I jeszcze jeden fragment „Drugiego przykazania”

Popremierowo, w ramach zachęty, wrzucam jeszcze jeden fragment mojej najnowszej powieści. Tym razem jest to większość rozdziału dziewiętnastego. Dwa poprzednie, udostępnione przed pojawieniem się „Drugiego przykazania” w sprzedaży, można przeczytać tu i tu.

*

W środę popołudniu Josie sprzątała kościół, a Clay znów zaszył się w biurze. Siedział zupełnie nieruchomo już od prawie piętnastu minut. Przed sobą miał rozrzucone notatki, z których usiłował sklecić konspekt pierwszego artykułu na podpięty do strony ich świątyni blog. Jego uruchomienie było oczywiście pomysłem Josie, która uważnie śledziła najnowsze trendy w Internecie, ale jak dotąd nic na nim nie zamieścili. Po ostatnim nabożeństwie to Clay uznał, że najwyższa pora zacząć.

Tematem pierwszego wpisu miała być, rzecz jasna, osławiona doktryna. A raczej… Doktryna. Czyli w gruncie rzeczy to, co na poły improwizując, a na poły wymyślając z zawstydzającą świadomością, że naciąga, powiedział w dwie minione niedziele. Teraz należało zebrać to do kupy, nadać temu jakąś usystematyzowaną formę i pozór spójności. Chociaż w gruncie rzeczy podejrzewał, że na jednym tekście się nie skończy.

Czy ty zamierzasz stworzyć własną teologię, Clay? – zapytał sam siebie po raz nie wiadomo który. – Czy naprawdę aż tak ci odbiło, że poważnie rozważasz stworzenie własnej pieprzonej teologii, w którą na dobrą sprawę sam nawet nie wiesz, czy do końca wierzysz, i co do której masz świadomość, że opiera się na niewiele mającym wspólnego z chrześcijaństwem fundamencie?

Odpowiedź? Tak, cholera! Zamierzał to zrobić. Naprawdę zamierzał to zrobić. I kiedy teraz o tym rozmyślał, nie wiedział, czy bardziej paraliżuje go lęk przed tą perspektywą i wszelakimi jej implikacjami, czy wywołane nią podniecenie, które zapewne jest udziałem każdego twórcy – zwłaszcza zdającego sobie sprawę, że przekracza nieprzekraczalne dotąd dla siebie granice. Ktoś taki jednocześnie pragnie się wycofać, powrócić do strefy bezpieczeństwa, i pójść dalej. Czy podobnie czuł się Luter?

Ile z tego, co ostatecznie ogłosił, tkwiło w nim od samego początku, a ile stanowiło efekt zewnętrznych oddziaływań? Na ile jego myśl kształtowała się w wyniku reakcji, którą wywołały jego pierwsze wystąpienia i ich dalsze reperkusje? Czy miał pokusę, by odpuścić? A jeżeli tak, to w którym momencie i pod wpływem jakich czynników ostatecznie zadecydował, że jej nie ulegnie i podąży za ciosem?

A czy ty, Clay, projektując swoje poczynania na Lutra, nie uciekasz aby od sedna problemu? I nawet nie w sensie, że dzieli was przepaść czasu, nie mówiąc o znaczeniu, ile po prostu dlatego, że… uciekasz przed tym, co jest absolutnie kluczowe. A co jest tu absolutnie kluczowe? No co, co takiego, Clayu Dawsonie?

To, że te wszystkie herezje, których naopowiadał w ciągu ostatnich tygodni, a teraz zamierzał je spisać, naprawdę gdzieś tam głęboko w nim tkwiły. Po ostatnim nabożeństwie przyznał się Josie, że to dzieje się jakby ponad nim, jakby to nim mówiło, i była to prawda. Tak jak prawdą było to, że w ogóle zaczął, próbując, po części mimowolnie, dostosować się do sytuacji. O tym Josie nie wspomniał, ale przed samym sobą był w stanie to przyznać. Niemniej jakiś rys, ogólny kształt tych idei siedział w glebie jego umysłu jak ziarenka, które zaaranżowana przez Josie sytuacja pobudziła do nagłego wzrostu.

Kiedy się nawrócił, a raczej kiedy przyjął Jezusa przytłoczony ciężarem odkrytych przez siebie i nie dających się nijak obalić dowodów, siłą inercji przejął wszystko, co głosiło chrześcijaństwo w swoim najogólniejszym zarysie. Uwierzył, a raczej przyjął do wiadomości, że Jezus przyszedł na świat jako Syn Boży, a następnie został przybity do krzyża, zmartwychwstał i wstąpił do Nieba, przedtem ustanawiając swój najświętszy Kościół. Jednocześnie pogrzebał obiekcje.

Ale czy to znaczy, że one ustały? Nie, one tylko zapadły w letarg. Zostały odsunięte, wyparte jako elementy niepożądane, które mogłyby zniweczyć osiągniętą w pocie czoła nową równowagę. Ale były tam. Były i czasem nieśmiało się odzywały – zwłaszcza wtedy, gdy objął posługę w Claremont, i spoczął na nim obowiązek przekazywania powierzonym mu parafianom nauk, które najpierw sam przyswoił. Ale czy te nauki nigdy nie wywoływały w nim nieśmiałego buntu? Czy nigdy nie wydawały mu się… hm… nierealistyczne?

Podczas całej pracy w Claremont, a także po wypadku, gdy jeszcze nie poznał Josie, powtarzał wyuczone slogany, z większością z nich szczerze się zgadzając albo po prostu uznając, że skoro stoi za nimi religia, za prawdziwością której przemawiają tak poważne przesłanki, jego rolą nie jest podważanie ich. Ewentualne zastrzeżenia składał zaś na karb własnej niedoskonałości i na ogół udawało mu się je wyciszyć. A jednak one istniały. I czekały.

Najważniejsze dotyczyło wizji Jezusa jako wiecznie cierpiącego baranka, który nic tylko wisi na krzyżu i wywołuje u swoich wyznawców… no cóż, poczucie winy. Joe lub Jake utrafił w sedno. Poczucie winy i wstyd były głównymi problemami w zetknięciu z tym wiecznie krwawiącym, zbitym na kwaśne jabłko kawałem ludzkiego mięcha. I stanowiły wspólny element wszystkich wyznań chrześcijańskich bez względu na to, czy wymagały upokarzania się przy kratkach konfesjonału, czy nie.

Zawsze miałeś się czuć winny, że On dla ciebie tak tam wisi, sparaliżowany tą Jego umęczoną, przypominającą skamlenie zbitego psa miłością, o którą nie prosiłeś. Zawsze musiałeś się zadręczać wyrzutami, że to ty Go do tego krzyża przybijasz swoimi grzechami. I żeby jeszcze tymi wielkimi! Nie, właśnie najbardziej tymi drobnymi, codziennymi. Raz krzywo spojrzysz i bach – kolejny gwóźdź w Jego święty nadgarstek. Wszystko jest grzechem! Wszystko zadaje Mu ból. Choćbyś nie wiem jak się starał, pilnował, powściągał niepożądane instynkty, zawsze prędzej czy później schrzanisz. A On będzie cierpiał.

A cóż oferuje ci w zamian? Co poza mglistą obietnicą szczęśliwego życia w jakimś wyższym, na dobrą sprawę niemożliwym do pojęcia wymiarze? Cóż poza enigmatycznymi zapewnieniami, że znajdziesz się tam, jeżeli będziesz dobrze żyć i pokornie znosić udrękę egzystencji tu? Cóż poza wizją wszechmocnego Boga, który, kiedy przychodzi co do czego, okazuje się kompletnie bezsilny?

Niemoc Boga! tak, to właśnie była kolejna rzecz, która zawsze go bulwersowała; nawet wtedy, gdy poznał już całe teologiczne uzasadnienie. Ba, wtedy może nawet bardziej, bo wszelkie argumenty w stylu “Bóg dobrowolnie się samoogranicza, gdyż szanuje ludzką wolną wolę, a Jego interwencja przejawia się w tym, że wspiera nas w zmaganiach ze złem” sprawiały na nim wrażenie wydumanych i naciąganych w co najmniej równym stopniu jak wiele z tego, co sam robił w ostatnich tygodniach.

Siedząc teraz nad rozgrzebanymi notatkami, przypomniał sobie, jak będąc w liceum przeczytał relację jakiegoś Żyda ocalałego z szoah. Człowiek ten opowiadał, że pewnego dnia w obozie koncentracyjnym, w którym go przetrzymywano, Niemcy zapędzili wszystkich więźniów na plac apelowy, gdzie kazali im być świadkami agonii kilkunastoletniego chłopca, którego powiesili na szubienicy w taki sposób, żeby dusił się powoli przez kilka minut. Ktoś w tłumie podobno zapytał, gdzie niby teraz jest Bóg, a ktoś inny odpowiedział mu, że wisi razem z tym chłopcem.

Nastoletniego Claya to autentycznie oburzyło. Bóg, który kocha ludzi, zamiast bezradnie wisieć, powinien skopać dupska esesmanom. Szacunek dla ludzkiej wolności? Jaki szacunek, do cholery! Są takie sytuacje, kiedy dobry rodzic ma w nosie wolność swojego dziecka, i ściąga pas! A to była jedna z nich! Rodzic, który może spokojnie patrzeć na taką torturę, musi chyba być albo głupi, albo zły.

Clay nigdy się nad tym nie zastanawiał, lecz teraz doszedł do wniosku, że zgorszenie tamtym epizodem najprawdopodobniej było jednym z kluczowych powodów jego młodzieńczej radykalizacji, która najpierw uczyniła z niego przemądrzałego wojującego ateistę, a potem, dzięki spowodowanemu zakochaniem w Wendy idiotycznemu imperatywowi, żeby wybić jej z głowy te religijne bzdury, popchnęła go na drogę nawrócenia.

Pytanie tylko, czy to rzeczywiście było nawrócenie, czy jednak bardziej ugięcie się pod naporem faktów. Uwierzyć, że istnieje coś ponad materią, to jedno, a przyjąć doktrynę, którą na tym przekonaniu wzniesiono, coś zupełnie innego. Tego pierwszego nigdy nie kwestionował – nawet wówczas, gdy stał się oszustem – ale co do drugiego… tutaj sprawy zdecydowanie nie przedstawiały się tak prosto.

A jeszcze bardziej pochrzaniły się po wizycie w Niebie. To, co tam poczuł… wrażenie bezwarunkowej akceptacji, wymazania wszystkiego, co było w nim złe, niedoskonałe… całkowicie niezasłużone… żadnego sądu, wymówek, żadnego wzbudzania poczucia winy widokiem krzyża, domagania się wdzięczności za krwawą ofiarę. Gdyby Roy Betford go nie przywołał, roztopiłby się w tym ekstatycznym unieważnieniu, gdzie wszyscy mieli, mówiąc kolokwialnie, wywalone na jego grzechy.

Czy nie dlatego później tak bardzo tęsknił? Nie za nieziemskim złotym blaskiem, nie za brakiem fizycznego bólu, ale właśnie za tym cudownym poczuciem harmonii, odrzucenia całego balastu tego, czym był, kiedy przebywał w materialnym ciele.

A jego późniejsze zainteresowania NDE… czy nie były z jednej strony desperacką próbą potwierdzenia prawdziwości jego własnych doświadczeń, a z drugiej równie desperacką próbą jej podważenia, by nie musieć mierzyć się z dysonansem poznawczym, który wzbudził w nim ich niemieszczący się w żadnym, nawet najbardziej liberalnym, chrześcijańskim paradygmacie wydźwięk?

I czyż to nie zabawne, że nigdy dotąd nie myślał o tym wszystkim w taki sposób? Poprawka – że nigdy dotąd nie pozwalał sobie tak o tym myśleć, że taką interpretację blokował, bo naruszyłoby to jakieś tabu, którego właśnie powoli, nie bez oporów, się pozbywał.

No właśnie, ta inność, ta całkowita nieprzystawalność realnego doświadczenia – zakładając, rzecz jasna, że jego wizyta w zaświatach nie była produktem gasnącego, zalanego wyrzutem endorfiny mózgu – do wszelkich głoszonych na Ziemi przekonań i dogmatów. To właśnie na niej mógł oprzeć dane samemu sobie arbitralnie prawo do redefinicji dotychczasowych nauk. I to z niej mógłby wywieść przeświadczenie, że wszystkie są obarczone błędami, bo opierają się na ludzkich założeniach.

A twoja nie jest? – prychnął sardonicznie jego wewnętrzny oponent. – Bez żartów, Clay, znów nielicho naciągasz. Próbujesz podważyć dotychczasowe twierdzenia na temat ofiary krzyża, powołując się na ich umowność, a jednocześnie tworzysz kolejny konstrukt, który ktoś mógłby obalić, stosując dokładnie tę samą argumentację.

Nie, nie, mój drogi – pomyślał Clay. – Po pierwsze ja nie zamierzam nikogo nawracać na siłę. Ja tylko pokazuję tym, którzy zechcą mnie wysłuchać, alternatywę, dając im możliwość dokonania samodzielnego wyboru. A po drugie… po drugie istnieje spora szansa, że dziesięć lat temu naprawdę odwiedziłem Niebo, i że tam uchylono mi rąbka tajemnicy. Czyż miałbym to zatrzymać dla siebie?

Zakładając, że faktycznie tam byłeś. Albo że miejsce, do którego się udałeś, rzeczywiście było Niebem.

No cóż, chyba był gotów zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę. Teraz był już na to gotów. Za daleko zaszedł, by pozwolić się spacyfikować skrupułom. Przed skrupułami cofają się jedynie tchórze.

Poza tym naprawdę wierzył, że duchowość i religia ewoluują w czasie i że pojęcia, które były adekwatne setki, a nawet dziesiątki lat temu, dzisiaj niekoniecznie muszą przystawać do rzeczywistości. Wierzył też, że Bóg tej ewolucji chce, ponieważ aby móc pozostać w łączności z ludźmi, musi swoje przesłanie dla nich aktualizować. To w gruncie rzeczy problem komunikacyjny, techniczny, czyż nie?

A on mógłby się w tej materii przyczynić…

Rozległo się pukanie do drzwi. Clay pospiesznie otrząsnął się z zadumy.

*

Powieść w wersji elektronicznej – na razie jedynej – można kupić tylko w Księgarni na WNS.

Zachęcam też do subskrybowania strony w celu otrzymywania powiadomień o nowych wpisach.

Podziel się tym ze znajomymi.