Co jest nie tak z science fiction?

Co jest nie tak z science fiction?

Trafiłem niedawno na portalu Pch 24 na artykuł niejakiego Filipa Obary o filmach science fiction. Stanowi on część cyklu pod zbiorczym hasłem „Dekonstrukcja po katolicku”, w ramach którego autor wcześniej wziął na warsztat między innymi brudnego Harry’ego oraz Jamesa Bonda. Kilka z wysnutych przez Obarę konkluzji wydało mi się intrygujących, na kilka innych wpadłem już nieco wcześniej, choć nigdy jakoś nie pokwapiłem się do ich zwerbalizowania. Wszystkie zaś są dla mnie przyczynkami do odpowiedzi na pytanie, jaki właściwie mam problem – a raczej problemy – z sci-fi… w gruncie rzeczy bez względu na medium.

A miałem je, jak tak sobie sięgnę pamięcią, chyba w zasadzie od… początku? To znaczy od chwili, gdy jako dwunasto- może trzynastolatek obejrzałem pierwsze filmy i popróbowałem kilku książek z tego segmentu. Nie pamiętam już, co było najpierw. Najpewniej któryś z ówczesnych mega hitów. Może „Łowca androidów”, a może „Robocop” lub „Terminator”. W tych historiach zafascynowało mnie oczywiście to, co większość – futurystyczny, całkowicie różniący się od naszej szarej i nudnej rzeczywistości świat, niezwykłe przygody bohaterów – zarazem jednak odstręczająco jawiła mi się perspektywa, że cokolwiek z tego miałoby się kiedykolwiek faktycznie ziścić.

Gdzieś tak mniej więcej do połowy lat dwutysięcznych oglądałem więc i sporadycznie czytywałem sci-fi trochę z eskapistyczną przyjemnością, przy okazji zastanawiając się, czy potrafiłbym je pisać – w tym światku stosunkowo łatwo było wtedy zrobić szybką karierę – a trochę też mimo wszystko z ulgą, że fantastyczne patenty w rodzaju łączenia człowieka z maszyną, zacierania granicy między realnym a wirtualnym, permanentnej inwigilacji, profilowania cię przez sztuczną inteligencję czy skazywania za przestępstwa, których się jeszcze nie popełniło, nie wykroczą poza bujną wyobraźnię scenarzystów i pisarzy.

Tymczasem minęło trochę lat i bum! – żyjemy w świecie jakby żywcem z tych historyjek, a w wielu aspektach nawet je przerastającym: już bądź w bardzo nieodległej przyszłości. Dziś zatem dominuje we mnie niechęć do tego nurtu połączona z pretensją do tworzących go za to, że nam ten dziwaczny świat w pewnym sensie zaprojektowali, zapładniając swoimi bajaniami różnych Jobsów, Musków i Zuckerbergów. Przy czym tak naprawdę wcale nie chodzi mi tutaj o aspekt technologiczny. Nie, on jest zaledwie wierzchołkiem góry, objawem czegoś głębszego. Bo sci-fi to w istocie nie są przecież opowieści o postępie naukowym, lecz o dystopiach, w których ówże służy jedynie za coś w rodzaju – że pozwolę sobie to tak mądrze nazwać – hiperbolicznego decorum.

Miasto (czytaj: planeta) zarządzane przez prywatną globalistyczną korporację, technologia używana do egzekwowania standardów tak lub inaczej pojętej politpoprawności, dzielenie ludzi na bardziej i mniej uprzywilejowane kasty ze względu na to, czy są technicznie lub genetycznie „ulepszeni”, czy też nie, podporządkowywanie społeczeństw odgórnym regulacjom motywowanym widzimisię tych, którzy arbitralnie uznali się za bogów – to wszystko są totalitarne wizje znane z utworów sci-fi, a w coraz większym zakresie niestety także z naszej codzienności.

Obara zwraca w swoim artykule uwagę na ów dystopijny rys sporej części kina sci-fi, jednocześnie rozprawiając się – moim zdaniem trafnie – z towarzyszącym często temu kinu mitem, jakoby miało ono charakter antytotalitarny, gdyż na ogół występuje tam albo figura indywidualnego buntownika (gość wysadzający fabrykę leków służących do pacyfikowania ludzkiej emocjonalności, gliniarz ze starych, dobrych czasów, który rozwala system opresji opartej na niszczeniu naturalnych odruchów) albo wątek buntu zbiorowego, gdy tłamszona większość zaczyna – też zazwyczaj dzięki świadomej jednostce – pojmować, że padła ofiarą tyranii.

Według Obary jest to mit, ponieważ całkowicie fałszywe są dwa główne założenia, na których owe narracje bazują. Pierwsze głosi, że do przezwyciężenia ucisku wystarczy sama ludzka natura, jakieś przyrodzone nam heroiczne cnoty, odpowiednia dawka determinacji itp., a drugie – o wiele bardziej podstępne – wyrasta z naiwnej, przepojonej cechującym zachodnią cywilizację liberalizmem wiary, że raz pokonana dyktatura nie może powrócić. I że w ogóle droga zawsze i nieodzownie wiedzie od terroru do liberalnie pojętej wolności. Zupełnie jakby zapomniano, że zepsuta ludzka natura nie jest w stanie sama z siebie zbudować niczego naprawdę spójnego i dającego autentyczne szczęście.

Bo przecież ukazany w „Człowieku demolce” bezjajeczny świat, w którym penalizowane jest nawet przeklinanie, także prawdopodobnie powstał ze szczytnych ideałów i reakcji na realne zło i szerzącą się na ulicach dawnej Kalifornii przemoc. Bo architekci totalniackiego koszmaru w „Equilibrium” bez wątpienia kierowali się szlachetnymi pobudkami, usiłując poprzez amputowanie ludziom uczuć zapobiec powstawaniu nienawiści, a w konsekwencji – wojnom. I tak dalej, i tak dalej. Tylko skąd gwarancja, że po rozerwaniu kajdan i chwili euforii nie rozpocznie się budowa kolejnej dystopii – tym razem mającej rzekomo zabezpieczyć społeczeństwo przed tym, co doprowadziło do powstania poprzedniej? No właśnie. I tak możemy gonić w piętkę w nieskończoność.

Lecz do tego punktu refleksji typowy zachodni konsument takich obrazów nie ma szansy dotrzeć. A dlaczego? Bo – odpowiada publicysta Pch 24, z czym znów wypada mi się zgodzić – zarówno jego perspektywa, jak też perspektywa ludzi te widowiska tworzących, jest płaska, horyzontalna. Brak w niej wymiaru wertykalnego, czyli – ujmując wprost – odwołań do transcendencji; a biorąc rzecz już stricte po chrześcijańsku – do Boga.

W tych filmach, ale także w mentalności ludzi przez i dla których są one kręcone, nie istnieją żadne wartości nadrzędne. Odpowiedź na totalitarne zakusy może – jak wskazuje Obara – pochodzić tylko z ułomnych zakamarków ludzkiej natury (tej samej, w której wcześniej owe zakusy się zrodziły), a nie z otwarcia się na kogoś wyższego, kto jest Stwórcą i Prawodawcą dalece doskonalszym niż my. Ta estetyka – sugeruje autor – wydaje się organicznie niezdolna do podejmowania tematów od tej strony. Metafizyka, jeśli w ogóle się w niej pojawia, to najwyżej jako karykatura – na przykład jako wiara w zdolności trójki (Trójcy?) jasnowidzów mogących przewidywać przyszłe przestępstwa.

I teraz tak: analiza Obary jest niewątpliwie mocno uproszczona – przede wszystkim odwołuje się do dość selektywnie wybranej kategorii tekstów kultury opatrzonych etykietą science fiction, próbując ekstrapolować wyciągnięte na ich podstawie wnioski na całość (co z odłamem superbohaterskim, w którym niektórzy badacze dopatrują się wręcz apoteozy chrześcijańskiej topiki, czy opowieściami o kontaktach z przedstawicielami pozaziemskich cywilizacji?) – niemniej dopomogła mi w uściśleniu głównego zarzutu, jaki wobec tego gatunku żywię. A jest nim właśnie zamknięcie na metafizykę, a wręcz anulowanie takiej możliwości.

Harmonizuje to zresztą z konstatacjami innego autora o chrześcijańskiej proweniencji, ojca Serafina Rose. Ów prawosławny mnich, a zarazem jeden z najwybitniejszych teologów dwudziestego wieku, w swojej wydanej na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych książce o fenomenie UFO wskazywał, że zarówno rozkwitająca w zsekularyzowanej zachodniej kulturze wiara w obcych, jak i niezwykła popularność science fiction, mają jedno wspólne źródło. Jest nim mianowicie negacja chrześcijańskiej duchowości, która wszelako – w myśl wyłożonej przez Chestertona zasady, że jeśli człowiek przestaje wierzyć w Boga, to jest w stanie uwierzyć we wszystko – musiała zostać czymś zastąpiona.

Science fiction to więc w tym ujęciu nic innego jak kulawa, bo ociosana ze wspomnianego powyżej wymiaru wertykalnego, ewangelia na miarę epoki odrzutowców, inżynierii genetycznej, Facebooka i smartfonów. Ludzka natura pozostaje niezmienna – potrzebuje przypowieści wynoszących własną egzystencję nad płytką doraźność, tylko że pozbawiwszy się tych sięgających poza granicę materii, musi ratować się tworzeniem innych, zamkniętych w jej obrębie. Tak to rozumiem. I chyba zawsze w gruncie rzeczy tak to odczuwałem. Zawsze uwierało mnie to nadmierne skupienie na fizyczności kosztem horyzontu duchowego.

Przy tak naszkicowanej sytuacji musi się, rzecz jasna, pojawić pytanie o to, czy możliwe jest inne, bardziej uduchowione science fiction. Zwolennicy opcji na tak zapewne wskażą tu klasyczne dzieła Tarkowskiego, takie jak „Stalker” czy „Solaris”, albo filmy w rodzaju „Nowego początku”. Cóż, w przypadku Tarkowskiego kwestią do dyskusji jest, na ile tak naprawdę chodziło mu o „science”, co natomiast do „Nowego początku” – obrazu moim zdaniem rzeczywiście wybitnego, ale nie jako sci-fi, tylko jako film po prostu – jest to raczej chlubny wyjątek od reguły. Przynajmniej na tyle, na ile się w arkanach fantastyki naukowej orientuję.

Kwestia więc tak naprawdę sprowadza się – jak zwykle zresztą – nie tyle do ram gatunku, co raczej do celu, jaki może stawiać przed sobą autor, sięgając po konkretną konwencję. Science fiction jako nieodrodny wykwit epoki rozwoju technicznego powstało w opozycji do metafizyki i stanowi lustro odbijające marzenia i lęki ludzi przez tę epokę ukształtowanych. Aczkolwiek nie jest powiedziane, że musi być do tego paradygmatu przyspawane na sztywno. Zwłaszcza że on sam też ma rozliczne ograniczenia.

Podziel się tym ze znajomymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.