Czym tak naprawdę są zombie?

Czym tak naprawdę są zombie?

Zajmujący się grozą serwis „Bloody Disgusting” rozpisywał się kilka dni temu o niezrealizowanym serialowym projekcie George’a Romero z końcówki ubiegłego wieku, w którym legendarny twórca kanonicznego dla dzisiejszej popkultury wcielenia zombie zamierzał rozbudować mitologię znaną z równie kanonicznej (szczególnie dla jego dorobku) „Nocy żywych trupów”. Według autora tekstu pomysł istnieje zaledwie w szkicu zarysowującym główne postacie i fabułę dziewiętnastu odcinków nawiązujących – jak wynika ze streszczeń – raczej dość luźno do wydarzeń z bazowego filmu.

No cóż, ciekawostka jak ciekawostka – dla mnie, jako osoby zainteresowanej bardziej znaczeniem wytworów kultury niż całym otaczającym je zapleczem, bez większej wartości. Natomiast uznałem, że to niezły pretekst, by powrócić do sygnalizowanej już w notce o filmowej adaptacji „Miasteczka Salem” tematyki zombie. Tematyki, którą jako pisarz eksplorowałem dotąd bardzo naskórkowo – w „Przypadku Fiskersa” – aczkolwiek o tyle mi bliskiej, że to właśnie od seansu „Nocy…” rozpoczął się mój, reaktywowany ostatnio po latach zajmowania się zupełnie innymi kwestiami, kontredans z niesamowitością. Tego rodzaju zetknięcia naznaczają na resztę życia. I nie inaczej było też ze mną.

A dodatkowo fakt, że obejrzałem film Romero bez tych wszystkich interpretacyjnych naleciałości, które obecnie, w dobie internetu, piłuje się w odniesieniu doń do upadłego, sprawił, że mogłem go konsumować na własnych zasadach. Całkowicie wbrew intencjom autora, a w najlepszym wypadku obok nich. Co było dla mnie o tyle istotne, że im dalej wraz z kolejnymi odsłonami swojej sztywnej sagi Romero szedł w ów trupi las, tym bardziej quasi-publicystyczny kierunek, jaki obrał, odrzucał mnie od jego następnych produkcji.

Tak więc fanem zombiaków ani według jego własnej wykładni, ani według wzorca, który narzucił, nie zostałem. Dokładnie tak, wzorca. Bo archetyp, który wymyślił, cały czas ciąży nad zachodnimi realizacjami tego tematu. Bez względu na to, czy potwory są szybkie, czy wolne, naprawdę martwe, czy też jedynie zmutowane. Ów romerowski stempel sprowadza się bowiem zasadniczo do dwóch filarów, na których wszystkie te historie bez wyjątku się opierają: a) materialistyczne, pozbawione choćby cienia mistyki wyjaśnienie powstania zombie (zazwyczaj jakiś wirus, gaz, promieniowanie itp.); b) zombie traktowane jako metafora procesów społecznych, ewentualnie drugoplanowe tło dla nich (wyjątkowo irytujący przypadek mocno już cuchnącego „The Walking Dead”).

To oczywiście całkiem sporo mówi o zsekularyzowanej – by nie powiedzieć: postchrześcijańskiej – duchowości dzisiejszego Zachodu. Zachodu, który z jednej strony cały czas odczuwa metafizyczne ssanie, a z drugiej, powołując do istnienia w ramach swojej kultury fantastyczne postacie w rodzaju ożywionych zwłok, musi poszukiwać dla nich racjonalistycznego, mieszczącego się w „naukowym” paradygmacie uzasadnienia. I który właściwie nie potrafi już myśleć o człowieku inaczej niż jako o bycie definiowanym i determinowanym przez uwarunkowania kolektywne.

Tym bardziej więc szkoda, że z tej socjologizującej sztancy nie potrafił się wyłamać prof. Zbigniew Mikołejko, którego właśnie w tematyce zombie Tomasz Stawiszyński zaprosił ostatnio do swojego podcastu z okazji pierwszego polskiego wydania słynnej, a dla niektórych kultowej, książki Wade’a Davisa pt. „Wąż i tęcza”. Tak, dokładnie tej samej, na podstawie której – czy też raczej wybranych jej wątków – Wes Craven nakręcił pod koniec lat osiemdziesiątych film. Spodziewałem się, że kto jak kto, ale religioznawca – nawet tak wobec niektórych religii uprzedzony – będzie potrafił wyjść poza schematyczną gadaninę o zombie jako figurze niewolnika. Całkowicie zresztą nieprzystającej do niemającego za wiele, albo zgoła nic, wspólnego z wudu zachodniego wizerunku tej maszkary.

Bo właśnie ówże wizerunek jest – jak wszystko, co wytworzył, i tak naprawdę cały czas wytwarza, Zachód – z gruntu religijny. A precyzyjniej rzecz ujmując – chrześcijański. Tak jak gdzieś napisał Chesterton: nasza (czytaj: zachodnia – przyp. mój) cywilizacja (czyli również kultura – znów przyp. mój) nie tylko została ufundowana na chrześcijaństwie, ale jest chrześcijańska w samej swej istocie. Paradoksalnie najdobitniej świadczą o tym konwulsyjne próby odcinania się od tych korzeni. A jak ma się to do zombie?

Bardzo prosto. Sama idea ożywionych zwłok jest niczym więcej jak transfiguracją ikonicznego dla chrześcijaństwa toposu zmartwychwstania – czy to samego Jezusa, czy też wszystkich po Paruzji. Jest to oczywiście transfiguracja negatywna, bluźniercza, ale gdyby nie ten topos, w ogóle by nie zaistniała. Ów źródłowo religijny aspekt znacznie lepiej widać zresztą w horrorach włoskich niż w amerykańskich – szczególnie u takich twórców jak niezrównany w tej dyscyplinie Lucio Fulci czy Andrea Bianchi. Ich filmy („Miasto żywej śmierci”, „Siedem bram piekieł” czy „Cmentarzysko”) są nie tylko znacznie krwawsze, ale też wprost odwołują się do chrześcijańskiego imaginarium.

Zwłaszcza u Fulciego. Jego zombie zawsze mają pochodzenie metafizyczne, powiązane ze światem duchowym. A poza tym – jak zauważył autor pewnego artykułu, który rzucił mi się w oczy kilka lat temu – tylko w kraju naprawdę i dogłębnie katolickim mogła powstać tak radykalnie obrazoburcza antyteza jednego z kluczowych dogmatów tej wiary. Fulci jako zajadły antyklerykał – choć z tego, co udało mi się na jego temat wygrzebać, niekoniecznie ateista – tworzył swoje mistyczne i bardzo krwiożercze żywe trupy jako intencjonalny atak na instytucję Kościoła (w „Mieście żywej śmierci” prowodyrem hordy nieumarłych jest ksiądz-samobójca).

Czyli reasumując: gdyby nie Ewangelia, motyw zombie w takiej formie, w jakiej został najbardziej rozpowszechniony przez popkulturę, w ogóle by nie powstał. Co więcej, nawet te, dominujące dziś, jego przedstawienia, które eksponują stronę biologiczną, też coś bardzo konkretnego komunikują o duchowych koordynatach współczesności – o jej odwróceniu się od transcendencji i zafiksowaniu na materii oraz wąsko – by nie powiedzieć: ślepo – pojętej scjentystycznej interpretacji świata. Tak to w każdym razie widzę.

I kolejna sprawa to aż narzucające się – i oczywiście powiązane z poprzednim – odczytanie zombie jako metafory człowieka pozbawionego duszy. Kogoś, kto się porusza, widzi, słyszy, nawet wydaje jakieś odgłosy, ale został pozbawiony pierwiastka nadprzyrodzonego, przez co uległ zredukowaniu do najbardziej prymitywnych odruchów – stał się de facto czymś gorszym niż zwierzę, które nie ma innego wyboru niż kierować się instynktem, a i tak, przy odpowiednim traktowaniu, może rozwinąć w sobie coś w rodzaju uczuć wyższych. Zombie zatem jest ni mniej, ni więcej tym, co z nas zostaje, gdy odcinamy się od wertykalnego wymiaru egzystencji.

Cóż, dla mnie jako pisarza próbującego – z mniejszym bądź większym natężeniem – łączyć to, w co wierzy, z popkulturowym backgroundem, który mnie ukształtował, są to w każdym razie dywagacje dość ciekawe. Nie wiem, czy koniecznie w odniesieniu do tematyki zombie, bo póki co jakoś jej nie czuję, ale po prostu jako pewna ścieżka. W tym kluczu starałem się napisać „Drugie przykazanie” i zamierzam po niego sięgać również w przyszłości.

*

Bardzo Ci dziękuję za przeczytanie tekstu. A skoro już tutaj jesteś, zapraszam do Księgarni – może któraś z dostępnych tam moich książek Cię zainteresuje. Zachęcam też do zasubskrybowania bloga, jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co robię.

Podziel się tym ze znajomymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.