Fragment nowej powieści

…do zakończenia której zostało mi jeszcze co prawda jakieś dwieście-dwieście pięćdziesiąt tysięcy znaków, ale przekroczyła już magiczny punkt, za którym autor jest absolutnie pewien, że dowiezie swoją historię do finału. Fragment to cały – całkiem niedawno zresztą ukończony – rozdział numer 22. Książka nosi tytuł „Nieuniknione”, który najprawdopodobniej już się nie zmieni. Natomiast co do fragmentu… cóż, powiem tak: jest on zarazem reprezentatywny dla całości i zupełnie mylący w kwestii tego, o czym opowieść jest i kto występuje jako jej główny bohater. To dlatego właśnie go wybrałem.

Zapraszam do lektury!

*

Budzi się powoli. Choć, jeśli miałby być szczery, bardziej przypomina to bolesne odklejanie się od jakiegoś błotnistego, krępującego ruchy syfu. Tak, to prawda, co mówią o podeszłym wieku: gdy docierasz do pewnego punktu – w jego przypadku było to chyba w okolicach siedemdziesiątki – rzeczywiście z każdym rokiem potrzebujesz coraz mniej snu, a kiedy po godzinach bezowocnego czuwania lub słaniania się po mieszkaniu uda ci się w niego zapaść, wydaje się lekki i płytki. A jednak z miesiąca na miesiąc coraz ciężej wraca się z niego na jawę.

Bo w pewnym wieku już coraz mniej należysz do tego świata. On jakby sam cię wydala. Jak pasożyta, którego już najwyższy czas się pozbyć. Tak myśli zawsze, ilekroć kolejny raz uda mu się wygrać z tym błotem, które z każdym kolejnym porankiem ledwie zauważalnie staje się jakby coraz bardziej lepkie, gęstsze i… głębsze? Za którymś razem już go nie wypuści. Może jeszcze będzie się szarpał, próbując rozewrzeć zaklajstrowane ropą powieki, ale zabraknie mu siły i podda się. Pewnie minie co najmniej tydzień, zanim go znajdą. Bo oczywiście będzie w mieszkaniu sam. Ktoś wezwie służby, kiedy smród jego gnijących zwłok rozejdzie się po szybach wentylacyjnych.

Dokładnie tak, jak wczoraj stało się z tym biednym chłopakiem piętro wyżej. Podciął sobie żyły w wannie. Musiał tam leżeć właśnie coś koło tygodnia, zanim ta głupia cipa nad nim podniosła alarm. Nikogo nie zdziwiło, że nie wychodzi, bo teraz nikt nie wychodził. Teraz opuszczanie domu stało się passe. W nowym, zamaskowanym świecie, który nastał pół roku temu, nie ma już potrzeby opuszczać własnych czterech ścian.

Poznał tego chłopaka. To było chwilę przed ogłoszeniem pandemii. Pod koniec lutego albo z początkiem marca. Wracał wieczorem z zakupów i poślizgnął się. Leżał na oblodzonym chodniku jak ususzony, stetryczały żuk, bezradnie orząc rękami wśród rozrzuconych produktów i patrząc, jak po brudnych płytach rozlewa się przecier pomidorowy ze stłuczonej butelki. Nikt mu nie pomógł. Wszyscy omijali go szerokim łukiem, zupełnie jakby bali się zarazić jego starością. A zresztą, może już trzęśli tyłkami przed wirusem. Choć życie wciąż toczyło się normalnie, psychoza powoli ogarniała już cały świat.

Podobno w metrze, autobusach i pociągach coraz częściej zdarzały się przypadki paniki, gdy ktoś kichnął lub zakaszlał. Ludzie o niewyraźnym, błędnym spojrzeniu mogącym oznaczać gorączkę byli traktowani jak trędowaci. Zwłaszcza starsi, bo to ich wirus i wywoływana przez niego super grypa atakowały najzacieklej. Tak więc przechodnie pewnie wzięli go za zakażonego. Będzie mógł mówić o szczęściu, jeżeli ktoś – oczywiście z bezpiecznej odległości od wijącego się po chodniku rozsadnika zarazków – nie wezwie pogotowia, w wyniku czego nie trafi na prewencyjną kwarantannę lub test.

Dopiero ten chłopak do niego podbiegł. Tak zwyczajnie, w spontanicznym odruchu pomocy, zgodnie z regułami dawnego świata, który jeszcze miesiąc temu był teraźniejszością, a teraz nikł w przerażającym tempie niczym resztki śniegu w kwietniowym słońcu.

– Mieszkamy w tym samym budynku – wyjaśnił wesoło, jak gdyby starał się ze wszystkich sił osłodzić mu gorycz tego doświadczenia, za co był mu szczerze wdzięczny. – Czasem pana widuję. Jestem Chase.

– Dzięki, Chase – wybąkał zakłopotany.

– Nie ma problemu. Proszę się na mnie wesprzeć. Pójdziemy razem.

– Nie chcę zajmować panu czasu – zaprotestował.

– I tak wracam już do domu. Byłem w kinie. Dobrze, że akurat nie wybrałem autobusu.

– Nie sposób zaprzeczyć – mruknął pod nosem, opierając się całym ciężarem obolałego ciała na ramieniu tamtego.

– Wie pan, po seansie czasem lubię się przejść. Ochłonąć trochę, przetrawić to, co widziałem. Jestem krytykiem. Meg… to znaczy moja dziewczyna już się przyzwyczaiła, że na filmy chodzę sam, a potem włóczę się po mieście, analizując je w głowie.

– Musi pan to naprawdę kochać – stwierdził bardziej po to, żeby coś powiedzieć i dać tamtemu sygnał, że nie jest tylko geriatrycznym, zniedołężniałym bobo, którym trzeba się opiekować, niż dlatego, że rzeczywiście zależało mu na podtrzymaniu konwersacji.

– Po Meg kino to druga miłość mojego życia – roześmiał się uczynny Chase. – Jest jak szyfr, którego rozkodowywanie sprawia, że mam ochotę skakać po ścianach.

A teraz gnił w plastikowym worku. Prawdopodobnie wrzucili go do któregoś ze zbiorowych grobów, które wojsko podobno wykopało gdzieś na odludziu. Jaką oficjalną przyczynę śmierci wpisali do dokumentacji? Czy aby na pewno samobójstwo? Niektórzy darknetowi mędrcy utrzymywali, że samobójstw jest o wiele więcej, niż podaje się w statystykach, a w większości przypadków lekarze wpisują wirusa, żeby potem móc straszyć liczbami. Jeżeli któregoś dnia błoto zwycięży, jemu pewnie też wbiją wirusa. Jeszcze jeden przypadek do słupków. I tak nikt nie sprawdzi.

A może powinien iść w ślady tamtego? Czasem o tym myślał. No dobrze, może coraz częściej. Może nawet… codziennie. Po co czekać? Po co budzić się kolejny raz na obślinionej poduszce, z okruchami szkła w kościach i mokrą plamą w kroczu? Po co znowu przez godzinę przeżywać gehennę sztywnych stawów, nim będzie w stanie trzęsącymi się dłońmi przyrządzić sobie płatki? I nade wszystko: po co kolejny dzień boksować się ze świadomością, że świat, który znał, który przy wszystkich mankamentach – zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych – mógłby uznać za własny, nieodwołalnie przeminął?

Myśli o tym również dziś. Poduszka znów jest obśliniona. Śmierdzi, tak jak zresztą i on. Ale nie zmieni poszwy. Nie warto. W kościach tradycyjnie przesypuje się szkło, a w stawach stężał beton. Z pęcherza też oczywiście popuścił.

Starość to w sumie zabawna rzecz. Nie tyle w sensie biologicznym, co psychologicznym. A jeszcze bardziej pamięciowym. Jeśli uda ci się wytrwać względnie długo z mózgiem w kondycji dającej możliwość to rejestrować, nagle zdajesz sobie sprawę, że choć w jego zwojach nadal są zapisane wszystkie etapy twojego życia i możesz do nich sięgnąć jak do plików na twardym dysku, to w istocie ulega zerwaniu twoja łączność z nimi. Patrzysz na siebie sprzed dwudziestu albo trzydziestu lat jak na kogoś obcego. Ty obecny zostajesz zawężony do bycia starcem. Cieleśnie i mentalnie.

To drugie, choć stanowi bezpośrednią pochodną pierwszego, jest o wiele gorsze. Uświadamia ci, że tak naprawdę to biologia determinuje ducha, a nie na odwrót. Zmienia twój umysł w trzęsącą się, bezradną, płaczliwą galaretę. Pogrąża cię w tym. A w rzadkich chwilach, gdy rzeczywiście zdarza ci się szukać ucieczki w zasobach przeszłości, powoduje tym głębsze cierpienie, przypominając, że właściwie wszystko, co dobre, już się skończyło, a przed tobą tylko ten poranny muł. No i tym bardziej zakleszczasz się w teraźniejszości. I tak krąg męki się zamyka. On przerabia to każdego dnia. Każdego zasranego dnia. A odkąd świat zwariował, te odczucia stały się jeszcze intensywniejsze.

Czasami zastanawia się, czy byłoby mu chociaż trochę lżej, gdyby Queenie nadal żyła. Być może tak, bo fakt faktem, w starości zaczął się pogrążać po jej śmierci sześć lat temu. Kiedy tamtego kwietniowego popołudnia wrócił z cmentarza, po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że został sam, i że właśnie tak przyjdzie mu spędzić ostatni odcinek życia. Nie mieli dzieci. Może więc odbiera od losu słuszną zapłatę za egoizm. Tylko czy to musi tak piekielnie boleć?

Kiedy teraz o tym rozmyśla, do oczu napływają mu łzy. Ociera je jednak szybko wierzchem dłoni i wytaszcza tę cuchnącą skorupę, która niegdyś była jego ciałem, z brudnej pościeli, by stawić czoła kolejnemu pustemu, bezcelowemu dniowi. Siedząc na łóżku i czekając, aż parametry względnie się wyrównają, patrzy w okno. Wita go szare listopadowe niebo, a pod nim martwe, wyludnione ulice, na których prawo ma jedynie przebywać pilnująca nowego sanitarnego ładu policja, dostawcy i bezpańskie psy masowo wyrzucane przez właścicieli, odkąd ludzkie bydło zostało znów zapędzone do klatek.

Zresztą niedługo nawet policja nie będzie potrzebna. W telewizji i internecie coraz częściej przebąkuje się o masowym wdrażaniu dronów. Nocami już patrolują miasto z powietrza, szukając cwaniaczków, którym jakimś cudem udaje się oszukać uliczny monitoring. Słyszy czasem ich owadzie buczenie. Rozwiązanie prosto z Chin. Miara postępu zachodniej cywilizacji, która jeszcze kilkanaście lat temu potępiała Chiny za umacnianie totalitarnego reżimu, a teraz się na nich wzoruje. I niektórzy eksperci, obecni teraz na większości kanałów dwadzieścia cztery godziny na dobę, mówią to zupełnie wprost.

– Problemem naszych liberalnych społeczeństw – perorował ostatnio jeden z nich, oczywiście siedząc we własnym domu i nadając przez Skype – jest rozbuchany indywidualizm, który w sytuacjach kryzysowych – dokładnie takich jak ta, z jaką obecnie mamy do czynienia – kompletnie się nie sprawdza. Społeczeństwa azjatyckie, od wieków wychowywane w tradycji kolektywnej, każącej wyżej cenić zbiorowość niż jednostkowość, okazują się o wiele posłuszniejsze. Tam nie ma ruchów antymaseczkowych i fanatycznych antyszczepionkowców. Tam jest rzeczą oczywistą, że to, co powie władza, jest święte. Powinniśmy się od nich uczyć.

– Wywołany przez pandemię kryzys to szansa – przekonywał inny na tle swojej imponującej biblioteki – szansa na to, by ludzie ponownie docenili wartość zbiorowej odpowiedzialności. Będzie to niezbędne w najbliższych latach, kiedy przyjdzie nam się mierzyć z kolejnymi kryzysami, które bez wątpienia nadejdą. Nie tylko zdrowotnymi, ale choćby katastrofą klimatyczną, czekającymi nas niedoborami energii i tak dalej.

– Tak, owszem – zgodził się z nim jeszcze jeden, dla odmiany pozujący na tle białej ściany – obecny model demokracji wyczerpał się. Zachodni świat będzie musiał wrócić do jakiejś formy rządów silnej ręki. Sprawowanych jeżeli nie przez wybieralnych polityków, to przez organizacje międzynarodowe i współpracujące z nimi grona eksperckie. Inaczej nie przetrwamy. Dzięki pandemii i wygenerowanemu przez nią przyzwoleniu społecznemu otwiera się okno do przeprowadzenia kilku niezbędnych zmian, które w innych okolicznościach nie byłyby możliwe.

Śledził to wszystko bardzo uważnie, choć wywoływało w nim odruchy wymiotne. Analizował stopniową ewolucję przekazów medialnych od początkowych, skupiających się przede wszystkim na bombardowaniu statystykami zgonów i obrazami lekarzy w strojach ochronnych, po obecne, w których rzeczywiście coraz wyraźniej dominował ton prognoz, jak to niby nieodwracalnie zmieni się świat, kiedy to się skończy. Jak maseczki i dezynfekowanie rąk staną się naturalnym elementem codziennej rutyny – tak jak do tej pory chustki do nosa czy mydło. Jak dzięki rozwojowi technologii będzie można uskutecznić nadzór.

Przewidywano, że kiedy zostaną wprowadzone szczepionki – a ma to nastąpić w przyszłym roku – ci, którzy je zażyją, będą mieli przywróconą większość dotychczasowych praw. Oczywiście pod warunkiem, że będą nosić ze sobą specjalny certyfikat – najpewniej w formie aplikacji instalowanej w smartfonie. Pozostali staną się obywatelami drugiej kategorii. Oczywiście nikt tego tak nie nazwał – oficjalny język stał się w ostatnich miesiącach równie aseptyczny jak skóra po wyszorowaniu płynem bakteriobójczym – ale w zasadzie do tego się właśnie sprowadzało.

– Od tej drogi nie ma już odwrotu – powtarzali jednobrzmiącym chórem eksperci i politycy. O dziwo w tej akurat kwestii zaskakująco zgodni bez względu na przynależność partyjną. – To jest nowa Wielka Rzecz, wokół której zjednoczy się podzielona ludzkość.

I tak dalej, i tak dalej.

Maruderzy i abnegaci na śmietnik.

To o tobie.

Czasem zastanawia się, skąd właściwie wzięło się u niego to instynktowne ukierunkowanie na nie. To podejrzenie, że wirus stał się tylko wygodnym pretekstem do załatwienia przez możnych tej zafajdanej planety paru spraw, które bez sztucznie wywołanego stanu paniki rzeczywiście byłoby dużo trudniej przeforsować. Choćby likwidacja gotówki, o której dziś mówi się zupełnie otwarcie. Banknoty są wszak idealnym nośnikiem dla patogenów. Albo przymusowe ograniczenie mobilności, które rzekomo ma być szansą na uratowanie klimatu.

I gdy się tak zastanawia, dochodzi do wniosku, że to przez nachalność, z jaką sufluje się ludziom pandemiczną propagandę. Nachalność rodem z telezakupów, gdy wygadany aktorzyna przekonuje cię, że ten zestaw nierdzewnych noży firmy Psie Bździny to najlepsze, co mogło cię spotkać w twoim beznadziejnym życiu. Ty mu wierzysz, chwytasz za telefon, a potem okazuje się, że twoje cudowne noże łamią się przy pierwszym krojeniu albo jedynie szarpią steki, które miały przecinać z precyzją laserowych ostrzy.

Tak, to zawsze tak działa, czyż nie? Im usilniej próbują ci coś wcisnąć, tym bardziej możesz być pewien, że chcą cię orżnąć. Żyje na tym świecie już dostatecznie długo, by wiedzieć, że to uniwersalna reguła. A do tego na obecnym etapie rozwoju ludzkości rozrosła się do rozmiarów niespotykanych nigdy wcześniej. Dziś stręczycielstwo masz na każdym kroku – od kosmicznych noży czy zestawów do ćwiczeń, które w miesiąc zrobią z ciebie supermana, po wszelkiej maści ideologiczny bełkot. I z tak zwaną pandemią nie jest inaczej.

Byłby gotów iść o zakład z każdym o wszystko, że gdyby dokładnie taki sam wirus pojawił się dwadzieścia lat temu, przemknąłby prawie niezauważony. Nikomu – przynajmniej w normalnej części świata, bo takie, dajmy na to, Chiny to inna para kaloszy – nie śmiałoby nawet przejść przez myśl, że można całe kraje zmienić w obozy koncentracyjne. Bo podstawowe swobody gwarantowane przez demokrację uznawano by za nienaruszalną świętość.

No ale dotychczasowy model demokracji przecież się wyczerpał, pamiętasz? Teraz obowiązuje model azjatycki. Teraz świętością ma być to, co powie władza, choćby nawet ta władza kazała ci kicać, klaskać uszami lub wsadzać sobie wiertła udarowe w tyłek. Jeżeli władza powie, że wirus zabija miliony, to zabija miliony. Nieważne że według wiarygodnych danych jego ślady w ściekach kilku dużych europejskich i amerykańskich miast prawdopodobnie wykryto już latem zeszłego roku i ludzie jakoś nie padali całymi milionami jak muchy na ulicach.

To jest właśnie ta nowa normalność, o której trąbią na prawo i lewo. I do której ty z jakichś irracjonalnych powodów nie chcesz entuzjastycznie dołączyć. A nie chcesz, bo jesteś stary, zgorzkniały i od wielu lat – co najmniej od śmierci twojej Queenie – nie nadążasz już za współczesnością. A nawet nią pogardzasz, prawda? Zupełnie jak wszystkie zgrzybiałe, cuchnące własnymi szczochami pryki. Najpierw nie spodobało ci się, że mężczyzna może się nagle poczuć kobietą i nikt nie ma prawa tego skrytykować, a teraz kręcisz nosem na maseczki. Na maseczki!

Tak, jest stary i być może rzeczywiście już nie nadąża. Zgorzkniały? Zapewne. Przekonany, że wszystko, co dobre, skończyło się wraz ze śmiercią Queenie – jego anioła oraz jedynego łącznika z dawnym światem, dzięki któremu jakoś dawał radę w tym nowym, niekoniecznie wspaniałym? Tak, do cholery, to wszystko prawda! Ale przy tym nie jest kretynem. I póki co potrafi całkiem nieźle odróżnić to, co wynika z jego subiektywnych odczuć, od faktycznego obrazu rzeczywistości.

Tak jak jest w stanie oszacować, kiedy gnój, w którym wszyscy tkwią obecnie, tak naprawdę się zaczął. To zresztą też zasługa Queenie. Bo Queenie nauczyła go patrzeć dalej niż czubek własnego nosa. Z pół zwierzęcia, którym był, kiedy się pobierali, ulepiła człowieka. Może dalekiego od ideału – choć decyzję o nieposiadaniu dzieci podjęli wspólnie, tak naprawdę to on był stroną bardziej aktywną – ale mimo wszystko zdolnego do współczucia, nieobojętnego na los bliźnich i chyba w miarę wrażliwego.

– Dziś nikt nawet sobie nie wyobraża, jak dalekosiężne konsekwencje będzie to miało – powiedziała w ów słoneczny wrześniowy poranek dziewiętnaście lat temu, kiedy przez salonowe okno ich domu w Carly patrzyli ze zgrozą na całun pyłu spowijający Nowy Jork, równocześnie śledząc w telewizorze transmisję na żywo z Manhattanu. – Dzisiaj tak naprawdę skończył się świat, który dotąd znaliśmy – dodała z drżeniem, przyciskając policzek do jego dłoni.

Był nie mniej porażony zamachami niż ona. I też uważał, że mogą mieć trudne dziś do oszacowania skutki – zwłaszcza gdyby okazało się, że tej bezprecedensowej rzezi rzeczywiście dokonali islamiści. Mimo to pomyślał, że jednak trochę przesadza. Queenie była cudowną kobietą, lecz miewała niekiedy skłonności do nadmiernej egzaltacji i dramatyzmu. Rozczulała się nad losem chorych albo porzuconych psów i przeżywała dogłębnie polityczne problemy, na które – w przeciwieństwie do losu czworonogów z prowadzonej przez nią fundacji – nie mogła mieć żadnego wpływu. I za to właśnie ją kochał. Ale stwierdzenie, że dziś skończył się świat, było po prostu przesadne.

Pogładził ją czule po siwiejących włosach.

– Poradzą sobie z tym, skarbie. Wszyscy sobie poradzimy, tak jak zawsze sobie radziliśmy – powiedział kojąco i z pewnością w głosie.

– Och, słonko – westchnęła, delikatnie muskając jego dłoń wargami – tak bym chciała, żebyś miał rację.

W początkowym odruchu chciał ją zapytać, co konkretnie ma na myśli, ale spasował. Wolał nie ciągnąć tego wątku. Był zbyt zmęczony wpatrywaniem się na przemian w telewizor i okno – z obawą, że to nie koniec samolotowego deszczu – i przygnieciony skalą tragedii. A poza tym… poza tym gdzieś w głębi serca na wpół świadomie kiełkowało mu przeczucie, że być może Queenie jednak nie przesadza. W końcu to pierwszy bezpośredni atak na terytorium Stanów Zjednoczonych od czasu Pearl Harbor, a wiadomo, czym zaowocował tamten.

A potem… nie, nie chodziło nawet o wojny, w które wciągnął kraj Bush. Ani o tych, którzy na nich bezsensownie polegli. Bardziej o coś w powietrzu – o jakąś trudno uchwytną, ale z roku na rok coraz bardziej wyczuwalną truciznę, jak gdyby pozbawiony woni i barwy, ale mimo to zabójczo toksyczny gaz, który sprawiał, że ludzie stawali się coraz bardziej zrozpaczeni i jednocześnie agresywni. I to nie tylko w Stanach. A rozprzestrzenianiu się tej zarazy sprzyjał – jak na ironię! – internet, który w latach dziewięćdziesiątych tak mocno go zafascynował.

Co gorsza, w parze z tym wszystkim postępowało powolne dokręcanie śruby. Ograniczenia, które po jedenastym września wprowadzono na chwilę, w mniej lub bardziej okrojonej formie obowiązywały przez kolejne lata. Wybuchały afery związane z bezprawnym inwigilowaniem zwykłych Bogu ducha winnych obywateli przez służby. I wszystko to w imię bezpieczeństwa, które nagle stało się wręcz fetyszem. Zaś przestraszone kolejnymi falami terroru społeczeństwa się na to zgadzały. Tak jak teraz.

– Wiesz, może to egoistyczne, ale… cieszę się, że już stąd odchodzę – wykrztusiła z trudem Queenie na szpitalnym łóżku. Trzymał ją za naszpikowaną igłami i przewodami, kruchą jak porcelana dłoń. Czuł, jak resztka życia niemal dosłownie ucieka z jej wydrenowanego nowotworem ciała. – Świat staje się coraz bardziej uciążliwy. Nie mam już siły go rozumieć. Ani, szczerze mówiąc, nie chcę. Żal mi tylko ciebie, Gordie. Tak mi przykro, że zostaniesz tu sam.

– Nie mów nic, odpoczywaj – prosił ją głosem, który od ostatecznego kolapsu powstrzymywał tylko wewnętrzny imperatyw, że nie ma prawa się przed nią rozsypać. Przynajmniej dopóki pozostaje przytomna.

– Och, Gordie, mój kochany, słodki Gordie, mój kudłacz – powtarzała jedynie coraz słabiej, zachłystując się łzami i flegmą.

Gdy godzinę później odeszła, wtulił twarz w jej zapadniętą, nieruchomą pierś i długo płakał. Dzisiaj nawet nie pozwoliliby mu się z nią pożegnać. Dziś umierałaby sama – za jakimś parawanem i w przymusowo nałożonej na usta szmacie, przez którą jeszcze ciężej byłoby jej łapać ostatnie hausty powietrza. Najprawdopodobniej nie mógłby też zobaczyć ciała. O ile w ogóle pozwolono by mu wyjść z domu na pogrzeb. Zresztą, pogrzebu także by nie było. Pozbyto by się odpadu szybko i bez zbędnych sentymentów.

Miara czasów, duch epoki.

Kulminacja zdziczenia zapoczątkowanego przed dziewiętnastu laty.

*

Bardzo Ci dziękuję za przeczytanie tekstu. A skoro już tutaj jesteś, zapraszam do Księgarni – może któraś z dostępnych tam moich książek Cię zainteresuje. Zachęcam też do zasubskrybowania bloga, jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co robię.

Podziel się tym ze znajomymi.