowania odżegnywał, twierdząc, że wbrew temu, co mu się przypisuje, nie jest żadnym pisarzem katolickim, tylko pisarzem, który, tak się składa, po prostu jest katolikiem, więc nie ma się co dziwić, że te wątki naturalnie pojawiają się w jego powieściach.

Ale Greene to również świetny – i dla mnie budujący – przykład tego, jak w charakterze kostiumów dla swoich idei wykorzystywać konwencje rozrywkowe. Rdzeń jego twórczości to całkiem niezłe thrillery. Z tym zresztą wiąże się pewna zabawna rzecz, bo Greene początkowo uprawiał dwa typy beletrystyki – tak zwane „rozrywki”, do których zaliczają się właśnie jego powieści sensacyjne jak „Ministerstwo strachu”, „Nasz człowiek w Hawanie” czy „Cichy Amerykanin”, oraz „prawdziwą literaturę”, która miała przynieść mu prestiż i uznanie krytyków – do tej kategorii zalicza się między innymi słynna „Moc i chwała” oraz „Koniec romansu”. Dla każdego, kto choćby kilka książek Greene’a przeczytał, staje się jasne, że ten podział nie ma sensu, bo w obu odnogach znajdujemy te same powracające jak bumerang wątki, toteż w końcu i Greene go zarzucił. Chyba z korzyścią dla siebie.

Co jednak w jego przypadku najważniejsze, właśnie przez to, że nie identyfikował się jako pisarz dewocyjny, jego twórczość zawiera wiele niejednoznaczności. Wynika to z tego, że Greene nie był katolikiem ze złożonymi rączkami. Zmagał się z własną wiarą – w czym zapewne spory udział miała dwubiegunówka, na którą cierpiał przez całe dorosłe życie – i to widać w jego bohaterach: często moralnie rozdartych, targanych wątpliwościami. To dla mnie, jako autora, też cenna lekcja. I ważne przypomnienie, że tylko postacie duchowo pęknięte i wielowymiarowe psychologicznie są naprawdę ciekawe. Również gdy używamy ich do mówienia o kwestiach ostatecznych.

To właśnie od Greene’a w największym stopniu wziąłem tak silny nacisk na psychologię bohaterów i tak ekstremalne skupienie na jednym z nich, wręcz postrzeganie świata całkowicie subiektywnie z jego perspektywy, mimo iż nie stosuję – i w przewidywalnej przyszłości nie zamierzam stosować – narracji pierwszoosobowych.

3. Frank Peretti.

Wraz z Frankiem Perettim wkraczamy bezpośrednio w najbardziej interesujący mnie obszar: po pierwsze czystej gatunkowej grozy, a po drugie – jej mniej lub bardziej (w przypadku Perretiego zdecydowanie bardziej) oczywistego przenikania się z chrześcijaństwem, które ma dla mnie duże znaczenie zarówno w mojej własnej twórczości, jak też w książkach czy filmach innych autorów, które poddaję swoim domorosłym egzegezom.

Peretti, zanim zaczął pisać, był pastorem. Gdy na początku lat osiemdziesiątych porzucił tę posługę, pierwsze literackie kroki skierował ku publiczności dziecięcej, lecz szybko przerzucił się na grozę i ogólnie pojętą fantastykę. Efektem była przetłumaczona również na język polski powieść „Władcy ciemności” opowiadająca o niewielkim miasteczku, które staje się areną iście apokaliptycznej bitwy między armiami aniołów i demonów, oraz jej druga część „Synowie buntu”. Obie są jednocześnie pełnowymiarowymi horrorami i literaturą nieukrywającą powinowactwa z chrześcijaństwem. Był to bodaj pierwszy taki przypadek od czasu, gdy pisarze otwarcie mówiący o swojej wierze zaczęli się zamykać w getcie o nazwie „christian novel”, w którym czego jak czego, ale grozy nie tolerowano.

Peretti przełamał ten trend i wraz z późniejszymi powieściami, takimi jak „Prorok”, „Potwór” czy napisany w duecie z Tedem Dekkerem „Dom. Droga ucieczki jest w Tobie”, skutecznie lawirował między światkiem „chrześcijańskim” a mainstreamem, w pewnym momencie nawet przechodząc bardziej do tego drugiego; czego ukoronowaniem stała się ekranizacja „Domu” w 2008 roku, w której wystąpił Michael Madsen.

Peretti więc przede wszystkim udowodnił, że można. Przed nim oczywiście zrobił to William Peter Blatty, wydając „Egzorcystę”. Tu warto przypomnieć, że Blatty afiliował się jako katolik (poszedł nawet na udry ze swoją macierzystą jezuicką uczelnią w Georgetown, której zarzucał promowanie liberalnych odchyleń teologicznych), niemniej w czasie, gdy pracował nad „Egzorcystą”, podział na „chrześcijańskie” i „normalne” nie był jeszcze domknięty. Peretti tworzył już w warunkach tego podziału i choć sam niekiedy mu ulegał, niewątpliwie, i wbrew swojemu środowisku, udowodnił, że groza i krzyż mogą się lubić. Stał się tym samym inspiracją dla wielu innych wyznających ten pogląd. W tym dla mnie.

4. Mike Duran.

Mike Duran to właśnie jeden z owych zainspirowanych przez Perettiego. Też eks-pastor – jak sam pisał w różnych miejscach, pozbawiony urzędu przez jakieś bliżej mi nieznane nieporozumienia, choć ich charakteru, poznawszy jego poglądy na kilka spraw, mogę się domyślać – który w końcu sięgnął po klawiaturę. Z Duranem łączy mnie to, że obaj byliśmy fanami strasznych historyjek na długo przed tym, nim odkryliśmy Chrystusa. W jego przypadku były to komiksy oraz legendarny serial „Strefa mroku”, u mnie – typowa papka z kaset VHS i nocnych seansów w telewizji, którą wszyscy w moim pokoleniu karmiliśmy się w latach dziewięćdziesiątych.

Spod ręki Durana, który oprócz tego, że pisze, zajmuje się także szeroko pojętą sztuką plastyczną, wyszły takie rzeczy jak np. seria o paranormalnym detektywie Reaganie Moon (czytałem pierwszy tom), nowela mieszająca wątki religijne z zainteresowaniami Durana w zakresie teorii spiskowych „The Visitant” (też znam) czy takie powieści jak „Zmartwychwstanie”, „Requiem nr 4”, „Zdradliwe trzęsawisko” i „Zimowa kraina” (wciąż przede mną). Prozatorską twórczość Mike’a – przynajmniej tę, z którą miałem okazję się dotychczas zapoznać – określiłbym jako całkiem udane próby łączenia chrześcijaństwa z ezoteryką, aczkolwiek na zdecydowaną korzyść tego pierwszego z wykazaniem szkodliwości (demoniczności) tej drugiej.

Jednak Mike to dla mnie też – a niewykluczone, że przede wszystkim – promotor idei kohabitacji grozy z chrześcijaństwem. Robi to w swoich mediach społecznościowych i na blogu. Napisał też o tym książkę, w której nader obszernie i ze znawstwem tematu wykazuje zbieżność szeregu typowo horrorowych motywów z Biblią. Sporo z tego, co sam na tej niwie odkryłem, odnalazłem w o wiele lepszej wersji w jego publikacjach. A skoro już o nonfiction mowa – Duran jest też autorem dosyć intrygującej (i właśnie przeze mnie podczytywanej) książki o czyhających na chrześcijan pułapkach spiskowego myślenia oraz ogólnie pojętego szuryzmu. Sprawa mocno aktualna.

I tutaj muszę się przyznać, że jestem w lekkiej kropce. Nie jestem bowiem pewien, czy wolę prozę Mike’a, czy może jednak jego twórczość niefikcyjną i całą działalność propagatorską. Może się to zmieni, kiedy przeczytam więcej jego fabuł, niemniej póki co dałbym jakieś… no, powiedzmy, że sześćdziesiąt pięć do trzydziestu pięciu na korzyść tego drugiego. Lekcja dla mnie, żeby za bardzo się nie wplątywać w teoretyzowanie. Bo jeszcze może się okazać, że przyćmi praktykę.

No i tak to mniej więcej wygląda. Mam oczywiście świadomość, że w polskich warunkach brzmi to cokolwiek egzotycznie – u nas nie ma ani rozwiniętej (chyba zresztą jakiejkolwiek) refleksji nad przenikaniem się kultury, szczególnie w jej wersji pop, z duchowością (jednymi z niewielu, którzy czasem próbują coś takiego uskuteczniać, są autorzy działającego w ramach Klubu Jagiellońskiego podcastu „Kultura Poświęcona”), ani tak naprawdę rynku na takie treści – niemniej, samemu będąc tym zafascynowanym, chciałbym przynajmniej spróbować trochę to przeszczepić na rodzimy grunt. Czesław Miłosz kiedyś dziwił się, że w takim kraju jak Polska – tak katolickim – jakoś nie powstała literatura serio podejmująca istotne z punktu widzenia katolicyzmu tematy. Fakt, że miał na myśli coś zdecydowanie innego niż to, co mnie najbardziej interesuje, ale… nie można mieć wszystkiego.

Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Tak czy inaczej, z moimi dotychczasowymi próbami na tym polu można się zapoznać w Księgarni (do końca listopada w giga promocji!) oraz w podcaście (zgoda, że ostatnio rzadko aktualizowanym, ale lepsze czasy jeszcze nadejdą). A bardziej teoretycznie o moich zmaganiach będę natomiast pisał na WNS-ie – kto jest ciekaw i chce być na bieżąco, zapraszam do subskrybowania.