Trzy dobre powody, dla których warto sięgnąć po „Drugie przykazanie”

Trzy dobre powody, dla których warto sięgnąć po „Drugie przykazanie”

W tym jeden tyleż prozaiczny, co trochę z przymrużeniem oka – ale tylko trochę, ponieważ wbrew pozorom kwestia, której dotyczy, jest całkiem nieżartobliwa, a przynajmniej jest taka dla ludzi kochających książki – i dwa zupełnie na serio – odnoszące się do treści powieści oraz jej bieżących kontekstów, które ostatnio zyskały spory rozgłos wśród osób zainteresowanych tematami, jakie w „Drugim przykazaniu” poruszam. A zatem…

Powód pierwszy – sprzedaję TANIO.

Może ze wszystkich rzeczywiście najmniej istotny i budzący uśmiech. Ale jeżeli masz do wyboru kupić książkę lub coś, z czego ugotujesz obiad, zyskuje na znaczeniu. Zwłaszcza jeśli lubisz czytać i nie chcesz z tego rezygnować. A dzięki dużym misiom, wspaniale bawiącym się naszym życiem, jest to niestety dylemat, wobec którego w najbliższym czasie chyba będzie trzeba stawać coraz częściej.

Niedawno w tak zwanych mediach branżowych gruchnęła informacja, że na jesieni rynek książki może czekać potężne tąpnięcie. Sonia Draga, prezeska Polskiej Izby Książki i właścicielka dwóch wydawnictw, przedstawiła prognozę, z której wynika, że w związku z inflacją i rosnącymi cenami papieru w najbliższym czasie trzeba się będzie liczyć ze skokowym wzrostem cen okładkowych. Na przykład książka, która dotąd kosztowała 42,90, teraz może podrożeć o 12 zł. lub więcej. A wzrosty kosztów produkcji pojedynczego egzemplarza w niektórych przypadkach sięgają już w tej chwili 65 procent w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Z kolei Andrzej Palacz, redaktor naczelny pisma „Wydawca” i portalu Wydawca.com.pl, ocenia, że poszukiwanie oszczędności przez wydawców odbije się na jakości ich produktów – poskutkuje to m.in. ograniczeniami w grafice i zmianą papieru (czytaj: książki będą po prostu brzydsze i mniej trwałe) czy pogorszeniem się jakości tekstu, bo w ramach cięcia kosztów będzie się oszczędzać na redakcji. O tym, ile wydawnictw po drodze upadnie, bo najzwyczajniej nie wytrzyma, można sobie wyczytać między wierszami. Przykry to obraz, ale – jak się zdaje – niestety realistyczny.

A co ja mogę na to odpowiedzieć? Chyba tylko jedno: tam, gdzie inni widzą problem, ja – choć też mam typowo polską skłonność do widzenia szklanki raczej w połowie pustej niż w połowie pełnej – chciałbym zobaczyć szansę. Na przykład szansę dla tanich e-booków od niezależnych autorów – dokładnie takich jak ja. W Księgarni na mojej stronie – obecnie jedynym miejscu, gdzie powieść jest dostępna – „Drugie przykazanie” kosztuje 21 zł. I tak pozostanie. A niewykluczone, że będą jakieś rabaty lub promocje.

Pisanie i wydawanie książek to dla mnie przede wszystkim hobby. Nie uzależniam od niego mojej emerytury. A jako że stawiam na produkty cyfrowe, których wytwarzanie niewiele kosztuje, nie muszę windować cen. Choć oczywiście nie ukrywam, że jeśli przychód kiedyś wzrośnie na tyle, żebym mógł zacząć odprowadzać z tej garażowej działalności składki, będę niezwykle rad. A o jakości tego, co robię, przed zakupem każdy może sobie wyrobić opinię sam. Więc jeżeli kogoś zachęciłem – zapraszam. Myślę, że to uczciwy układ.

Informacje powyżej przytoczyłem za portalem Press.pl – link do materiału, na którym się oparłem, wklejam tu.

Powód drugi – piszę o piekle.

Tak, nie przywidziało się Państwu. Temat piekła oraz tego, kto do niego pójdzie, a kto nie, wybuchł ostatnio za sprawą głośnej polemiki Tomasza Terlikowskiego z ojcem Dominikiem Chmielewskim. W największym skrócie: o. Chmielewski to dość radykalny i, jak mi się zdaje, lubiany na prawicy kaznodzieja, który w jednym z niedawnych nagrań na YouTube miał jakoby ogłosić, że większość ludzi zostanie potępiona. Piszę „jakoby”, bo nie znam ani tego filmu, ani samego o. Dominika. I, szczerze mówiąc, jakoś nie pali mi się, by poznać. Może niektórym śledzącym moje wypowiedzi na temat religii wyda się to dziwne, ale mam w życiu ciekawsze zajęcia.

Terlikowski odparował cytowanym wszędzie, gdzie tylko się da, wpisem na Facebooku, w którym w swoim typowym stachanowskim stylu grzmiał, że „nauka” duchownego woła o pomstę do Nieba, o reakcji przełożonych nie wspominając, a także że Chmielewski uprawia religijność lękową, a jego Bóg jest bezsilny, skoro jedyne, co może, to wtrącać ludzi do piekła. Zwrócił ponadto uwagę, że głoszenie Chmielewskiego opiera się na jakichś prywatnych objawieniach, a nie na Objawieniu z Ewangelii.

Jeśli mam być szczery, to zarówno jeden, jak i drugi budzi moją niechęć. Racja jest z pewnością w tym, co zauważył ktoś, kogo personaliów sobie teraz niestety nie przypominam: a mianowicie, że między postawą, wedle której jesteśmy jednym wielkim chodzącym grzechem, a zbawienie jest zarezerwowane tylko dla nielicznych, którzy najbardziej się postarają, a postawą przekonującą, że piekło, o ile w ogóle istnieje, na pewno jest puste, rozciąga się całe ogromne spektrum możliwości pośrednich.

Natomiast ja w mojej powieści badam właśnie tę drugą skrajność. Jej główny bohater – były pastor, który zbłądziwszy na drogach własnej wiary, zaczyna uprawiać religijną hochsztaplerkę – głosi, że bez względu na to, co zrobisz, Jezus i tak ci wybaczy, bo już umarł za ciebie na krzyżu. W sposób po trosze groteskowy, po trosze ocierający się o poetykę grozy, a po trosze podobno też zabawny, staram się pokazać konsekwencję takiego myślenia. Myślenia, u podstaw którego zawsze stoi chęć samousprawiedliwienia. Co zresztą chyba w pełni pojąłem, pracując nad tą historią. Wyjątkowo śliski mechanizm.

O tym, skąd powziąłem ów pomysł, można przeczytać w tym cyklu poświęconym inspiracjom „Drugiego przykazania”. A zwłaszcza w odcinku o wielebnym Carltonie Pearsonie.

I powód trzeci – wyjaśniam fenomen fałszywego proroka.

Pojęcie fałszywego proroka wydaje się wyjątkowo pojemne, gdyż może dotyczyć ludzi mówiących rzeczy zarówno całkowicie sprzeczne z tak lub inaczej pojętą ortodoksją, jak i na pozór super z nią zgodne. Fałszywym prorokiem niewątpliwie jest powieściowy Clay, który założoną przez siebie i swoją żonę Josie Świątynię Powszechnego Odkupienia oparł na mieszance oszustwa, osobistych mistycznych doświadczeń oraz heretyckich nauk, które zaczerpnął od innego fałszywego proroka, z czasem coraz bardziej im ulegając. Jest więc sprawcą, ale też w równej mierze ofiarą.

Blaise Zeller – suspendowany katolicki teolog, na którego podszytych apokatastazą rozważaniach o uniwersalnym zbawieniu Clay opiera swoją doktrynę – to oczywiście taka moja pewnego rodzaju wariacja na temat kilku prawdziwych postaci, które na przestrzeni lat podważały ortodoksję swoich wyznań, a nawet bywały za to pozbawiane praw do nauczania – Hansa Künga, Paula Tillicha czy Karla Rahnera. Przy czym tu ważne zastrzeżenie: nie chodziło mi o to, żeby ich krytykować, lecz po prostu o wprowadzenie do fabuły takiej postaci i pokazanie, co praktycznie może wyniknąć z obcowania z jej myślą.

Fakt, że wszyscy wyżej wymienieni są zaliczani do tak zwanego modernizmu, nie oznacza, że ten rodzaj wychylenia oceniam wybitnie gorzej niż wychylenie w kierunku przeciwnym, do którego zapewne dałoby się przyporządkować o. Chmielewskiego. Po prostu modernistycznych odstępstw jest chyba w ogólnym rozrachunku więcej, bo sama natura tego myślenia bardziej do nich skłania, i jako takie są – przynajmniej na razie – potencjalnie bardziej destrukcyjne. Bo, jak przypuszczam, statystycznie żyje więcej ludzi wierzących w hasło „hulaj dusza, piekła nie ma” niż zadręczających się zawsze, ilekroć przebiegną przez pasy na czerwonym świetle.

Więc idee służą tu poniekąd za dekorację i pretekst do ukazania, jak rodzi się fałszywy prorok. A rodzi się – bez względu na to, co głosi, i jak może się nam to podobać lub nie w zależności od naszych własnych preferencji – wtedy, gdy jego widzimisię lub interes zaczyna się wysuwać na czoło. W ten sposób rozbłysło i upadło wiele religijnych gwiazd – od teleewangelistów w rodzaju Jima Bakkera, aż po takie postacie z naszego podwórka jak z jednej strony ks. Lemański i Jacek Międlar z drugiej.

Clay z mojej powieści też upadnie. I to boleśnie. Ale dostanie szansę na odkupienie. Czy z niej skorzysta? O tym można się przekonać, czytając książkę.

*

A na koniec oczywiście nie pozostaje mi nic innego, jak ponowić zaproszenie do zapoznania się z „Drugim przykazaniem”. Zapraszam też do innych pozycji z Księgarni, słuchania podcastu, a także do subskrybowania strony, żeby być na bieżąco z tym, co robię.

A jeśli ten wpis czytają osoby zajmujące się recenzowaniem książek i chciałyby dostać darmowy plik, proszę o kontakt na ksiazkikrolika@gmail.com wraz z linkami do Państwa bloga, vloga, podcastu, bookstagrama czy dowolnego innego miejsca, gdzie zamieszczacie swoje opinie. Nie ukrywam, że bardzo zależy mi na ocenach na Lubimy Czytać.

Podziel się tym ze znajomymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.