Chyba wreszcie jestem na właściwym torze

A zatem znów wracam do blogowania po długiej przerwie. Uzasadnienie tej ciszy też, z grubsza, mniej więcej takie samo – stanowiąca absolutny priorytet praca nad książką, ograniczone zasoby energii (cóż, nikt nie młodnieje), brak motywacji z powodu praktycznie zerowego zainteresowania tym, co robię, itp. Ów brak zainteresowania dotyczy oczywiście przede wszystkim pracy literackiej, ale o ile w odniesieniu do niej pcha mnie typowy dla każdego grafomana ślepy upór, połączony z irracjonalną nadzieją, że a nuż, kiedyś, w końcu, to w przypadku tzw. działalności dookolnej coraz trudniej mi się zmobilizować.

Z drugiej strony wiem, że w ten sposób podcinam gałąź, na której siedzę. No bo przecież, jeśli nie będę się udzielał, przypominał o swoim istnieniu, to tym bardziej gówno osiągnę. I tak oto zaklęte kółko się zamyka.

Ponieważ jednak, jak co roku, zbliża się termin opłacenia domeny i hostingu, musiałem sam sobie odpowiedzieć, czy warto dalej utrzymywać stronę, skoro właściwie nic na nią nie wrzucam, a e-booków i tak nikt nie kupuje. A jeśli już komuś się zdarzy, to i tak woli skorzystać z księgarń zewnętrznych. Poza tym, jak też już w którejś notce wspominałem, chyba jednak nie mam dobrego pomysłu na ten blog – dobrego, czyli nie tylko takiego, który skutecznie promowałby książki, ale też dawał mi osobistą satysfakcję i, co za tym idzie, powód, by część czasu przeznaczonego na pisanie poświęcić działalności tu. Zwłaszcza że mediów społecznościowych jakoś nigdy za bardzo nie czułem i zawsze wiedziałem, że jeśli gdzieś w necie mam naprawdę funkcjonować, to u siebie.

Co więc skłoniło mnie do wybudzenia się z blogowego letargu? Przede wszystkim chyba trochę zatęskniłem za taką formą. Do tego nazbierało mi się kilka tematów wartych, jak sądzę, dłuższego przegadania. I wreszcie po trzecie, najważniejsze… no cóż, nie chcę zapeszać, ale, tak jak stoi w tytule notki, chyba wreszcie udało mi się cały ten mój majdan wprowadzić na właściwy tor. I nie, nie chodzi o WNS.

W gruncie rzeczy kluczowym składnikiem mojego problemu – powodującym zresztą także zwiechy na blogu – było ustawiczne wahanie, jak powinienem zdefiniować swoje twórcze cele. Wiem, wiem – ciągle tu o tym klepię, rozplanowuję jakieś strategie, przedstawiam to takie, to śmakie koncepcje. Może to się komuś wydać irytujące, ale ja… ja chyba zwyczajnie tego potrzebuję. Może daje tutaj o sobie znać skaza filologicznego wykształcenia, a może skrzywienie pracą w marketingu, które każe maksymalnie sprecyzować ofertę tak, by potencjalny target, wpadając na ciebie, od razu wiedział, czego ma się spodziewać. Kiedy próbujesz się wybić o własnych siłach, nie jest to bez znaczenia. Ale jest to potrzebne również mnie jako twórcy, bym nie musiał za każdym razem, kiedy siadam do pisania, wynajdywać dynamitu i wyważać otwartych drzwi.

No i wszystko niby fajnie, tylko jak, u licha, klarownie przedstawić – na przykład w bio na X, FB, Mastodonie czy nawet tutaj – esencję tego, co się chce, brzydko mówiąc, opchnąć ludziom, przy jednoczesnym uwzględnieniu, że twórczość, a już z całą pewnością moja twórczość, to zjawisko dynamiczne, zmienne w czasie, dojrzewające i ewoluujące wraz z autorem? Odpowiedź na pozór wydaje się prosta: uwypuklić takie cechy, które pozostaną constans bez względu na wspomniane wyżej czynniki. No tak, tylko co jest constans? Co stanowi rdzeń? Co będzie mi przyświecało bez względu na to, czy dalej będzie mi smakować zabawa w stylizacje na thrillery i grozę, czy, dajmy na to, postanowię przerzucić się na… hm, bo ja wiem? powieść historyczną.

Naprawdę zazdroszczę pisarzom, którzy znaleźli sobie swoją wąziutką niszę i przez całe życie w niej ryją, produkując kolejne kryminały, sagi rodzinne czy fantastykę. Bardzo chciałbym taki być, jednak już dawno przekonałem się, że nie umiem. Zawsze, ilekroć próbuję się wyspecjalizować, ogarnia mnie obawa, że odcinam sobie inne drogi; że na przykład deklarując, iż od teraz tylko thriller, nie będę mógł napisać powieści o proroku Jonaszu, która powoli kiełkuje mi w pudełeczku na pomysły. Albo że jeśli jakoś uda mi się połączyć thrillery z Jonaszem, to zabraknie przestrzeni na proustowską podróż w lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte, która też gdzieś tam cicho mi gra.

Żeby to wszystko sobie poukładać, musiałem najpierw zastanowić się, z czego mogę zrezygnować. Tak jak napisałem w poprzedniej notce, uznałem, że tym czymś może być nonfiction. Tak, bez tego chyba rzeczywiście mogę się obejść. Książkę o związkach horroru z chrześcijaństwem napisze ktoś inny. Ba, już zrobił to Mike Duran i, jak na moje oko, wyszło mu świetnie. Co do opowiadań… hm, tu chyba nie ma sensu być aż tak kategorycznym. Nie mówię, że będę sięgał po tę formę często, ale wyrzekanie się jej nie wydaje się na dłuższą metę rozsądne. Ogólnie więc to, co bez wahania mogę zadeklarować, to trzymanie się beletrystyki.

Jeżeli chodzi o gatunki… owszem, ta rozpoczęta „Spełnieniem” zabawa w stylizacje na opowieści klasy B zdecydowanie jest jazdą na dłużej, niemniej chyba nie chcę przy niej trwać ortodoksyjnie. Robienie w oparciu o nie tzw. ambitnej literatury stanowi dla mnie ciekawe wyzwanie artystyczne, ale niewykluczone, że kiedyś mi się po prostu znudzi i będę chciał robić coś zupełnie innego, co i tak już przecież robię – choćby w takich kawałkach jak „Uśpione królestwa”. Niemniej, jak trafnie zauważył jeden z moich nielicznych czytelników, wszystko to łączy mi się w jedno uniwersum. I ten kurs też zamierzam utrzymać.

No i właśnie, ambitna literatura! Tu dochodzimy do najbardziej newralgicznego punktu. Ambitna, czyli tak naprawdę jaka? Czym mają być owe widniejące w tytule bloga i będące moim pisarskim credo „więcej niż słowa”? Ukutym bynajmniej nie z próżności czy jakiejś chęci wywyższania się. No ok, może trochę po to, żeby się wyróżnić, ale to akurat nic złego przecież. To nawet wskazane.

Z tym, że nigdy nie będę pisał książek ściśle rozrywkowych, w związku z czym raczej nie uda mi się zainteresować swoimi tekstami nastawionych na poszukiwanie klonów Remigiusza Mroza wydawców, już się pogodziłem. Wiem, że muszę sobie zbudować inną ścieżkę. Próbowałem to robić, kombinując z często tu przywoływaną przypowieściowością, tylko że ten kierunek też na dłuższą metę okazał się jałowy. Całe to funkcjonalne podejście do literatury, redukowanie jej do nośnika znaczeń i idei, nie ma za wiele wspólnego z tym, co w literaturze powinno być najważniejsze. No i jak wydobyć się z impasu?

W końcu pomyślałem, że „więcej”, na którym tak bardzo mi zależy, mógłbym potraktować bardziej enigmatycznie; po prostu jako pewien szeroki wyznacznik, oparty nie tyle na przymusie poruszania takich czy innych Ważnych Spraw, ile na podejściu do samej fabuły – naturalnym i nieinwazyjnym nasycaniu jej głębszą perspektywą psychologiczną, symboliczną, filozoficzną itp.

Dokonawszy tych zawiłych rozkmin, otrzymałem efekt, który… no cóż, dało się zaakceptować. Po raz pierwszy, odkąd trzy lata temu rozpocząłem tę dłubaninę, wszystkie elementy do siebie pasują. Dotychczas kołderka z którejś strony zawsze była za krótka. Teraz zaś wszędzie idealnie przylega. Mija dzień, dwa, trzy i nadal przylega. Szampana otwierał nie będę, bo już kilka razy przekonałem się, że coś, co wydawało mi się ostatecznością, prędzej czy później ujawniało rysy, ale tym razem rzeczywiście już na „dzień dobry” jest trochę inaczej. A skoro to udało mi się wreszcie skalibrować, to może i propagowanie wreszcie jakoś pójdzie.

Blog też powinien na tym zyskać. Bez wątpienia łatwiej będzie mi „sprzedawać” na nim moją „filozofię twórczą”, gdy już wreszcie wiem, a w każdym razie o wiele wyraźniej rozumiem, na czym ma ona polegać.