Biblia w horrorze i horror w Biblii

Na blogu wspominanego już przeze mnie kilkakrotnie Mike’a Durana pojawił się niedawno tekst pod tytułem „Top 10 horrorowych opowieści w Biblii”. Promuje on także wspominaną tu książkę „Chrześcijaństwo i horror”, w której Mike stara się rozprawić z dość powszechnie obowiązującym mitem, jakoby te dwie rzeczywistości były sobie przeciwstawne, i zarazem wykazuje, w jak dużym stopniu horror nie tylko z chrześcijaństwa czerpie, ale przede wszystkim nierozerwalnie z niego wynika. Ja sam, trochę idąc tropem Mike’a, a trochę moich własnych przemyśleń w tej materii, spróbowałem owe współzależności nakreślić w tym artykule.

A skoro chrześcijaństwo, to oczywiście też Biblia. Jako typowy Polak-katolik, w którego domowej biblioteczce owa Księga Ksiąg jak najbardziej się znajduje, lecz głównie po to, by zbierać kurz, nie mogę się, rzecz jasna, równać z Mike’em – byłym pastorem – w jej znajomości, niemniej obydwaj niezależnie od siebie – bo na Mike’a trafiłem, kiedy we własnych poszukiwaniach byłem już dosyć mocno zaawansowany – doszliśmy do kilku podobnych wniosków. Po pierwsze: gdyby nie Biblia i całe jej zakorzenione w kulturze i zbiorowej świadomości dziedzictwo, nie byłoby horroru takiego, jaki znamy. Po drugie: zarówno Biblia, jak i horror mierzą się z fundamentalnymi zagadnieniami dotyczącymi ludzkiej natury i świata, sięgając do perspektywy głęboko metafizycznej.

Wychodząc od tego punktu, nietrudno zauważyć ich wzajemne przenikanie się. Biblia to, w sensie literackim, hybryda wielu gatunków, sylwa – mamy tam i poezję, i prozę, a do tego jeszcze listy, sentencje, diatryby itp. – niemniej z racji na ciężką, mroczną tematykę spora część z tego zdradza cechy typowe dla horroru. Z drugiej strony książki czy filmy grozy, eksplorując przemoc, makabrę, wszelakie wynaturzenia czy nadprzyrodzone zło, tak naprawdę – świadomie lub nie – wkraczają w obszar silnie obecny w Biblii.

Jej gatunkowe powinowactwa z horrorem przejawiają się zasadniczo na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze i najbardziej rzucające się w oczy – obfity repertuar tematów oraz adekwatnych do nich środków stylistycznych. Czegóż tam nie ma! Opętania, tortury, dewiacje seksualne, żywe trupy, flaki, krew, nekromancja, magiczne przedmioty, wizje zagłady, zwracająca się przeciwko ludziom przyroda, ofiary z dzieci – do wyboru, do koloru. Po drugie, dla niektórych może mniej oczywiste, choć bardziej podstawowe – powód, dla którego to wszystko się dzieje, czyli, ni mniej, ni więcej, grzech. Mike, włączając do swojej topki upadek człowieka z Księgi Rodzaju, zauważa, że grzech, wraz z jego źródłami i konsekwencjami, to w gruncie rzeczy główny motor napędowy horrorów.

Ludzie zarówno w Biblii, jak też w opowieściach grozy stają się potworami na skutek wywołanego grzechem zepsucia – nawet jeśli w tych drugich nie jest on nazywany wprost. Horrory opisują świat zdeformowany, nienaturalny, oddalony od tego, czym miał pierwotnie być. Tak samo jest w Biblii. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z Adamem i Ewą, którzy z powodu swojej nieczystości skryli się przed Bogiem, czy na przykład z nobliwym doktorem Jekyllem, który nocami zmienia się w bestialskiego pana Hyde’a (hyde – ukryć (się)), wciąż jest to ta sama historia – historia o zdradzie Stwórcy i stanowiącym jej rezultat upadku.

Albo weźmy centralne wydarzenie Biblii – ukrzyżowanie Jezusa, które Mike umieszcza na pozycji numer dziewięć. W ściśle horrorowych kategoriach uwagę musi zwrócić przede wszystkim jego ekstremalna brutalność. Nie bez kozery niektórzy klasyfikują zainspirowaną tymi wydarzeniami i ich opisami w ewangeliach „Pasję” Mela Gibsona jako horror, a przynajmniej dzieło zawierające silne horrorowe akcenty – zwłaszcza gore i torture porn. To prawda, że na równi z ewangeliami Gibson czerpał z wizji Anny Katarzyny Emmerich, zaś same ewangelie – przynajmniej czytane dziś – w gruncie rzeczy więcej, jeżeli chodzi o rzeczywistą skalę przemocy, pozostawiają wyobraźni niż serwują wprost, niemniej to wcale nie dezawuuje ich gatunkowych związków z horrorem.

Stephen Miller w swojej książce „Świadkowie ukrzyżowania – Rzymianie, Krzyż i Ofiara Jezusa” porównuje ten proces do szlachtowania zwierzyny, rozpisując się szczegółowo o okrucieństwie Rzymian, w którego repertuar oprócz chłosty wchodziło między innymi odsłanianie niektórych organów wewnętrznych u wciąż żyjącego kandydata do zawiśnięcia. Ludzie z czasów Jezusa oraz kilku późniejszych wieków dobrze znali te okoliczności, więc nie potrzebowali soczystych opisów, by je sobie zwizualizować. Dołóżmy do tego zapowiadające narodziny Jezusa proroctwa o mężu boleści, który zostanie zniekształcony bardziej niż jakikolwiek inny człowiek, i otrzymujemy obraz skali męczarń, jakim go poddano, w pełni zasługujący na miano horroru nie gorszego niż „Piła” czy „Hostel”.

Co więcej, zarówno w nich, jak i w ewangeliach przemoc to wynik moralnej deprawacji sprawców, a jej ofiara cierpi niewinnie. Do tego i w przypadku opowieści biblijnych, i tych w horrorach – choć tu nie zawsze wprost – fundamentalnym źródłem grozy jest nie tylko zło tkwiące w nas, lecz także to nadprzyrodzone, od manipulatorskich pokus którego wszystko w ogóle się zaczęło; zło, a raczej Zło, które i tu, i tu manifestuje się najzupełniej jawnie. Nawiasem mówiąc, owa „jawność”, nawet jeżeli w horrorach używana jako rekwizyt, bez faktycznej wiary w nią ich twórców, właśnie dzięki nim wciąż funkcjonuje w zbiorowym imaginarium postchrześcijańskiego Zachodu.

To w nich wciąż pojawiają się sceny opętań i egzorcyzmów – sceny, których prefigurację stanowi obecna w trzech z czterech ewangelii – poza tą według Jana – relacja o Gerazeńczyku, z którego Jezus wyrzuca cały legion demonów, posyłając je w stado świń. Historia ta – sama w sobie także niezwykle sugestywna i z pewnością nadająca się na opowiadanie lub film grozy – zainicjowała całą tradycję nie tylko katolickich egzorcyzmów i, poprzez odwołania do nich, ciągle rezonuje w kulturze masowej.

Stałymi punktami tej obecności są takie elementy jak pytanie przez egzorcystę o imię demona bądź demonów. Od jego poznania często zależy to, czy egzorcyzm w ogóle się uda. Wątek ten występuje choćby w takich filmach jak „Zbaw nas ode złego” ( 2014), gdzie pasażer na gapę jest jeden, ale za to wyjątkowo wredny, czy w słynnych, opartych na prawdziwej historii dziewczyny, która przeszła aż sześćdziesiąt siedem obrzędów wypędzania złego ducha, „Egzorcyzmach Emily Rose” (2005), gdzie nieproszonych gości z piekła było sześciu – w tym tak potężnych jak Belial czy sam Lucyfer. Istotny jest także motyw przeciwstawienia reprezentowanego przez te stwory zła i występku dobru i cnocie Jezusa, w którego imię niedoskonały człowiek wyrzuca je z powrotem w otchłań.

Sama Biblia – jak odnotowuje Mike – nie zajmuje jednoznacznego stanowiska co do tego, kim lub czym owe istoty rzeczywiście są. Niektóre tradycje upatrują w nich upadłe anioły, inne zaś – duchy martwych Nephilim, czyli zrodzonych z obcowania zbuntowanych aniołów z ludzkimi kobietami biblijnych gigantów. Jednak zarówno Biblia, jak i opowieści grozy, od tych najwcześniejszych po całkiem współczesne, pozostają zgodne, że istnieje nadnaturalny wymiar zamieszkały przez jakieś nieskończenie złe byty, których głównym celem jest szkodzenie ludziom.

Co doprowadza nas do jeszcze jednego bardzo ciekawego tropu – z punktu widzenia Biblii może nie aż tak oczywistego (Mike w każdym razie go pomija), ale za to esencjonalnego dla horroru. A mianowicie nawiedzonego domu lub ogólnie miejsca. Pytanie za milion baksów: Czy w Biblii są historie o takich domach? Odpowiedź za free: Jak najbardziej. Może nie dosłownie w takim sensie jak w „Amityville Horror” czy „Lśnieniu”, ale jeśli odpowiednio skalibrujemy pole semantyczne, okazuje się, że to i owo jednak się znajdzie. Przede wszystkim warto zauważyć, że w Biblii termin „nawiedzać” znaczy po prostu tyle co „przebywać”, „zamieszkiwać”, zaś „dom” może oznaczać w równej mierze dosłownie budynek, jak i miejsce, kraj (w tym wypadku Izrael), a nawet człowieka.

W biblijnej rzeczywistości nawiedzonym domem / miejscem może więc być na przykład świątynia: ta poświęcona bożkowi Dagonowi, do której Filistyni po rozgromieniu Izraelitów przenieśli Arkę Przymierza, by następnego dnia z przerażeniem odkryć, że ich bóstwo upadło przed nią na pysk, ale i ta wybudowana dla Boga Jahwe przez króla Salomona, aby ten mógł ją nawiedzić / zamieszkać w niej. Ale może też nim być, jak już nadmieniłem, człowiek, czego dowód też znajdziemy w historii o opętanym Gerazeńczyku. Kiedy sięgniemy do jej wersji zapisanej w ewangelii według Mateusza, odkryjemy, że Jezus porównuje jego stan właśnie do nawiedzonego domu, a wyrzucanie złych istot do jego uprzątnięcia.

Motyw nawiedzenia, choć dla odmiany pozytywnego, pojawia się też w pierwszym liście Pawła do Koryntian, w którym czytamy: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?” Według podobnego klucza można by przywołać ustęp z Jana, gdzie Jezus mówi: „Jeśli ktoś mnie miłuje, będzie zachowywał moje słowo. I mój Ojciec go umiłuje, i przyjdziemy do niego, i u niego zamieszkamy.” Mamy więc dwa absolutnie podstawowe filary: nawiedzenie rozumiane jako przebywanie gdzieś i człowieka porównywanego ze świątynią / domem.

W horrorach nawiedzony dom to często metafora zaburzonego przez takie czy inne siły ludzkiego umysłu lub duszy. Tak jest choćby w klasycznej powieści Shirley Jackson, ale i u Stephena Kinga – zwłaszcza w nawiązującej do dzieła Jackson „Czerwonej Róży”. Dom w tych historiach jawi się jako świątynia, opoka, którą pustoszy zło, co można potraktować w kategoriach symbolu rozpadu ludzkiego wnętrza czy w ogóle człowieka jako takiego. Najtrafniej – najbardziej biblijnie, chciałoby się powiedzieć – wyraziła to zresztą sama Jackson w pierwszym akapicie swojej książki, obdarzając opustoszały dom na wzgórzu czymś w rodzaju psychiki, do tego psychiki szalonej, wynaturzonej.

Ale to samo, co tyczy się pojedynczego człowieka, można także odnieść do rodziny. W horrorach – takich jak wspomniany już „Amityville Horror”, „Duch”, „Nawiedzeni” czy „Obecność” – dom to metafora i ostoja rodziny; i kiedy on jest nękany, również i ona ulega dezintegracji, ponieważ traci najbardziej podstawowy punkt oparcia. Ba: jak Ed i Lorraine Warrenowie wyjaśniają Smurlom w „Nawiedzonym”, zło w ogóle po to opanowuje dom, żeby poprzez niego rozbić rodzinę. W Biblii takim atakowanym domem często bywa Izrael, a po przyłożeniu do jej zawartości uniwersalnego filtru – cała ludzkość; nieustannie podgryzana przez wrogie jej siły, które poprzez niszczenie całej struktury, próbują doprowadzić do unicestwienia każdego z osobna.

Jak więc widać, tych paralel – mniej lub bardziej oczywistych – jest całkiem sporo. I pokazują one, że horror – świadomie czy nie – jest ściśle zakorzeniony w biblijnym światopoglądzie; że opisuje świat i sytuację człowieka według dokładnie tego samego wzorca, nawet jeżeli robi to za pomocą bardziej obrazoburczych i na pierwszy – ale tylko pierwszy! – rzut oka sprzecznych z biblijnym przesłaniem środków. Moim zdaniem w gruncie rzeczy nie tyle pozostaje z Biblią w kontraście, ile raczej pociąga do skrajniejszej postaci to, co Biblia sygnalizuje, a co dla jej wczesnych czytelników często miało podobną rangę jak dla wielu z nas dziś straszne opowieści.