Dlaczego horror i chrześcijaństwo się łączą?

Nie, nie jestem chrześcijaninem, który wymyślił sobie, że zacznie używać konwencji horroru, żeby podstępem wkupić się w szeregi jego fanów i zacząć ich nawracać. Po pierwsze miłośnikiem tego gatunku jestem o wiele dłużej niż świadomym wyznawcą Chrystusa – zacząłem jeszcze pod koniec podstawówki i po kilkuletniej przerwie wróciłem do dawnych zainteresowań – a po drugie nie czuję się na siłach, aby kogokolwiek nawracać czy ewangelizować. Jeśli już jakoś miałbym się w ogóle w tej materii samookreślić, to powiedziałbym, że po prostu uważam się za kogoś, kto stara się łączyć dwie ważne dla siebie sfery, bo zdał sobie sprawę, że jest to możliwe.

Co ciekawe, możliwe właściwie wbrew obu stronom barykady. Wielu chrześcijan uważa horror za gatunek, którego należy unikać za wszelką cenę. Argumenty nietrudno zgadnąć: obrazy przemocy, pokazywanie, a w niektórych wypadkach nawet gloryfikowanie zła, wątki związane z okultyzmem i spirytyzmem, których to praktyk Biblia stanowczo zakazuje, i tak dalej. Z kolei ludzie interesujący się horrorem nierzadko robią to właśnie na kontrze do chrześcijaństwa, a na wszelkie próby syntezy reagują alergicznie; czego najlepszym dowodem niedawna burza wśród amerykańskich krytyków i publiczności wokół filmu „Nefarious”. Tym pierwszym nie spodobało się, że twórcy „podszywają się pod horror”, żeby „rozpowszechniać chrześcijańską propagandę”, podczas gdy ci drudzy byli w zdecydowanej większości zachwyceni.

Tymczasem – znów głównie w USA, czemu jednak nie należy się dziwić ze względu na kulturową i duchową specyfikę tego kraju – istnieje całkiem spora gałąź refleksji – zarówno nastawionej na tak, jak też i niechętnej, aczkolwiek zmuszonej ugiąć się pod nieubłaganą siłą faktów – pokazującej, że związki horroru z chrześcijaństwem sięgają dalej i głębiej, niż wielu stronników obydwu szańców byłoby gotowych przyznać. Ja sam, gdy jakieś dwa lata temu zacząłem się tym tematem poważniej interesować, z niemałym zaskoczeniem odkryłem szereg zbieżności między własnymi diagnozami a tym, co piszą tacy autorzy jak np. z jednej strony Brian Godawa, a z drugiej – Josiah M. Hesse.

A jakie są fakty? Otóż takie, że horror nie tyle wykazuje związki z chrześcijaństwem, co raczej jest z nim endemicznie zrośnięty. To w gruncie rzeczy jego mroczne dziecko. Jego powstanie w takiej formie, w jakiej znamy go od circa dwustu kilkudziesięciu lat, było możliwe nie inaczej niż właśnie na gruncie szeroko rozumianego chrześcijańskiego imaginarium – poczynając od warstwy czysto estetycznej, obecnej w opowieściach grozy symboliki itp., na systemie wartości i nabudowanych na nim konstytutywnych dla tego gatunku motywach kończąc. I co więcej, ta korelacja przetrwała do dziś.

A jak to wygląda w praktyce? By to pokazać, wstępnie podzieliłbym horrory na dwie podkategorie: otwarcie religijne i takie, które jedynie poprzez swoją treść nakierowują uwagę na kwestie istotne w chrześcijaństwie. Przy czym w przypadku religijnych wydzieliłbym jeszcze dodatkowe podgrupy: tych, które idą w zgodzie z linią chrześcijaństwa albo wręcz je afirmują – poza wspomnianym już „Nefarious” można tu wymienić takie tytuły jak kultowy „Egzorcysta”, cała seria „Obecność” czy „Zbaw nas ode złego” – oraz takie, które sobie z nim pogrywają – „Książę ciemności” Carpentera czy „Mgła” Darabonta – jednak już poprzez sam fakt, że się do niego odnoszą, potwierdzają jego nieusuwalne znaczenie.

W drugiej podkategorii również da się wyodrębnić kilka podzbiorów. A najbardziej dwa: historie, które co prawda nie odwołują się bezpośrednio do chrześcijaństwa, niemniej pojawiają się w nich jego atrybuty – wszelkiej maści dewocjonalia, z którymi rusza się na wampiry, kościoły, w których bohaterowie mogą się schronić przed ścigającym ich złem, zaświaty (często stanowiące jakiś rodzaj czyśćca, co jest dosyć ciekawe i wymaga osobnego omówienia), koncepcja zmartwychwstania ciała (najczęściej obecna w postaci parafrazy jako zombie, co jednak nie zmienia faktu, że bez zasianej przez chrześcijaństwo idei powstania z martwych w ogóle by nie zaistniała), i temu podobne – oraz te, gdzie nawet bez jakichkolwiek referencji religijnych sama treść, wprost lub na zasadzie ukazania negatywnych skutków, potwierdza jakieś głoszone przez chrześcijaństwo prawdy.

W „Sinister” autor książek o prawdziwych zbrodniach zostaje de facto ukarany za grzech pychy. W „Dyniogłowym” realizuje się przestroga Jezusa, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Wampir w „Czerwonym śniegu” mówi bohaterce, że samo wymachiwanie mu przed nosem krzyżem nic nie da, ale jeśli idzie za nim wiara w to, co ten krzyż reprezentuje, już może nie być tak różowo. „Ciche miejsce” to w zasadzie wpisany w postapokaliptyczną stylizację traktat o tzw. tradycyjnej rodzinie jako jedynej instytucji zdolnej przetrwać nawet zagładę ludzkości. „Uśpiony obóz” pokazuje skutki zabaw z naturalnie (przez Boga?) zakodowaną płcią. I tak dalej, i tak dalej.

Jednak ponad tym wszystkim jest jeszcze coś bardziej fundamentalnego – istotnego szczególnie w dzisiejszym przesiąkniętym materializmem zachodnim świecie. Otóż horror z racji na swoją quasi-baśniową, fantastyczną strukturę podtrzymuje esencjonalne dla chrześcijaństwa przeświadczenie o co do zasady duchowym charakterze rzeczywistości oraz wojny dobra ze złem. W tym kontekście badacze związków horroru z chrześcijaństwem lubią przywoływać cytat z Listu do Efezjan o tym, że nie toczymy walki przeciw krwi i ciału, ale przeciw rządcom ciemności świata i duchowemu złu na wyżynach niebieskich.

Zresztą samo rozróżnienie na dobro i zło oraz opozycja światła i ciemności to motywy, bez których horror nie może się obejść. Zło zazwyczaj stanowi w nim synonim brzydoty, a dobro – nawet jeżeli niekoniecznie aż tak moralnie nieskazitelne, jak chcieliby najbardziej gorliwi bywalcy niedzielnych mszy (wszak czasem trzeba kogoś zatłuc, by przetrwać, a do tego bywa, że w efekcie sam zakażasz się złem – co w gruncie rzeczy również odsyła nas do chrześcijańskiej refleksji nad ludzką naturą, a szczególnie nad jej kruchością i łatwością, z jaką traci się niewinność, gdy dopuści się do siebie zło) – daje nadzieję, że ciemność nie ma ostatniego słowa. I to nawet wówczas, gdy w finałowej scenie albo sequelu wraca, co przecież też stanowi echo chrześcijańskich napomnień, że zmaganie ze złem będzie trwało do końca czasów, więc trzeba zachować czujność.

Horror oczywiście nie musi opierać się na zjawiskach nadprzyrodzonych. Ale nawet w wypadkach, gdy zatrzymujemy się na poziomie materii, a monstrum okazuje się stworzeniem całkowicie z krwi i kości, nadal pozostaje on przede wszystkim przypowieścią o tym, że z naszym światem coś jest bardzo nie tak. Owo „nie tak” wydaje się być zresztą nawet bardziej rudymentarne dla horroru niż kierowanie przezeń umysłu i wyobraźni na wymiar duchowy. „Nie tak” to wręcz drugie imię grozy. Ale również chrześcijańskiej nauki o grzechu pierworodnym, który popsuł zarówno ludzką naturę, jak i całe stworzenie. Bez tego absolutnie podstawowego toposu horror też nie istnieje.

Jednak całą sytuację można odwrócić. Skoro bowiem stwierdzamy, że horror tak obficie czerpie z chrześcijaństwa, to równie dobrze można pokusić się o wykazanie, że gatunkowe pierwiastki grozy preegzystowały w chrześcijaństwie, zanim przeniknęły do popkultury. Mam tu na myśli Biblię, w której, w sensie czysto literackim, wątki typowo horrorowe pojawiają się wcale nierzadko. Mamy wszak, tak w Starym, jak i Nowym Testamencie krwawe jatki, gore, opętania, egzorcyzmy, a nawet nawiedzone domy. Jest wywoływanie duchów oraz tragiczne tego konsekwencje, doprowadzająca do szaleństwa żądza władzy i wszelkie zwyrodnienia, przerażające wizje zagłady i nadzwyczajne zdarzenia. I wreszcie – zwycięstwo nad złem, które zarazem okazuje się zaledwie etapem w wojnie.

A skoro Biblia – jak powiedział mi przyjaciel praktykujący Lectio Divina – jest matrycą naszego losu (o tym, że istotnie nią jest, przekonuję się tym dobitniej, im lepiej ją poznaję i w różnych jej fragmentach odnajduję zaskakujące analogie do własnego życia), to wszelaka ludzka aktywność bazująca na tym, na czym ona bazuje, musi także, siłą rzeczy, taką archetypiczną wzorcowość w sobie odzwierciedlać. I dotyczy to, jak sądzę, zarówno aktywności ściśle religijnej, jak i dziejącej się w obrębie szeroko rozumianej kultury. I to przy całej świadomości umowności tego podziału. Dokładnie tak, umowności.

Bo chrześcijaństwo to nie religia, nie rytuały, nie ksiądz wykonujący tajemnicze gesty na ołtarzu; nie pieśni ani architektura, lecz… goła i nie zawsze przyjemna prawda o tym, jacy jesteśmy, skąd się tu wzięliśmy i co musimy zrobić, żeby nie przepieprzyć życia. W każdym razie ja je coraz bardziej tak postrzegam. To, co stara się ono nazywać, nie jest opcjonalne, lecz po prostu realne – bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie. W przejawianiu się tego w horrorze jako gatunku sięgającym do najbardziej pierwotnych archetypów naszej jaźni widzę dowód owej realności. I to chyba dlatego jego zrosty z chrześcijaństwem tak mnie pociągają.

Fascynuje mnie to, jak bardzo wprost może on opowiadać o pewnych kwestiach, których wiele tak zwanych „poważnych” gatunków się wstydzi. Ciągle nie mogę wyjść ze zdumienia, ile typowych dla chrześcijaństwa motywów się w nim przejawia w formie o wiele bardziej skondensowanej, niż ma to miejsce w większości dzieł współczesnej kultury, starającej się za wszelką cenę zdefiniować człowieka i rzeczywistość od nowa. Zabawne, że gdy horror tego próbuje, rozpada się i traci swoją tożsamość. On, by działać, najwyraźniej musi odwoływać się do tego, co odwieczne – nawet jeżeli usiłuje to zmasakrować. Tylko że masakrując, też potwierdza tego prawomocność.

A czy każdy horror taki jest? Nie, oczywiście, że nie. Z pewnością każdy można poddać odczytaniu przez ten klucz i coś się uzyska, bo rzeczywistość – a chrześcijaństwo jest językiem chwytającym ją stosunkowo najlepiej – zawsze, tak czy inaczej, odbija się w wytworach ludzkich rąk. Niemniej nie ma się co czarować, że każda straszna historyjka jest warta podjęcia tej gry. Tym, o co mi chodziło, było raczej pokazanie tkwiącego w tym gatunku potencjału, który jako chrześcijanin dostrzegłem, i kilku sposobów na wyzwolenie go: czy to obcując z pracami innych, czy – jak w moim przypadku –próbując też tworzyć własne.

Chciałem ponadto – właśnie na przykładzie horroru jako na pierwszy rzut oka bynajmniej się z tym nie kojarzącego – pokazać, że nasza deklaratywnie postchrześcijańska epoka tak naprawdę kręci się cały czas wokół tych samych uniwersalnych, zyskujących najpełniejszy wyraz w chrześcijaństwie, lęków, pytań, wątpliwości i intuicji co do tego, jak świat jest urządzony i o co toczy się w nim gra. I wreszcie – last but not least – zależało mi na uświadomieniu zwolennikom i przeciwnikom jednego i drugiego, że horror można wykorzystywać do rozważania tego, co niesie chrześcijaństwo.

A na koniec przypominam o trwającej do końca listopada promocji na wszystkie ebooki w Księgarni oraz zachęcam do subskrybowania bloga.