Inspiracje “Drugiego przykazania” 4: Carlton Pearson

Jak już wspomniałem, ciężko wskazywać na konkretne źródła inspiracji, nie zdradzając jednocześnie szczegółów historii. Ciężko też, by te szczegóły w jakiejś mierze nie odsłoniły się samoistnie, gdy to właśnie takie a nie inne inspiracje są wskazywane. Dlatego na przykład doskonale rozumiem jednego z czytelników, który oznajmił, że cykl przeczyta dopiero po zapoznaniu się z powieścią. A czynię tutaj takie zastrzeżenie, gdyż wraz z Carltonem Pearsonem wkraczamy na szczególnie newralgiczny obszar, dotykający niejako samego sedna tego, co chciałem w “Drugim przykazaniu” powiedzieć. Obszar, by tak rzec, doktrynalny.

Carlton Pearson znalazł się w polu mojego zainteresowania również dzięki filmowi. Konkretnie chodzi o film “Come Sunday” z 2018 roku. Jego tytuł nie doczekał się zgrabnego polskiego przekładu, a ja nie wpadłem na żaden własny, który dobrze oddawałby anglojęzyczny oryginał, więc podaję zgodnie z nim. Po raz pierwszy obejrzałem ten film na Netfliksie, co ma dla mnie o tyle znaczenie, że zarówno jego obecność tam, jak i ideowy wydźwięk, wpisują się w typowe dla liberalnej kultury rozmiękczanie wszystkiego, co ortodoksyjne i konserwatywne. Innym przykładem tego był obraz “Dwóch papieży” przeciwstawiający postępowy wizerunek Franciszka kostycznemu i “pancernemu” Benedyktowi.

Pisząc w poprzedniej notce o Jimie Bakkerze wskazałem, że jego historia to przykład tego, jak bardzo może popłynąć chrześcijanin, jeśli doktrynalnie jest w zasadzie pozostawiony samemu sobie. Co ja – ni mniej, ni więcej – składam na karb fundamentalnego błędu tkwiącego w istocie protestantyzmu. I co mogę powiedzieć w oczy każdemu jego przedstawicielowi bez względu na to, jak osobiście bym go szanował. Pearson jest tego jeszcze jaskrawszą egzemplifikacją niż Bakker. Bo Pearson rzeczywiście w stu procentach uwierzył w to, co głosi.

Urodził się w 1953 roku w Kalifornii. Studiował na Uniwersytecie Orala Robertsa – jednej z bodajże najsłynniejszych protestanckich, konkretnie ewangelikalnych, uczelni w USA, mieszczącej się w Tulsie w stanie Oklahoma. Uchodził za zdolnego i charyzmatycznego kandydata na pastora, a do tego miał niepospolity talent muzyczny. Na początku lat osiemdziesiątych zaczął tworzyć własny Kościół, który w przekładzie na polski nosił nazwę Centrum Ewangelizacyjne Wyższych Wymiarów. Dla katolickiego ucha brzmi rzeczywiście ciut dziwnie, choć nie zapowiada jeszcze tego, co stanie się za kilkanaście lat i okaże się zbyt wielką dawką nawet dla dawnych mentorów i promotorów Pearsona, w efekcie czego zostanie obwołany heretykiem.

W ciągu kilku kolejnych lat kościół stał się największym ośrodkiem religijnym w Tulsie, a sam Pearson wyrósł nie tylko na wybitnego kaznodzieję, ale także na osobowość medialną. Miał własny religijny program w ogólnokrajowej telewizji, który każdego tygodnia przyciągał przed ekrany miliony ludzi, a drugie tyle słuchało jego kazań na stadionach i arenach w całych Stanach. W końcu, w połowie lat dziewięćdziesiątych, został wyświęcony na biskupa. Przyjaźnił się z wpływowymi politykami – między innymi z Billem Clintonem i George’em Bushem, któremu udzielił poparcia podczas wyścigu o Biały Dom w roku dwutysięcznym. Czyli, można rzec, kuty na cztery nogi.

Tylko że w międzyczasie w wielebnym Pearsonie dojrzewało już coś nowego. Zaczęło się, jak twierdził później, od programu w telewizji o ludobójstwie w Rwandzie. Oglądając go, zdruzgotany Pearson miał jakoby doznać czegoś w rodzaju epifanii i usłyszeć głos Boga – nie wiem niestety, czy dosłownie, czy w przenośni – który wyjawił, że… piekło nie istnieje. A przynajmniej nie istnieje coś takiego, jak wieczne w nim potępienie. Jedynym realnym piekłem jest to, które ludzie sami sobie stworzyli na Ziemi, zaś miłosierdzie Chrystusa, który na krzyżu bezgranicznie utożsamił się z ludzkością, gładzi każdy grzech i finalnie doprowadza wszystkich do zbawienia.

Owo przeżycie stało się korzeniem nowej doktryny, którą Pearson, ku zaskoczeniu większości swoich zwolenników i protektorów, zaczął głosić na przełomie tysiącleci, nazywając ją “Ewangelią włączenia”. Wierni nieakceptujący przemiany swojego pasterza zaczęli masowo opuszczać założony przez niego kościół, który w końcu zbankrutował. Sam Pearson był także wzywany przed specjalną komisję, która zażądała szczegółowych wyjaśnień. We wspomnianym powyżej filmie scena ta wygląda niemal jak przesłuchanie Galileusza albo Giordano Bruno przed Trybunałem Świętej Inkwizycji – ukazanej, rzecz jasna, wedle stereotypowych antykościelnych uprzedzeń – na której tle Pearson wypada jak bohater i męczennik za prawdę.

By zrozumieć, co tak naprawdę zaszło i dlaczego ma aż tak doniosłe znaczenie, trzeba zwrócić uwagę na kilka podstawowych spraw. Po pierwsze nurt protestantyzmu, w którym przed swoją przemianą obracał się Pearson, jest bardzo fundamentalistyczny: głosi między innymi, że niechrześcijanie pójdą do piekła niemal na pewno, a i w przypadku wierzących w Chrystusa stosuje wyjątkowo restrykcyjne kryteria predestynujące do zbawienia. Spróbujmy sobie więc wyobrazić, jak w tym kontekście jawi się ktoś, kto nagle zaczyna twierdzić, że nie tylko wszyscy pójdą do Nieba, ale że stanie się to niezależnie od tego, jak żyli na Ziemi. Istny przewrót kopernikański!

Po drugie – ewolucja poglądów Pearsona usytuowała go, jeżeli mogę tak rzec, w samym epicentrum sporu, który dziś rozrywa wewnętrznie nie tylko protestantyzm, lecz i zachodnie chrześcijaństwo w ogóle. Jest to napięcie między – różnie, bo różnie, ale jednak jakoś – pojętą ortodoksją i wiernością radykalnemu duchowi Ewangelii a tendencjami, by, kolokwialnie ujmując, jakoś ułożyć się z duchem świata. Twierdzenie, że grzech nie ma żadnego znaczenia, bo Bóg kocha nas tak bardzo, że wszystko nam wybaczy; względnie że sam grzesznik postawiony wobec z jednej strony miłosierdzia a z drugiej piekła nie może wybrać tego drugiego, idzie bardzo po linii liberalnej agendy.

Bo skoro nie ma grzechu, to de facto wolno wszystko. Skoro miłosierdzie przeważa sprawiedliwość, wszelkie zasady i heroizm pokonywania słabości wynikających ze skrzywienia naszej upadłej natury można spokojnie wyrzucić do kosza. A skoro tak, to święty i zbrodniarz znajdują się na tej samej szali. Ten zaś, kto przekonuje, że nie wolno kraść, zabijać czy gwałcić, okazuje się w tym świetle nieczułym, blokującym ludzką kreatywność fanatykiem. Pearson może nie wyraził tego wprost, jednak dokładnie takie implikacje płyną z jego nauk.

Teologicznie koncepcja Pearsona nie jest niczym przełomowym ani nowatorskim. W istocie wpisuje się w dawną, sięgającą czasów patrystycznych, chrześcijańską tradycję określaną jako Apokatastaza. Potocznie i z pewnymi uproszczeniami znana jest dziś jako idea pustego piekła albo – powszechnego zbawienia. Zakłada, że Bóg na końcu dziejów dokona odnowy Stworzenia w sposób tak radykalny, iż nawet Szatan i potępieni – o ile tacy w ogóle są – zostaną usprawiedliwieni. Przy czym nie należy jej mylić z nadzieją na powszechne zbawienie, która choć zakłada, że Bóg zna nas lepiej, niż my sami, i na tej podstawie może nam wybaczyć więcej, niż sądzimy, to jednak nie neguje możliwości świadomego i dobrowolnego, a zatem i nieodwołalnego, odrzucenia Boga przez nas.

Nie chcę się wdawać w szczegóły tego, czym jest lub nie jest Apokatastaza, ani w polemiki z ludźmi, a nawet głośnymi medialnie kapłanami, którzy w tego rodzaju dyskusjach zawsze wyciągają z szafy ks. prof. Wacława Hryniewicza – chyba najbardziej znanego, przynajmniej na gruncie polskim, zwolennika hipotezy, że piekło może być puste. Ośmielę się tylko zauważyć, że gdybym był diabłem i zależałoby mi, żeby jak najwięcej dusz wciągnąć do swojego wesołego miasteczka, to uznałbym, iż przekonanie ich, że to, co robią i jak żyją, nie ma znaczenia, bo Bóg ich kocha, jest wprost genialnym pomysłem.

I na tym chyba zakończę, bo rzeczywiście zbyt dużo zdradzę. Niniejszym zamykam więc mój mini cykl o prawdziwych osobach, które zainspirowały mnie do napisania “Drugiego przykazania”. Nie rzucam ścisłych wskazówek, która z nich w jakim stopniu mi posłużyła, ani nie ujawniam głównego problemu, wokół którego kręci się książka, choć zdaję sobie sprawę, że części z tych kwestii można się domyślić i zbudować sobie w głowie jakiś przynajmniej mglisty obraz fabuły. Tak jak zapowiedziałem, ukaże się jeszcze kilka materiałów promocyjnych – wśród nich na pewno co najmniej jeszcze jeden fragment i… a zresztą, cierpliwości.

Przypominam, że premiera jest zaplanowana na wielkanocny poranek. Wtedy e-book pojawi się w Księgarni na WNS. Po premierze zapewne będzie okazja napisać to i owo o samej książce, a jeszcze bardziej o zagadnieniach w niej poruszonych niekoniecznie w ścisłym odniesieniu do tekstu. A póki co już tradycyjnie: zachęcam do lektury “Spełnienia”, subskrybowania strony przez mail i, jeśli ktoś sobie życzy, wspierania mojej działalności darowiznami w dowolnej kwocie.

Podziel się tym ze znajomymi.