Inspiracje “Drugiego przykazania” 2: Don Piper

A zatem kontynuuję swój mini cykl. Oczywiście wszyscy teraz są zajęci Ukrainą i wypowiadanie się na jakikolwiek inny temat wielu traktuje jako przejaw ignorancji lub egoizmu. Cóż, ja skomentuję to tak: jeśli, nie mając na podorędziu wojska, mam wybierać wklejanie sobie ukraińskiej flagi na profilowe i mędrkowanie o tym, na czym się nie znam, lub robienie tego, na czym chyba jednak trochę się znam, najlepiej jak potrafię, to raczej wolę to drugie. Myślę, że to – oraz dyskretna modlitwa w tak zwanym zaciszu izdebki – będzie najlepszą formą uhonorowania tych, którzy cierpią. Tak uważam i nikt się ze mną zgadzać nie musi. Okej, do rzeczy.

Don Piper to drugi ze wspomnianych w tekście o Lee Strobelu pozytywnych bohaterów, którzy dali mi coś z siebie przy konstruowaniu fabuły “Drugiego przykazania”. Pozytywnych, chociaż… nie bez kilku zastrzeżeń. Ale o tym później. Donem i jego niecodzienną historią zainteresowałem się w zabawnych okolicznościach. Jak już wspominałem, przez wiele lat interesowałem się chrześcijaństwem bardziej w kategoriach politycznych niż religijnych i w związku z tym czytałem dość sporo podejmującej te wątki publicystyki. Pewnego razu znajomy uważający mnie za gorliwego katolika zapytał, czy poleciłbym mu jakąś książkę teologiczną, a ja nie bez zaskoczenia zdałem sobie sprawę, że właściwie żadnej takiej nie potrafię wymienić.

Już pal sześć znajomego, ale po prostu zrobiło mi się nieco wstyd. W te pędy więc zalogowałem się do wypożyczalni audiobooków dla niewidomych, z której często korzystam, i sprawdziłem, co ciekawego mają tam w dziale religijnym. Jako pierwsza pozycja – z uwagi na poprzedzającą litery liczbę w tytule – wyświetliło mi się “90 minut w Niebie” autorstwa niejakiego Dona Pipera. Rzecz, jak wynikało z opisu, nie była może ściśle teologiczna, ale za to traktowała o sprawach, które niegdyś dosyć mocno mnie fascynowały – głównie tak zwanym życiu po życiu, nazywanym z angielska Near Death Experience.

Potem wrzuciłem tytuł do Google i okazało się, że po wydaniu w 2004 roku błyskawicznie stał się on bestsellerem, a na szczytach listy “New York Timesa” figurował przez kilka kolejnych lat. Ogółem na całym świecie sprzedało się podobno coś koło sześciu milionów egzemplarzy. I nie żeby tego rodzaju rekomendacja była dla mnie rozstrzygająca – po prostu odnotowuję to jako pewną ciekawostkę, ale i dowód wciąż niegasnącego zainteresowania kwestiami duchowymi w zsekularyzowanej zachodniej cywilizacji, która choć bardzo stara się zapomnieć o Bogu, to jednak nie potrafi tego uczynić, i czasem niemożność ta objawia się właśnie takimi zainteresowaniami.

Kim więc jest Don Piper? Podobnie jak wszyscy bohaterowie tego cyklu, a także Clay z mojej powieści, któremu dali cząstki siebie – pastorem. W “90 minutach…” opisuje coś, co przydarzyło mu się w 1989 roku. Podobnie jak Clay w opublikowanym na WNS pierwszym rozdziale “Drugiego przykazania” brał udział w konferencji, z której w styczniowy poranek wracał do domu samochodem. Kiedy przekraczał most, nagle wyrosła przed nim ciężarówka z naczepą – prowadzona, nawiasem mówiąc, przez więźnia z pobliskiego zakładu, który na dodatek nie miał do takich pojazdów uprawnień, o czym eskortujący go strażnicy ponoć wiedzieli – i Ford Escort, za kierownicą którego siedział Don Piper, został przez nią staranowany.

Głowę Pipera przygniótł dach, kierownica przebiła klatkę piersiową, a oberwana deska rozdzielcza zmiażdżyła mu nogi. Gdy na miejscu zjawiły się służby medyczne, uznano go za martwego i zbytnio nie spieszono się z wyciąganiem go z wraku. Zresztą i tak trzeba było czekać na ekipę straży pożarnej z nożycami do rozcinania karoserii. Don Piper ujmuje to bez półcieni: twierdzi, że po prostu w tym wypadku zginął, a w tym czasie jego dusza… no właśnie! Jego dusza została przeniesiona do nieba, z którego – jak wierzy – nie miał już wrócić.

I może rzeczywiście by nie wrócił, gdyby nie inny pastor, który jakiś czas później wracał z tej samej konferencji i natknął się na całe zamieszanie. Jak twierdzi Piper, człowiek ten poczuł nagły przymus modlenia się za nieszczęśnika w rozbitym samochodzie, mimo iż obecni na miejscu funkcjonariusze usilnie przekonywali go, że ofiara wypadku nie żyje, a oni czekają tylko na strażaków, którzy pomogą wyjąć zwłoki. Wewnętrzny przymus był jednak coraz silniejszy i mimo sprzeciwu lekarzy i policjantów zdeterminowany duchowny wgramolił się do wraku – oczywiście nie mając jeszcze pojęcia, że krwawy strzęp wśród poskręcanych blach to jego kolega z konferencji. Modlitwy oczywiście przyniosły skutek.

Książka Pipera wpisuje się, rzecz jasna, w cały, nadzwyczaj bogaty, nurt tego rodzaju relacji. Bogaty i – jak już wspomniałem – niezwykle popularny. Co z jednej strony nie powinno dziwić – i to zarówno z uwagi na czynniki, na które starałem się zwrócić uwagę powyżej, jak i po prostu na to, że lęk przed śmiercią, a co za tym idzie, czepianie się każdej nitki nadziei, że kres biologicznej egzystencji nie jest końcem życia w ogóle, stanowi nieodzowny składnik ludzkiej natury. Z drugiej jednak może budzić – i budzi! u mnie jak najbardziej też – liczne wątpliwości.

Oczywiście nie zakładam, że Piper konfabulował. Wierzę, że on wierzy w prawdziwość tego, co mu się przydarzyło. Niemniej sam opis Nieba, do którego miał jakoby trafić – zajmujący zresztą stosunkowo niewielki procent książki, w sumie coś koło piętnastu stron z ponad dwustu – włącza mi w głowie kilka dzwonków alarmowych, nasuwając analogie z inną, nie mniej słynną, historią z tej półki, a mianowicie “Dowodem” Ebena Alexandra.

Zacznijmy od jednej kolosalnej różnicy między opisem Pipera a zdecydowaną większością podobnych mu. Na ogół stałym punktem opowieści o NDE jest tunel ze światełkiem na końcu albo coś innego, co go przypomina, a przez co po oddzieleniu się od fizycznego ciała trzeba przejść, zanim znajdziesz się w miejscu docelowym. Czasem – jak na przykład w też często przywoływanej relacji Howarda Storma – tę przestrzeń wypełniają jakieś złe duchy, które chcą cię pociągnąć za sobą, a czasem nie, ale motyw ten jest constans. Piper jednak twierdzi, że został przeniesiony do Nieba od razu, tak jakby ktoś wziął pilota i przełączył kanał w telewizorze.

I o ile to można by potraktować jako swoistą ciekawostkę bez większego znaczenia – a może wcale nie – o tyle już opis Nieba jest, jak dla mnie, dyskusyjny. Piper opowiada o wysadzanych złotem i perłami ulicach oraz o uśmiechniętych, bezgranicznie szczęśliwych i wyglądających doskonale ludziach, którzy wyszli mu na spotkanie. Co w sumie też można by od biedy przełknąć, tłumacząc to próbą przełożenia na ułomny ludzki język doświadczeń, których nie da się za jego pomocą wyrazić, czy nawet powołując się na uznane przez Kościół wizje mistyków, także przecież stanowiące symboliczny wyraz tego, czego oko nie widziało, ani ucho nie słyszało. Jest jednak coś jeszcze.

Otóż Niebo Pipera – podobnie zresztą jak to opisane przez Alexandra – nie ma w sobie Boga. Niby jest mowa, że Don ma się dopiero z Nim spotkać, że w chwili, kiedy został nagle odesłany na Ziemię, był prowadzony do znajdującej się w centrum złotego miasta świątyni, w której to Bóg jakoby na niego czekał, tyle że w zdecydowanej większości tego rodzaju relacji – szczególnie składanych przez ludzi religijnych, a do takich w chwili wypadku zaliczał się Don – od razu pojawiają się osoby boskie: Jezus, Maryja, anioły itp. Często odpędzają demony albo po prostu wychodzą ci na spotkanie. U Pipera zaś panuje całkowity antropocentryzm.

Mam na ten temat kilka swoich teorii, ale nie chcę rozdymać tego tekstu przedstawianiem ich. Na to przyjdzie jeszcze czas przy innych okazjach. Dlaczego zatem uważam Pipera za postać mimo wszystko pozytywną? Ze względu na dwie rzeczy. Po pierwsze jego historia pokazuje, jak siła wiary pozwala podnieść się z ciężkich doświadczeń, a potem jeszcze pomagać innym. Piper odniósł tak tragiczne obrażenia, iż nie było pewne, czy w ogóle będzie w stanie samodzielnie funkcjonować. Tymczasem nie dość, że dzięki samozaparciu i wierze odzyskał tyle sprawności, ile się dało – choć, jak przyznaje w wywiadach, przewlekłe bóle będzie odczuwał do końca życia – to stał się wsparciem i inspiracją dla wielu niepełnosprawnych.

Po drugie opowieść o jego zmaganiach – znacznie ciekawsza niż rewelacje o Niebie – to wyśmienity przykład tego, jak od wiary konwencjonalnej, rutynowej, przechodzi się do wiary prawdziwej. Piper, choć był pastorem, przed wypadkiem działał jak gdyby na duchowym autopilocie. Był umocowany w chrześcijańskim systemie wartości, otaczał się chrześcijańską kulturą, słuchał chrześcijańskiej muzyki itp., ale z jego własnych słów można odnieść wrażenie, że tak naprawdę nie wchodził w żywy kontakt z Bogiem. Był niczym chrześcijanie z Sardes, którym św. Jan zarzuca w swoim liście letniość. I kto wie – może stąd brak Boga w piperowskim Niebie.

Ale mnie w jego książce poruszyło jeszcze coś. Konkretnie modlitwa, do której przynaglenie odczuwał ten drugi pastor. U protestantów, a w każdym razie u baptystów – bo właśnie do tej denominacji obaj się zaliczali – nie istnieje coś takiego jak modlitwa wstawiennicza za zmarłych lub umierających. Piper sam zresztą zwraca na to uwagę. Nie dopowiada natomiast – a w każdym razie teraz sobie nic takiego nie przypominam – że tego rodzaju praktyki występują… gdzie? Dokładnie tak, w Kościele katolickim. Otwiera to całkiem intrygujące pole do spekulacji oraz do zadumy. Lecz wnioski pozostawię Państwu. Tyle o Donie Piperze.

Na koniec przypominam, że premiera “Drugiego przykazania” w Wielkanoc. W międzyczasie można – do czego oczywiście zachęcam – czytać “Spełnienie”. Można też zapisywać się na mailową subskrypcję strony – wtedy informacje o każdym nowym wpisie trafią bezpośrednio do Państwa skrzynek – a także wesprzeć moją działalność literacką darowizną w dowolnej kwocie. Oczywiście jeśli ktoś sobie życzy.

Podziel się tym ze znajomymi.