Korelacja między oglądaniem horrorów a wiarą w zjawiska paranormalne

Przeglądając ostatnio „media branżowe”, natrafiłem na wzmiankę o tyleż ciekawym, co w gruncie rzeczy dość chyba oczywistym, jeśli chodzi o wyniki, badaniu, przeprowadzonym na uniwersytecie w Uppsali. Jedna z jego pracownic, niejaka Femke Geusens, postanowiła sprawdzić, jak na ludzkie przekonania i postawy w zakresie wiary w zjawiska paranormalne wpływa konsumpcja wizualnych treści z szerokiego spektrum grozy. W tym celu przebadała sześćset jeden dorosłych osób w wieku od osiemnastu do pięćdziesięciu sześciu lat. Rezultat, jak już wspomniałem, nie stanowił dla mnie zaskoczenia. Co więcej, potwierdził kilka praktycznych i teoretycznych założeń, których od dawna się trzymam.

Uczestnicy eksperymentu zostali, jak przeczytałem, przeanalizowani na okoliczność następujących ośmiu podgatunków filmowej grozy: fikcja paranormalna (czyli, jak rozumiem, wszelkiego rodzaju ghost stories, opowieści o nawiedzonych domach, opętaniach itp.), rekonstrukcje oparte na rzekomo prawdziwych wydarzeniach, found footage, filmy o potworach, slashery, horrory psychologiczne, horrorowe komedie oraz tak zwane reality tv o tematyce paranormalnej, czyli doku, a w większości wypadków chyba raczej mockumenty o ekipach naukowców poszukujących dowodów na istnienie świata nadprzyrodzonego w różnych zapyziałych posiadłościach, opuszczonych szpitalach, lasach, na łąkach i wrzosowiskach – oczywiście w odpowiednio zamglonej nocnej scenerii.

I wyszło z tego, że najsilniej z wiarą w rzeczywistość wykraczającą poza pięć bazowych zmysłów, bądź gotowością do niej, korelowały treści twierdzące, że opierają się na faktach – i to zarówno te fabularne, jak i (para)dokumentalne. Pozostałe gatunki nie wykazywały takiego związku; w każdym razie nie w stopniu, który pozwalałby podciągnąć je pod wyłaniającą się z badania tezę. Przy czym Geusens dosyć przytomnie zauważyła, że może chodzić zarówno o pobudzanie takiej wiary, jak i o to, że osoby już uprzednio otwarte na zjawiska paranormalne po prostu częściej sięgają po wytwory kultury masowej tego typu.

Jako bądź co bądź kształcony literaturoznawca jestem niekiedy przesadnie czepliwy, jeżeli chodzi o terminologię, toteż przynależność produkcji z worka „reality tv”, jakkolwiek naciągane by nie były, do horroru wzbudziła we mnie kilka wątpliwości. Inscenizowane czy nie, strukturalnie i estetycznie należą, przynajmniej moim skromnym zdaniem – które, jak lubił zastrzegać pewien pianista, ma tę wartość, że nikt nie musi się z nim liczyć – do całkowicie innego gatunku, mającego, co do zasady, odmienne niż czysty horror cele. Raczej zaszeregowałbym je do niesamowitości, która z horrorem zazębia się jedynie częściowo. Ale okej – rzeczywiście nie ma się co czepiać etykietek. Rozumiem, co Geusens próbowała wykazać.

To, że historie spod szeroko pojętego emblematu „true” bardziej sprzyjają rozpalaniu, ewentualnie utwierdzaniu obecnej już wcześniej, wiary w świat nadnaturalny, wynika po pierwsze z zadyszki fikcji jako takiej – w filmie jest to może mniej widoczne, choć w literaturze dało się zauważyć już dobre kilkanaście lat temu i bywa regularnie potwierdzane wysokimi wynikami sprzedaży książek nonfiction przy stagnacji beletrystyki – a po drugie… No cóż, spójrzmy prawdzie w oczy: filmy o zamaskowanych mordercach, żywych trupach czy mutantach mogą najwyżej zaspokajać potrzebę doświadczanych w kontrolowanym środowisku mocnych wrażeń, nie zaś metafizyczne tęsknoty; z kolei zmyślone fabuły o duchach często grzeszą dyskwalifikującym je jako kandydatów do funkcji katalizatorów tychże tęsknot przekombinowaniem.

A skoro już o metafizyce mowa… Tutaj docieramy do clou sprawy. Bo, tak jak już pisałem, groza i niesamowitość to jedne z ostatnich w dzisiejszej kulturze bastionów metafizycznego postrzegania świata. W sensie chrześcijańskim, ale też bardziej ogólnym – jako po prostu wyraz zakorzenionego głęboko w zbiorowej świadomości naszego gatunku i dającego o sobie znać tym silniej, im bardziej jest spychane w strefę tabu, przeświadczenia, że rzeczywistość ma o wiele więcej wymiarów niż te, których możemy dotknąć empirycznie. Z tych samych powodów tak ogromny renesans przeżywa obecnie neopogaństwo, ezoteryka czy – podbustowana niedawnymi rewelacjami z amerykańskiego Kongresu – fascynacja UFO i istotami pozaziemskimi.

Produkcje pogrywające z konwencją dokumentu mają zaś ten dodatkowy walor, że zazwyczaj dość sprytnie łączą drenujące ich widzów duchowe ssanie z naukowym, czy też raczej quasi-naukowym, dyskursem. Człowiek współczesny dokładnie tak, jak dwieście czy tysiąc lat temu chce wierzyć, że nie przemijamy wraz ze śmiercią fizycznego ciała, tyle że w przeciwieństwie do swoich przodków potrzebuje uwierzytelnienia w postaci zamazanych obrazów z kamer termowizyjnych, pomiarów z detektorów ruchu i pozostawiających spore pole do interpretacji co do faktycznego źródła nagrań audio. Na tym właśnie ten patent się opiera i dlatego tak dobrze działa.

Co prowadzi do kolejnej kwestii – dla Geusens i jej zespołu jako ludzi żyjących w kulturze de facto już postchrześcijańskiej nie do końca może czytelnej, jednak dla kogoś „robiącego” w religii raczej oczywistej: kryzysu języka religii, który bynajmniej nie kasuje tradycyjnie obsługiwanych przez nią pragnień i pytań. A jeżeli poszukujący odpowiedzi nie znajduje ich w niej, to siłą rzeczy zwraca się gdzie indziej – na przykład właśnie do poruszających podobną jak religia tematykę tekstów kultury. Osobiście znam kogoś, kto „wkręcił się” w horrory, bo śmierć bliskiej osoby pobudziła w nim głód duchowości, którego nie był w stanie zaspokoić w Kościele. I nie rozsądzam, czy to dobrze, czy źle – staram się jedynie wyjaśnić, jak funkcjonuje zobrazowany w badaniu Geusens mechanizm.

Tak jak zaznaczyłem w notce o fenomenie Macieja Trojanowskiego: nurtujące nas pytania o naturę rzeczywistości muszą zostać wyartykułowane; nawet niekoniecznie odpowiedziane, lecz właśnie wyartykułowane, wyrażone na głos, a intuicje, że świat, w którym żyjemy, posiada więcej odcieni niż to, czego jesteśmy w stanie dotknąć – potwierdzone. Możemy to robić za pośrednictwem religii – jako stojąca na paranormalnym fundamencie jest do tego wręcz predestynowana i jej zauważalny dziś kryzys bynajmniej tego nie zmienia – lub przez kulturę. Ewentualnie łącząc obie perspektywy. Zaś horror – jak też starałem się już wykazać – wydaje się medium wręcz do tego celu idealnym.

Co stwierdzam zarówno jako jego odbiorca, jak i jako czerpiący z niego artystycznie i doceniający jego przypowieściowy potencjał twórca.