“Drugie przykazanie” – kolejny fragment promocyjny

A oto jeszcze jeden fragment mojej powieści. Jest to kawałek rozdziału ósmego. Wraz z nim zamykam główną ścieżkę promocji “Drugiego przykazania”.  Przyznam się, że trochę zatęskniłem za normalnymi wpisami felietonowymi, w których zamiast paplać o własnej twórczości, komentowałbym świat wokół mnie. A przyznają Państwo, że jest co komentować. I tu od razu na marginesie dodam, że choć może w tekstach tego nie widać, to dosyć poważnie się wahałem, czy jednak nie zmienić planów. Bo wbrew zarzutom, które pod swoim adresem przeczytałem, nie jestem ani żadnym eskapistą, ani tym bardziej nie mam sprawy Ukrainy tam, gdzie słońce nie dochodzi.

A oto rzeczony fragment.

*

Kay Milford musiała być najwyżej koło pięćdziesiątki. Miała na sobie krzykliwą, kanarkowo żółtą garsonkę, a na przedwcześnie zwiędłej szyi – sznur kremowych i granatowych pereł z niedużym kryształem. Gruba warstwa pudru na policzkach i czole oraz fluid na powiekach tylko w niewielkim stopniu tuszowały zmarszczki i chroniczne zmęczenie. Ich najprawdopodobniejsza przyczyna kiwała się na tylnym siedzeniu jej chevroleta.

– To mój syn, Al – przedstawiła chłopaka Clayowi i Josie, nim jeszcze zdążyli się z nią przywitać. – Nie mają państwo nic przeciwko temu, że go zabrałam? Towarzyszy mi właściwie cały czas. To praktycznie mój wspólnik. – Uśmiechnęła się przepraszająco.

Oboje zgodnie zapewnili, że Al absolutnie im nie przeszkadza.

Siedział tam, w ciemnozielonej bluzie z kapturem i czapeczce z emblematem Orlando Predators, nie zwracając najmniejszej uwagi na otoczenie. Cały jego świat zdawał się zawierać w splecionych między kolanami dłoniach. Nie zareagował nawet wówczas, gdy matka powiedziała mu, że musi oprowadzić tych państwa po nieruchomości, i zaraz potem do niego wróci. Claya korciło, żeby zapytać, ile ma lat – szacował, że co najmniej dwadzieścia pięć – ale się powstrzymał. Tak naprawdę nigdy nie wiedział, jak się zachować w towarzystwie niepełnosprawnych, a już upośledzonych umysłowo zwłaszcza.

Na spotkaniach zawsze czuł się zakłopotany, a nawet chyba odrobinę przestraszony, kiedy próbowali nawiązywać z nim bliższy kontakt. Po “ruszeniu w trasę” strach zaczął dominować. Szczególnie wtedy, gdy rozszerzyli swój repertuar o cudowne uzdrowienia.

– Ma babsko tupet, specjalnie go wzięła! – wybuchła później Josie.

– Nie sądzę – próbował ją tonować Clay, choć prawdę mówiąc też powziął takie podejrzenie.

Prawdę mówiąc był nieomal pewien, że obecność chłopaka miała posłużyć za coś w rodzaju emocjonalnego szantażu, który przyhamuje ich złość, gdy zorientują się, że budynek ze zdjęć znacząco różni się od swojego rzeczywistego odpowiednika. Niewątpliwie był to ten sam obiekt – wybudowany, jak wynikało ze znalezionego przez Josie opisu, w 1918 roku i utrzymany w neoklasycystycznym stylu prezbiterialny kościół, usytuowany na zacisznych obrzeżach wchodzącego w skład metropolitalnego obszaru Orlando miasta St. Pond – tyle że w przeciwieństwie do tego, co można było znaleźć w ofercie, przedstawiał obraz ruiny.

Frontowy trawnik był zarośnięty i zachwaszczony. Nosił też ślady nieproszonych gości – tu i ówdzie w plątaninie mniszka lekarskiego, trawy krabowej i ciecierzycy walały się puszki po piwie, pety i torebki po przekąskach. Clay pomyślał, że gdyby dobrze wytężyli wzrok, prawdopodobnie znaleźliby również kilka zużytych kondomów. Kolumienki przed wejściem szpeciły nieudolne gryzmoły: między innymi – jakżeby inaczej! – pentagram oraz napis “Szatan żyje”. Dobrze przynajmniej, że na drzwiach nie wisiał ukrzyżowany i wybebeszony kot – oczywiście czarny.

Jadąc tu taksówką, zobaczyli najpierw jedną z dłuższych bocznych ścian z wysokimi oknami. Żadne nie wyglądało na uszkodzone. Te od frontu, po obu stronach drzwi, też na szczęście były całe. Wciąż jednak pozostawał drugi bok i tył, gdzie znajdowały się dodatkowe pomieszczenia, w których zamierzali urządzić mieszkanie i biuro. Clay niemal spodziewał się, że natkną się tam na potłuczone szyby. A kto wie, na co jeszcze.

Po dokonaniu prezentacji Ala Kay Milford, zobaczywszy ich miny i najpewniej odgadłszy kryjące się za nimi myśli, skurczyła się w sobie. Potem bezradnie rozłożyła ręce i wydusiła:

– Nawet państwo nie wiecie, jak potwornie mi przykro. Jeszcze wczoraj tego tu nie było. Przyjechałam dosłownie przed kwadransem i…

– Nocni intruzi? – przerwała jej obcesowo Josie.

Kobieta w kanarkowej garsonce zapadła się jeszcze bardziej, jak gdyby chciała osłonić się przed ciosem.

– Jeszcze przed państwa przyjazdem zgłosiłam sprawę na policję – wybąkała. – Owszem, mieliśmy tutaj pewne problemy z dzikimi lokatorami. To niestety nieuniknione w przypadku pustostanów. Ale nigdy nie posunęli się do aż takiego aktu wandalizmu.

– Może komuś bardzo zależy na odstraszeniu potencjalnych kupców – wtrącił nieśmiało Clay, głównie po to, by zapobiec wiszącej w powietrzu eksplozji furii Josie.

– To dzieciaki – wyjaśniła Kay Milford. – Ten budynek stoi pusty od ponad trzech lat. Stoi i kusi. Nasza rada parafialna… bo ja też wchodzę w jej skład – uśmiechnęła się blado – początkowo rozważała jego zburzenie i sprzedaż samej działki. Wtedy jednak grunt straciłby na wartości. A poza tym to wiekowy zabytek. Szkoda niszczyć tylu lat historii. To naprawdę piękne i wartościowe miejsce – dodała nieco odważniej. – Ja sama wiele razy przychodziłam tu na nabożeństwa.

– A dlaczego właściwie zaprzestano tutaj posługi? – zapytał Clay. Naprawdę go to interesowało.

– Z najbardziej prozaicznego powodu, jaki można sobie wyobrazić – odparła Kay Milford, która najwyraźniej zaczynała odzyskiwać panowanie nad sytuacją. – Tych, których jeszcze to interesowało, było coraz mniej, a młodzi albo mają religię w nosie, albo szukają transcendentnych doznań gdzie indziej. Po śmierci naszego pastora zdecydowaliśmy, że nie potrzebujemy nikogo nowego, i przegłosowaliśmy rozwiązanie wspólnoty.

– Przykre – skwitował Clay.

– Wbrew pozorom nie aż tak bardzo. – Kay Milford ponownie się uśmiechnęła, tym razem nieco szerzej. – Zwłaszcza że znów będzie tu dom boży – dodała z ledwie wyczuwalnym, jakby zawstydzonym samym sobą podnieceniem, po czym zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu kluczy. – To znaczy jeśli nie zniechęcił państwa ten incydent z dewastacją.

Clay i Josie wymienili spojrzenia. Incydent – jak dyplomatycznie ujęła sprawę Kay Milford – nie mógł przesłonić faktu, że i bez niego budynek wyglądał na o wiele bardziej zaniedbany niż wynikało z oferty. Zaś Kay Milford doskonale o tym wiedziała i chcąc się zabezpieczyć, wzięła swojego kalekiego syna.

– Z pewnością nas zaniepokoił – oznajmiła Josie.

Kay Milford wydobyła pęk kluczy.

– Nasz błąd, że nie zamontowaliśmy monitoringu. Tak naprawdę chyba trochę przestaliśmy wierzyć, że uda się to sprzedać. St. Pond to ładne miasto, do tego z chlubną przeszłością jako miejsce rekonwalescencji dla weteranów wojny secesyjnej, ale mało kto chce tu zakotwiczyć na dłużej. Mamy też całkiem sporo kościołów, które wciąż jeszcze prosperują. Naszemu się niestety nie poszczęściło. Idziemy? – zadzwoniła kluczami.

Ruszyli więc przez zaśmiecony trawnik, usiłując ignorować bohomazy na kolumnach.

Clay obejrzał się dyskretnie przez ramię na zaparkowanego przy okalającym posesję niskim murze Chevy Kay Milford. Jej syn kiwał się w najlepsze. Miał lekko rozchylone usta. Na jego brodzie połyskiwała nitka śliny.

Klucze okazały się niepotrzebne. Zamek był zniszczony. Kay Milford ponownie się skurczyła i pobladła pod skorupą makijażu, ale natychmiast wzięła się w garść i drżącą dłonią przekręciła gałkę. Odchody, które leżały w przedsionku do sali modlitewnej, niemal na pewno były ludzkie. W ciszy rozlegało się miarowe bzyczenie krążących nad brązową pecyną much. Josie zakryła prawą dłonią usta i wybiegła na zewnątrz. Clay podążył za nią. Akurat w samą porę, by zobaczyć zatrzymujący się obok chevy wóz policyjny.

Mężczyzna, który z niego wysiadł, przypominał Clayowi sierżanta Corbena. Niespiesznym, lekko kołyszącym krokiem, przelotnie omiatając spojrzeniem zdewastowany trawnik, ruszył w kierunku drzwi. Zamachał przyjaźnie do Kay.

– Wayne, dzięki Bogu! – zawołała do niego. – Tam w środku… – nie zdołała dokończyć.

Wayne Ellis obejrzał dokładnie zniszczenia. Na szczęście jelitowa niespodzianka była ostatnią atrakcją przygotowaną przez nieproszonych gości. Gości, którzy – jak orzekł – prawdopodobnie uważali się za faktycznych gospodarzy tego przybytku przez zasiedzenie i w ten makabryczny sposób rzeczywiście pragnęli dać uzurpatorom do zrozumienia, że mają swoje zdanie w kwestii własności. Skończywszy inspekcję wezwał ekipę techniczną do zabezpieczania śladów, po czym powiedział Clayowi i Josie mniej więcej to samo o ostrzących sobie na tę metę zęby szczeniakach, co kilka minut wcześniej usłyszeli od Kay.

Wrażenie podobieństwa do Corbena ustąpiło i Clay doszedł do wniosku, że musiało w głównej mierze wynikać z podświadomego lęku przed stróżami prawa, który z tyłu głowy nosi każdy, kto kiedykolwiek miał z tymże prawem na bakier. Corben był zaś ostatnim jego przedstawicielem, z jakim mieli do czynienia. Gdy teraz Clay przypomniał sobie, jak niewiele wtedy brakowało, by ich kariera zakończyła się na komisariacie, poczuł gęsią skórkę na karku i plecach.

A jak niedaleko do tego punktu jesteś w tej chwili? – zapytał namolny głos w głębi jego umysłu i Clay pod jego wpływem odruchowo spojrzał na Josie. Już się uspokajała. Gawędziła nawet z Ellisem o problemach młodzieży, oczywiście przy okazji wymądrzając się, jakby miała w tej dziedzinie co najmniej cholerny doktorat. Kay Milford także się odprężyła. Clayowi było jej naprawdę i jak najserdeczniej żal – nie tylko z powodu tego, co ją dziś spotkało i czemu czuł się poniekąd współwinny.

– A ten wasz kościół – zmienił nagle temat Ellis – co to konkretnie ma być?

*

No i to by było na tyle. Zainteresowanych wszystkimi tekstami promocyjnymi zapraszam tu. Zarazem przypominam, że premierę “Drugiego przykazania” zaplanowałem na wielkanocny poranek. Wtedy pojawi się w Księgarni, do odwiedzania której i zapoznawania się z jej – na razie skromną, ale mającą potencjał rozwojowy – ofertą też jak najbardziej zapraszam. Podobnie jak do subskrybowania strony przez mail (najpewniejsza droga dla chcących być na bieżąco) i, jeżeli ktoś sobie życzy, wspierania mojej pracy literackiej darowiznami w dowolnej kwocie.

Podziel się tym ze znajomymi.