Dość toksyczna „Ewangelia według szatana” Patricka Grahama

Ciągle sobie wyrzucam, że jak na pisarza zdecydowanie za mało czytam – zwłaszcza w gatunkach, na które sam się twórczo nastawiam – a jeszcze mniej dzielę się przemyśleniami z lektur na blogu. Nie obiecuję – nawet sobie – że uda mi się to naprawić, ale mogę przynajmniej spróbować. Co też niniejszym czynię, biorąc na warsztat rzecz, do której ciekaw, jak odbiorę ją teraz, wróciłem po dobrych kilkunastu latach. Zapamiętałem ją jako jedno z dziwniejszych doświadczeń czytelniczych, które teraz chyba do pewnego stopnia się powtórzyło.

Ale zanim o samej książce, tytułem wprowadzenia opowiem pewną pasującą do niej dykteryjkę. W samych początkach mojej przygody z szeroko pojętymi niesamowitościami obejrzałem na wideo film „The Boogeyman” z 1982 roku, który wtedy wydał mi się niezwykle… hmm, jak to określić? Nowatorski? Klimatyczny? Była to historyjka o rodzeństwie, które pewnej nocy zaciukało nożem kochanka ich matki, i jego wściekłym duchu, który uwiązł w lustrze, a po jego rozbiciu uwolnił się i zaczął siać terror i śmierć. Naprawdę mi się wtedy spodobał. Zresztą nadal żywię do niego spory sentyment.

Naście lat później i wiele mrocznych seansów dalej zorientowałem się, że ten film to jedna wielka sklejka z innych horrorów popularnych w czasach, kiedy został nakręcony. Były tam wymieszane motywy z „Halloween”, „Egzorcysty” i „Amityville”. Nie traktuję tego bynajmniej jako zarzutu. Sam przecież w pełni świadomie i jawnie uciekam się do podobnych intertekstualnych zabiegów. Co więcej, tak naprawdę większość wytworów kultury czerpie od siebie nawzajem. Chodzi mi po prostu o to, że w niektórych wypadkach wyjątkowo silnie rzuca się to w oczy.

I właśnie takim wypadkiem jest ta chora, pokręcona i, muszę przyznać, dość niepokojąca powieść. Już na pierwszy rzut widać, czym oraz kim inspirował się jej francusko-kanadyjski autor. Przede wszystkim był to Dan Brown – szczególnie „Anioły i demony” oraz „Kod da Vinci”. Od niego Graham pożyczył i nieco zmodyfikował wątek ciągnącego się przez wieki wewnątrzkościelnego spisku i postać tajemniczego asasyna na usługach piastujących najwyższe stanowiska w Watykanie satanistów. Wyraźnie zżynał także z „Milczenia owiec” i jego dalszych części – będąca tu główną pozytywną bohaterką agentka specjalna FBI Marie Parks to wszak nikt inny jak Clarice Starling na parapsychologicznych dopalaczach. Wprawne ucho wychwyci ponadto echa „Egzorcysty 3”.

Wszystko to złożyło się na mieszankę z jednej strony do bólu schematyczną, by nie powiedzieć, że chamsko plagiatorską – stąd najpewniej przejście tego czytadełka bez żadnego rozgłosu, pomimo wpakowania doń przez Grahama wszelkich mogących gwarantować komercyjny sukces elementów i potencjału na ekranizację – a z drugiej… no właśnie, tak jak napisałem powyżej: w jakiś osobliwy sposób toksyczną, usuwającą ci spod stóp twardy grunt, a do tego robiącą to na o wiele bardziej elementarnym, atawistycznym poziomie niż stanowiące dla Grahama punkt odniesienia „kościelne” powieści Browna.

O ile bowiem Dan Brown w swoim podważaniu oficjalnej historii chrześcijaństwa i podkopywaniu zaufania do stojących na jego straży instytucji porusza się na płaszczyźnie ściśle materialnej, o tyle Graham, zapewne pragnąc załapać się na rozbujaną przez „Kod da Vinci” koniunkturę i przy okazji przelicytować jej twórcę w inwencji, posuwa się dalej i wprowadza do swojej historii rzeczywistość nadnaturalną. I trzeba mu oddać, że choć rynkowo się przeliczył – cóż, taki los naśladowców – to, jak starałem się zasygnalizować, w kategorii wzbudzania dreszczy faktycznie Browna przeskoczył.

Fabularnie rzecz kręci się wokół… i tutaj ponownie brakuje mi adekwatnego terminu. Pogłoski? manipulacji? przemilczanego historycznego faktu? jakoby Jezus na krzyżu, zdawszy sobie sprawę, że umiera za nienawidzący go, prymitywny tłum prostaków, a nie za umiłowane stworzenia Boga, wyparł się Ojca i tym samym przemienił się w Janusa: wyjącą bestię, którą rzymscy legioniści musieli zatłuc pałkami, żeby wreszcie umilkła. Świadkami tego zdarzenia mieli być apostołowie, którzy zabrali z grobu jego zwłoki – bo oczywiście w konsekwencji wyparcia się Ojca nigdy nie zmartwychwstał, a jego dusza trafiła do piekła, gdzie rozkazywała demonom – i w ukryciu spisali tytułową Ewangelię szatana, zawierającą prawdę o tym, jak i dlaczego powstał świat oraz… byt nazywany przez ludzi Bogiem.

Jednak to nie możliwość, że mogło tak być, stanowi w tej powieści źródło grozy i wspomnianego wcześniej niepokoju. Nie są nim też bynajmniej gnostyckie teorie na temat początku istnienia, do których odwołuje się Graham. Ani też zorganizowana wokół przekazu o wyparciu na Golgocie konspiracja, która znajduje zwieńczenie w wyraźnie wzorowanej na brownowskich Iluminatach „grupie trzymającej władzę” o nazwie Czarny Dym Szatana. Nie, prawdziwym korzeniem strachu jest w tej historii niepewność co do tego, jak jest naprawdę.

Niepewność, która towarzyszy w pierwszym rzędzie oczywiście czytelnikowi, lecz również, mniej lub bardziej, frakcjom walczącym ze sobą na kartach samej książki. Każda jedynie wierzy, że racja jest po jej stronie, i w imię tejże jest gotowa zabić – i robiła to przez wieki, na przykład zgładzając w okrutny sposób papieży, którzy wpadli na ślad spisku – albo bronić status quo; z przekonania, że przeciwnicy kłamią, lub po prostu po to, by nie zawalił się cywilizacyjny porządek, który udało się zbudować przez tysiące lat. Do tego po obu stronach obok wyznawców są zwykli koniunkturaliści, którzy próbują ugrać coś dla siebie: władzę, pieniądze, spokój. To, co rzeczywiście zdarzyło się na Golgocie, zostaje przez autora i bohaterów całkowicie wyłączone poza nawias.

Nie dowiadujemy się, czy Jezus rzeczywiście wyrzekł się Ojca, czy też świadczące o tym artefakty – pozostałości szkieletu, ślady doktryny wyparcia w postaci jaskiniowych fresków w amazońskiej dżungli i wreszcie sama przeklęta ewangelia – zostały przez kogoś sfabrykowane; niewykluczone zresztą, że z inspiracji samego diabła, który wszak od czasów Adama i Ewy znany jest jako ojciec kłamstwa. I ta rozdwojona niczym język grzechotnika sytuacja wywołuje, przynajmniej we mnie, całkiem spory dyskomfort, nie wspominając o rozlicznych pytaniach i wątpliwościach.

Na przykład: skoro Jezus utracił swą boską naturę dopiero na krzyżu, co sugerowałoby, że przedtem przekazywał uczniom prawidłową ewangelię, to jakim sposobem po jego śmierci posiedli wiedzę niezbędną do sporządzenia manuskryptu zawierającego nie tylko ich naoczne świadectwa o tym, co naprawdę stało się na Golgocie, ale też alternatywną wersję informacji o stworzeniu wszechświata? I na drugą nóżkę: jeśli Jezus rządzi w piekle, to w czyje imię wyrzucał z ludzi demony watykański egzorcysta wyznaczony do asystowania agentce specjalnej Parks w śledztwie w sprawie Czarnego Dymu? No, chyba że tak naprawdę nie wyrzucał; że tylko udawały, że uciekają, by uśpić czujność głupich, żyjących w złudzeniu własnej słuszności żołnierzy fałszywej religii. I tak dalej, i tak dalej.

Albo weźmy wątek samej Parks. Jej nabyte po wypadku niezwykłe zdolności widzenia zmarłych i wczuwania się w umysły seryjnych morderców oraz ich ofiar interpretowane przez opatrznościowy pryzmat sprawiają wrażenie zesłanych przez Boga, by mogła jeszcze skuteczniej pomagać ludziom. Przydają się też oczywiście w walce przeciwko skrytym w cieniu bedgajom z Czarnego Dymu oraz wysłanemu przez nich na poszukiwania zaginionej przed wiekami księgi super zabójcy Kalebowi. Tylko, u licha, po co? Po kiego czorta Bóg miałby posyłać kogokolwiek przeciwko siłom zła, skoro sprawa jest już przegrana, a On ma nas gdzieś?

I nawet zakończenie niczego nie rozwiązuje. Po dramatycznej konfrontacji papież-uzurpator zostaje zastrzelony, kardynałowie wyznający kult Janusa wolą zdeletować się sami, zanim przechwycą ich specsłużby, podobnie powiązani z Czarnym Dymem biznesmeni, bankierzy i politycy; a jakby tego nie było dość, na umysły milionów ludzi zgromadzonych na Placu św. Piotra i przed telewizorami w chwili odczytywania przez uzurpatora ustępów z szatańskiej ewangelii opada zasłona zbiorowej amnezji, a mimo to zostajemy z dylematem, czy to triumf dobra, czy może jednak kolejna sztuczka zła, które się przyczaiło, by za jakiś czas ponownie uderzyć.

Ale tak naprawdę emanująca z tej powieści aura trucizny ma znacznie głębsze korzenie, których to, co opisałem powyżej, jest zaledwie pokłosiem. Jest ona po prostu w jakiś sposób przesiąknięta złem do imentu. Wchodzi ono w bohaterów, kiedy i jak chce, a oni na dłuższą metę pozostają przeciwko niemu bezbronni, o czym najdobitniej świadczy epilog. I tu znów pozostajemy bezradni z pytaniem, czy jest tak, bo Jezus na Golgocie rzeczywiście dał się przewerbować mrokowi, czy raczej wynika to z naszej duchowej ułomności, wykorzystywanej przez diabła jako furtka.

Stawia to dosyć poważne pytanie o istotę samego dobra. Bo jeśli przyjęlibyśmy opcję z Jezusem w piekle za normatywną dla świata tej książki, staje się ono niczym więcej jak tragiczną, owocującą co najwyżej okazjonalnymi i czysto przypadkowymi sukcesami desperacją w nierównej potyczce z przeważającą siłą wroga, odstępstwem od reguły, anomalią na dłuższą metę bez znaczenia i wielką samotnością tych, którzy jeszcze się łudzą, że może być inaczej. I może właśnie to, a nie cały tyleż efekciarski, co – powiedzmy sobie szczerze – kiczowaty anturaż, najbardziej przeraża w kreowanej przez Grahama wizji.

Przy czym doskonale zdaję sobie sprawę, że zapewne nie wynika to ze świadomego przemyślenia przez autora problemów, które starałem się naszkicować. Ta książka to po prostu czytadło, do tego ewidentnie przekombinowane i obliczone na efekt. W rzeczywistości jedynym, jaki koniec końców osiąga, jest przesyt doprowadzonymi w niektórych momentach do absurdu gatunkowymi kliszami. Niemniej ma zaszyte w sobie to niepokojące „coś”, co dotyka czytelnika nad mieliznami i stereotypowością tej ostentacyjnie sklejkowej fabuły i czyni ją na swój pokrętny sposób niezapomnianą.

Przynajmniej jeśli o mnie idzie. Wiem, że Graham spłodził jeszcze co najmniej jeden tom przygód agentki specjalnej Marie Parks. Tytuł „Apokalipsa według Marii” sugeruje, że też możemy mieć do czynienia z historią pogrywającą na religijnych strunach, zaś streszczenie nasuwa myśl o kolejnym zlepku spod znaku inżyniera Mamonia. Pewnie sięgnę, choć raczej nieprędko.