Inspiracje “Drugiego przykazania” 3: Jim Bakker

No dobrze, przyjemnie już było. Teraz, tak jak zapowiedziałem, pora na negatywnych bohaterów. Co ciekawe, z tym konkretnym też wiąże się pewna zabawna anegdotka. Otóż upychając elementy jego historii do “Drugiego przykazania”, nie zdawałem sobie sprawy, że jest ona prawdziwa. Bezpośrednim źródłem mojej inspiracji był film – jak zawsze sądziłem, całkowicie fikcyjny – z 1989 roku pod… hm, tak naprawdę pod co najmniej dwoma tytułami: “Bezbożni” i “O diable mowa”. W Polsce przemknął on – i to dosłownie, bo poza obiegiem VHS można go było chyba zobaczyć tylko na kultowym dla niektórych Top Canale – pod nazwą “Wyznawcy szatana”.

Dziełko owo – ni to horror, ni czarna komedia, w każdym razie coś pomiędzy – to jeden z najgorszych, najbardziej syfiastych wykwitów dziesiątej muzy, jaki w życiu widziałem. A zanim poznałem Bergmana i Felliniego, wchłonąłem naprawdę sporo filmowego szajsu zza oceanu. To nawet nie jest klasa C ani D. To po prostu coś, co nie mieści się na żadnej skali. No… może odrobinę przesadzam, ale naprawdę – straszna amatorszczyzna (średnia ocen na IMDB w chwili, kiedy piszę te słowa, 4,4/10) i jeśli o mnie chodzi, słusznie został pogrzebany w zbiorowej mogile filmowej kichy. Natomiast jego główny motyw – opowieść o fałszywym teleewangeliście i jego żonie, którzy naciągają złaknionych religijnych doznań naiwniaków – utkwił mi w pamięci i stał się jedną z podwalin “Drugiego przykazania”.

Z tego, że twórcy najprawdopodobniej pełnymi garściami czerpali z prawdziwej historii Jima Bakkera i jego żony Tammy Faye Messner, którą wtedy żyły całe Stany Zjednoczone, zdałem sobie sprawę, gdy niedawno trafiłem w “Do Rzeczy” na recenzję dramatu biograficznego o pani Bakker pt “Oczy Tammy Faye”. Filmowy wielebny Jonah Johnson i występna, zepsuta do szpiku kości Isabelle – szczególnie ona – nawet przypominają Bakkerów! Oczywiście słyszałem o nich już wcześniej, ale jakoś nie skojarzyłem. Ostatnio Jim Bakker zasłynął między innymi jako koronasceptyk i sprzedawca cudownego panaceum na wiadomego wirusa, za co toczyło się przeciwko niemu śledztwo.

Jego usiana kontrowersjami i skandalami historia zaczyna się w 1960 roku w Minneapolis. To właśnie tam, studiując teologię i przygotowując się do posługi pastora, dwudziestoletni Bakker poznał Tammy Faye. Pobrali się rok później. Po ślubie oboje porzucili college i zostali wędrownymi kaznodziejami. Po kilku latach tułaczki ich talenty docenił Pat Robertson – znany amerykański teleewangelista oraz były kandydat Partii Republikańskiej do wyborów prezydenckich. Zatrudnił ich w swojej, wówczas mocno niszowej, chrześcijańskiej sieci telewizyjnej CBN. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę – Bakkerowie dzięki pomysłowi na religijny program dla dzieci szybko doprowadzili do rozrostu przedsięwzięcia.

W nagrodę Bakker dostał własny talk show “The 700 Club”, który z czasem stał się flagowym okrętem medialnego imperium Robertsona. Nawiasem mówiąc, jest on nadawany do dzisiaj. Lecz Bakkerowie mieli większe ambicje: na początku lat siedemdziesiątych rozstali się z Robertsonem i wraz z parą nie mniej przedsiębiorczych ewangelizatorów, Paulem i Jan Croachami, zaczęli budować konkurencyjną wobec Robertsona TBN, która w okresie swojego rozkwitu cieszyła się nawet statusem największej religijnej telewizji na świecie.

Ale i tu nie zagrzali długo miejsca. Po niecałym roku współpraca z Croachami zakończyła się kłótnią i wyjazdem Bakkerów z Kalifornii do Północnej Karoliny z zamiarem stworzenia własnej telewizji. Tak narodziło się PTL, stanowiące zwieńczenie, a zarazem przyczynek do upadku charyzmatycznej posługi Bakkera. W przypadku tego projektu określenie “imperium” też nie będzie przesadą. W szczytowym okresie działalności notowali przychody od zakochanych w nich darczyńców rzędu miliona dolarów tygodniowo, a z czasem rozbudowali działalność o… chrześcijański park rozrywki, który w pewnym momencie został nawet uznany za trzeci co do wielkości, o obrotach nie mówiąc, park tematyczny w Stanach Zjednoczonych.

Kłopoty z prawem mieli praktycznie od początku. Jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych znaleźli się pod lupą Federalnej Komisji ds. Komunikacji z podejrzeniem ukrywania rzeczywistej skali darowizn, a skarbówka – słynna amerykańska IRS – sporządziła raport, z którego wynikało, że Bakker zdefraudował prawie półtora miliona dolarów. Za gwóźdź do trumny posłużyło oskarżenie o gwałt, które wytoczyła przeciwko Bakkerowi jedna z pracownic stacji. W tle całej sprawy była także polityka: dziennikarze z “Washington Post” twierdzili, że śledztwo podatkowe przeciwko Bakkerom utrąciła administracja Regana, dla której byli bardzo przychylni. Kiedy jednak wylało się seksualne mleko, iluzja ostatecznie prysła.

Nie chce się tutaj zanadto wikłać w szczegóły encyklopedyczne – kto jest ciekaw, ten może doczytać. Odnotujmy tylko skrótowo: Bakker przesiedział w sumie pięć lat z ośmiu zasądzonych i wyszedł z więzienia w połowie lat dziewięćdziesiątych. Twierdził, że gruntownie przemyślał swoje życie oraz – jak to ujął – teologię. Twierdził też, że dopiero w więzieniu przeczytał całą Biblię, co doprowadziło go do postawy milenarystycznej i apokaliptycznej. W międzyczasie rozwiódł się z Tammy Faye i zawarł  nowe małżeństwo. Na początku dwudziestego pierwszego wieku wrócił do publicznej działalności, głosząc proroctwa o rychłej Zagładzie, czekających świat boskich karach i konieczności przygotowania się na zbliżające się Czasy Ostateczne.

Oczywiście nie zatracił przy tym żyłki do biznesu. Zanim przed dwoma laty zajął się sprzedażą leku na najmodniejszego wirusa świata – podobno opartego na jakichś związkach srebra – handlował między innymi zestawami dla wyczekujących Armagedonu preppersów. Oczywiście – bo jakżeby inaczej – był gorącym przeciwnikiem Obamy – głosił, że to z jego winy Bóg zesłał huragan Mathew, który w 2007 roku spustoszył Haiti i południowo-wschodnie USA. I oczywiście równie żarliwie wspierał Trumpa, przestrzegając, że doprowadzenie do jego impeachmentu oraz skazania rozpęta w kraju nową wojnę domową.

Dla mnie Bakker reprezentuje samą, zgęszczoną do wręcz esencjonalnej postaci, kwintesencję tego wszystkiego, co z jednej strony fascynuje mnie w protestantyzmie – zwłaszcza amerykańskim – a z drugiej upewnia, że jest to jednak błędna droga, i stanowi asumpt do uspokojenia zmartwionych tak znaczącą reprezentacją protestanckich treści w tym, co piszę lub polecam na YouTube. Podziwiam u protestantów ich rozmach i umiejętność ewangelizowania poprzez mass media i kulturę. To Bakker jest autorem powiedzenia, że gdyby Jezus żył dziś, z pewnością występowałby w telewizji. Katolicy – poza kilkoma wyjątkami – jakoś słabiej to rozumieją.

Ale Bakker to też skrajny przykład tego, na jakie manowce może zejść chrześcijanin, stosując zasadę Lutra “sola experientia, sola scriptura” i przedkładając własne widzimisię, które z czasem może się wyrodzić w patologiczny egotyzm, ponad Tradycję i Magisterium, które zakorzeniają jednostkę w wielowiekowym doświadczeniu Kościoła ze wszystkimi tego konsekwencjami – negatywnymi, ale i pozytywnymi. Na świecie istnieje obecnie około pięćdziesiąt tysięcy chrześcijańskich denominacji – czasem bardzo dziwnych – i to nie przypadek, że nieomal wszystkie zrodziły się na gruncie szeroko pojętego protestantyzmu.

Nie ma też przypadku w tym, że to właśnie ten nurt wydał z jednej strony nietuzinkowe osobowości – takie jak wspomniany w pierwszym odcinku tej serii Lee Strobel – a z drugiej największych religijnych hochsztaplerów. Nie twierdzę, że Bakker od razu był oszustem. Stał się nim, jak sądzę, bo jego religia rzuciła go na pastwę jego samego: jego rządz, namiętności i wybujałych ambicji. Zabrakło hamulca – zwłaszcza doktrynalnego – który w odpowiednim momencie mógłby zadziałać i powstrzymać jego pęd ku zatraceniu. I w efekcie, kolokwialnie ujmując, chłopina popłynął. Ostatni odcinek cyklu też będzie o tym. Człowiek, którego zamierzam w nim przedstawić, w pewnym sensie popłynął jeszcze bardziej.

A skoro piszę o tym w kontekście mojej powieści, nietrudno zgadnąć, że będzie to stanowiło jeden z jej kluczowych wątków. O tym, jak został zrealizowany, będzie się można przekonać – przypominam – w wielkanocny poranek, gdy e-book “Drugiego przykazania” pojawi się w Księgarni WNS. A póki co klasycznie: zapraszam do lektury “Spełnienia” – oraz, skoro już przy tym jesteśmy “Miasta cudów” – subskrybowania strony i, jeśli ktoś ma takie życzenie wsparcia mojej działalności pisarskiej darowizną w dowolnej kwocie.

Podziel się tym ze znajomymi.