Inspiracje “Drugiego przykazania” 1: Lee Strobel

Pisząc w kilku poprzednich notkach o “Drugim przykazaniu” wspomniałem, że powstało ono w dużej mierze na kanwie mojej fascynacji tzw. chrześcijańską kulturą, którą zainteresowałem się, kiedy sam wróciłem do Kościoła i próbowałem w tym świetle na nowo zdefiniować własne twórcze priorytety. Ale nadmieniłem też, że do stworzenia tej historii zainspirowało mnie kilka prawdziwych postaci. Na które, nawiasem mówiąc, trafiłem właśnie podczas eksplorowania owej kultury – głównie w wydaniu filmowym. W tym mini cyklu chciałbym je przedstawić. W kontekście książki, ale nie tylko, bo każdy z tych ludzi dał mi sporo do myślenia. Czasem na plus, a czasem…

Właściwie akcenty pozytywne i negatywne rozkładają się dokładnie pół na pół. Dwaj pierwsi – w tym bohater niniejszej notki – to przykłady zdecydowanie świetlane. Choć obaj należą do szeroko pojętego protestantyzmu – dwaj pozostali zresztą też, ale to temat na inną okazję – dali mi, katolikowi, do tego katolikowi przekonanemu, że idzie tą najsłuszniejszą z dróg – który to wątek też może kiedyś szerzej rozwinę, zwłaszcza że łączy się z moją powieścią – niezwykle cenną lekcję tego, na jakim fundamencie powinno się budować prawdziwie chrześcijańską postawę. Jednym z jej niezbywalnych elementów jest racjonalność. I to jej wręcz podręcznikowy przykład stanowi w moich oczach Lee Strobel.

Historia detektywistycznego nawrócenia Claya przedstawiona w opublikowanym na WNS pierwszym rozdziale “Drugiego przykazania” to przełożony w zasadzie jeden do jednego przypadek Lee Strobela – obecnie emerytowanego pastora, autora ponad czterdziestu książek oraz wytrawnego apologety, a w młodości zaciekłego wroga Jezusa Chrystusa, który, dokładnie tak jak Clay, nawrócił się, usiłując za pomocą tzw. metod badawczych udowodnić, że chrześcijaństwo to zbiór legend, mitów i oszustw. Ja o istnieniu Lee dowiedziałem się z nakręconego na podstawie jego bodaj najsłynniejszej książki filmu “Sprawa Chrystusa”.

Urodził się w 1952 roku w Arlington Heights w stanie Illinois. Ukończył dziennikarstwo na stanowym uniwersytecie Missouri oraz prawo na Yale. Pracując między innymi w redakcji “Chicago Tribune” bardzo szybko dał się poznać jako istny reporterski jastrząb. Jego specjalnością było dziennikarstwo śledcze. Z tamtego okresu pochodzi jego pierwsza książka – dostępna zresztą w sprzedaży do dziś – opowiadająca o procesie wytoczonym Ford Motor Company po tragicznej śmierci trojga nastolatków, którzy zginęli w obarczonym wadą fabryczną Pinto. Strobel już wówczas uchodził za bezwzględnego i nie godzącego się na żadne zgniłe kompromisy tropiciela faktów. Był za to nawet nagradzany.

Przy czym, jako wyznawca klasycznego, stricte materialistycznego rozumienia faktów jako wyłącznie tego, co da się empirycznie stwierdzić, był oczywiście ateistą. Nie wiem, czy od samego początku tzw. osobistym wrogiem Pana Boga, czy po prostu jednym z tych, którzy traktowali chrześcijaństwo jako relikt z wcześniejszych, nieoświeconych etapów rozwoju ludzkości. W każdym razie jego nastawienie mocno się zradykalizowało, kiedy chrześcijanką – konkretnie baptystką – została jego żona, Leslie. To właśnie w celu jej “wyleczenia” podjął swoją dziennikarską krucjatę, w efekcie której, przytłoczony mnogością faktów potwierdzających prawdziwość Ewangelii, był zmuszony zweryfikować poglądy i w wieku 29 lat przyjął chrzest.

Nie czytałem jeszcze “Sprawy Chrystusa”, ale z filmu najbardziej utkwiło mi w pamięci, jak próbował wykazać, że Jezus mógł wcale nie umrzeć na krzyżu, a jego “zmartwychwstanie” polegało po prostu na względnym przyjściu do siebie, które jego apostołowie dla celów propagandowych rozdmuchali do rozmiarów cudu. To zresztą jedno z twierdzeń z żelaznego repertuaru tzw. nowych ateistów. W filmie pojawia się wstrząsająca scena rozmowy z anatomopatologiem, który na podstawie domniemanego rozkładu ran na Całunie Turyńskim, wiedzy medycznej i tego, co z historii wiadomo o “procedurze” krzyżowania, zbija wszystkie argumenty sfrustrowanego Lee.

Bezkompromisowość, z jaką Strobel wcześniej dążył do ustalenia prawdy, a co za tym idzie – obalania archaicznego mitu o Bogu-Człowieku, po konwersji pchnęła go w zupełnie przeciwnym kierunku. Pięć lat po chrzcie definitywnie porzucił karierę dziennikarską i został pastorem. Pełnił tę posługę przez kolejne dekady, jednocześnie publikując książki, występując w mediach i wykładając apologetykę na Houston Baptist University. Z ciekawostek: Strobel ma w dorobku jedną (jak dotąd) powieść, która nosi tytuł “Ambicja”. Wystąpił też, jako on sam, w drugiej części głośnej, także w Polsce, filmowej serii “Bóg nie umarł”. Jego najnowsza książka to wydana w zeszłym roku “Sprawa Nieba”. Na jej podstawie powstał niedawno film dokumentalny, którego premiera jest przewidziana na kwiecień.

Lee Strobela można chyba zaliczyć do całego nurtu nowoczesnych – niestety głównie protestanckich – apologetów, którzy sami przeszli radykalną drogę od ateizmu do wiary. A jeśli nawet nie, to udało im się wypracować niezwykle intrygującą – i atrakcyjną dla współczesnego konsumenta kultury masowej – metodologię udowadniania prawdziwości Ewangelii i bronienia jej przed atakami. Innym, dla mnie osobiście ważnym, przedstawicielem tego nurtu jest Jim Warner Wallace, autor znakomitej książki “Sprawa chrześcijaństwa” oraz… były policjant, który przeprowadził nieco podobne do Lee Strobela śledztwo, też zwieńczone nawróceniem.

Zresztą w ogóle sam pomysł, że można w ten sposób dotrzeć do Chrystusa, był dla mnie odświeżający intelektualnie. Urodziwszy się i wychowawszy w kraju, w którym chrześcijaństwo, lub raczej coś, co za nie uważaliśmy, stanowiło immanentny składnik kulturowego i tożsamościowego powietrza, nigdy nie dostrzegałem potrzeby udowadniania komukolwiek – ze sobą samym na czele – jego zasadności. Ba, nawet za bardzo nie potrafiłbym tego zrobić. Strobel, Wallace i inni – między innymi Frank Turek czy Billy Hallowell – funkcjonowali w zupełnie odmiennej sytuacji, w której musieli uczyć się budować solidne argumenty, a nade wszystko zdobywać pod nie grunt.

Procesy cywilizacyjne, które ich do tego mobilizowały, w pełni wybuchły wraz z falą Nowego Ateizmu, która – jak zauważa we wspomnianej powyżej książce Wallace – nastąpiła po zamachach z 11 września i wiązała się z oskarżeniami pod adresem religii o bycie źródłem fanatyzmu. A mimo iż nominalnymi sprawcami tej zbrodni byli muzułmanie, niechęć liberalnych środowisk, z których wywodziły się takie kluczowe dla tego ruchu figury jak Christopher Hitchens czy Daniel Dennett, bardzo szybko, jak często zresztą, skrupiła się przede wszystkim na chrześcijaństwie. To zaś wymusiło stworzenie adekwatnej aparatury apologetycznej.

Nie będzie chyba przesadą, jeżeli stwierdzę, że swoistą – dostosowaną do, że tak powiem, lokalnych warunków – wersję tej samej fali przechodzimy obecnie w rzekomo tak bardzo katolickiej Polsce. A choć to nie jest tekst o tym, nie od rzeczy będzie zapytać, choćby czysto retorycznie, jak jesteśmy na nią przygotowani. Czy umiemy bronić tego, w co wierzymy, za pomocą innych argumentów, niż te, że po prostu tak jest i już? Czy potrafimy jasno uzasadniać nasze stanowisko, choćby w kwestii aborcji i sześciobarwnych uroszczeń , podpierając się materiałami źródłowymi? Oczywiście to pytanie kieruję przede wszystkim do samego siebie.

I oczywiście od razu ciśnie się też inne pytanie. Lub raczej pewna wątpliwość. A mianowicie: czy wiara zdobyta jedynie na podstawie dowodów, choćby i najbardziej nie do podważenia, jest wystarczająco silna? I szczerze mówiąc, nie mam na to dobrej odpowiedzi. Ba, wątpliwość tę wmontowałem nawet do książki, a możliwość, że odpowiedź na nią mogłaby jednak okazać się twierdząca, stanowi jedno z kół zamachowych jej fabuły. Choć z drugiej strony zawsze pozostaje nam ostateczna, i chyba w miarę niezawodna, weryfikacja pod tytułem “po owocach ich poznacie”. A owoce działalności Strobela jak na razie są, przynajmniej w mojej ocenie, godne podziwu.

Na koniec standardowo – zapraszam do sprawdzenia “Spełnienia” (mojej wciąż najnowszej powieści) i zasubskrybowania strony przez mail, żeby być na bieżąco z tym, co robię. A także do wspierania mojej działalności literackiej darowizną w dowolnej kwocie, jeśli ktoś uważa, że warto.

Podziel się tym ze znajomymi.