Kilka słów o filmie „Złe miejsce” (2019)

Kilka słów o filmie „Złe miejsce” (2019)

Dominująca we współczesnej humanistyce narracja przekonuje usilnie, że człowiek sam z siebie w zasadzie nie może nic. Ba, że jako autonomiczna jednostka w ogóle nie istnieje, bo determinuje go już to przynależność etniczna, społeczna, seksualna itp., już to wynikające z niej uwarunkowania. I jeśli, dajmy na to, złapie za giwerę i rozpęta strzelaninę w szkole czy kinie, to winę za to ponosi nie on, lecz opresyjne, toksyczne środowisko, które go takim uczyniło. No, chyba że jest prawicowym ekstremistą – wtedy oczywiście decyzyjność leży już całkowicie po jego stronie. Z domieszką złych miejsc w sieci, które odwiedzał.

Tematu tego w dość ciekawy sposób dotyka Frank Sabatella w swoim kameralnym horrorze sprzed trzech lat. Mam oczywiście na myśli nie kwestie polityczne, które kazała mi tutaj wtrynić wrodzona złośliwość, ale właśnie pytanie o to, jak kształtuje nas otoczenie, i na ile nasza odpowiedź może się wyłamywać z narzuconego przez te interakcje schematu. Zwłaszcza kiedy są one traumatyczne. Nie bez kozery napomknąłem tu o strzelaninach, mając, rzecz jasna, na myśli kilka bardzo konkretnych przypadków, w których sprawcami okazali się młodzi ludzie – w „Złym miejscu” osią centralną jest bowiem właśnie wątek odegrania się na społeczeństwie, a tymi, którzy stają przed taką destrukcyjną pokusą, są nastolatkowie.

A konkretnie dwaj kumple od czasów przysłowiowej piaskownicy: Stan i Dommer. Obaj mieszkają w zapyziałej prowincjonalnej mieścince – jednej z tych, w których wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, a jednocześnie ukrywają różne brudne sekreciki. Chłopaki nie mają łatwego życia. Stan po tragicznej śmierci rodziców trafił pod opiekę sadystycznego dziadka, pod którą musi pozostawać do uzyskania pełnoletności, wysłuchując upokarzających tyrad, jakimż to jest mięczakiem, a Dommer zalicza regularne sesje gnojenia od bandy szkolnych osiłków.

Tak naprawdę obydwaj mają z nimi na pieńku, tyle że Stan – silniejszy psychicznie i zaprawiony w bitce – ciut lepiej sobie radzi. Do tego jeszcze dochodzi sprawa z Roxy – dziecięcą sympatią Stana, która, jak to sama z brutalną szczerością ujmuje, wybrała życie. Czyli w domyśle – spadaj, frajerze. Co oczywiście później, wobec zaistniałych okoliczności, będzie się musiało zmienić. Ale to dopiero później. Na razie rysuje nam się ponury obraz nie tylko utkwienia w świecie bez przyszłości – bo co niby może kogokolwiek z nich czekać w tej zatęchłej dziurze, zwłaszcza że wyjechać za bardzo nie ma dokąd – ale też wieczystego skazania na rolę przegrywa. Wszystkie karty rozdane, tu nie będzie rewolucji.

No i cóż, gdyby ten film kręcił Gus van Sant, zamierzając zrobić z niego coś w rodzaju dogrywki do swojego „Słonia”, byłby to najpewniej idealny punkt wyjścia do ukazania procesu rodzenia się duetu młodocianych morderców, którzy pewnego dnia, osiągnąwszy masę krytyczną upokorzeń i frustracji, postanawiają się odegrać. Kupują więc broń i ruszają w krwawy rajd po okolicy. Jednak tutaj mamy horror. Może i z wyjątkowo wyraźnie uwypuklonym publicystycznym kręgosłupem, ale mimo wszystko horror.

Okazja do wzięcia odwetu nadarza się, gdy w szopie na podwórku Stana – tytułowym złym miejscu (w oryginale film nosi tytuł „The Shed”, czyli właśnie „szopa”) – uwija sobie gniazdko wampir. Od tego w ogóle zresztą fabuła się zaczyna. Krwiopijca co prawda za dnia musi się ukrywać, lecz udaje mu się ukatrupić dziadka Stana. I od tego momentu historia nabiera cech mocno faustowskich. Stan, obawiając się problemów z prawem, decyduje się ukryć tę śmierć. Natomiast zadekowany w szopie potwór wydaje się jak gdyby rozumieć dwuznaczne położenie, w którym chłopak się znalazł. Choć ma Stana jak na widelcu, nie atakuje. Czeka. Stan też czeka, zmaga się sam ze sobą.

Potem dowiadujemy się, na co – a raczej na kogo – czekał piekielny rezydent szopy. Na Dommera, który skatowany po raz kolejny przez swoich prześladowców, uznaje, że chyba już czas wyrównać rachunki. A gdy na dodatek odkrywa tajemnicę szopy, wszelkie skrupuły znikają, a moralne tamy – z wydatną pomocą kryjącego się w cieniu nieumarłego, który najwyraźniej doskonale zna jego ból – puszczają. Nie potrzeba ci karabinu samopowtarzalnego, skoro masz do dyspozycji spragnionego świeżej krwi wampira, nieprawdaż? Broni możesz użyć co najwyżej do zmuszenia niegdysiejszego oprawcy, by wszedł do szopy. Resztę roboty wykonują kły.

Brzmi może z lekka kuriozalnie, gdy się o tym czyta, lecz na ekranie robi wrażenie. Sposób, w jaki twórcy ukazali przemianę ofiary w kata, przejmuje autentyczną zgrozą. Przy czym jest to bardziej groza psychologiczna niż wizualna. Nagle bowiem zdajemy sobie sprawę, jak głębokie musiały być cierpienia Dommera, ile strasznych nocy zapewne spędził na przemian łkając bezsilnie w poduszkę, wyobrażając sobie z dreszczem perwersyjnego podniecenia, co zrobi tamtym, a potem znowu wyjąc bezgłośnie, gdy docierało do niego, że nigdy nie będzie mieć na to szansy. Widzimy to wszystko na jego pokancerowanej twarzy, słyszymy w łamiącym się głosie. Mnie w każdym razie chwyciło.

Tylko czy ma to stanowić okoliczność łagodzącą? Czy empatia, jaką siłą rzeczy odczuwamy wobec ofiar bulyingu, może być furtką do usprawiedliwienia ich, kiedy role się odwracają? Czy człowiek rzeczywiście, jak chcą niektórzy, jest niczym więcej jak kłębowiskiem społecznych bądź – a co mi tam! – klasowych uwarunkowań, a podejmowane przez niego decyzje dyktuje zaklęty krąg urazów i resentymentów, w którym tkwi? Co z wolną wolą? Z sumieniem? Czy to tylko luksus tych, których na nie stać, bo zostali przez życie uprzywilejowani odpowiednim statusem społecznym, wielkością konta, kolorem skóry itd.?

Film gdzieś w podtekście zadaje te wszystkie pytania. I nieśmiało próbuje odpowiedzieć, lokując na przeciwnym biegunie Stana, który mimo wszystko zdołał oprzeć się uwodzicielskim podszeptom z szopy, choć także miał powody do zemsty, a i – jak sporo na to wskazuje – chwilę słabości, a nawet wstydliwej satysfakcji, kiedy zorientował się, co się stało z dziadygą. Co więcej, usiłuje też walczyć o Dommera. Ktoś powie: był po prostu silniejszy, nie każdy ma tyle ikry. Czy aby na pewno? Poza tym, że potrafił dać w ryj, tak naprawdę nic go od Dommera nie odróżniało. A jednak w momencie krytycznym wybrał inną drogę, przełamał zaklęcie determinizmu.

Kojarzy mi się to z fragmentem Księgi Powtórzonego Prawa, w którym Bóg mówi, że kładzie przed ludźmi życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Odnosi się to nie tylko do wyboru sposobu życia, który może prowadzić do zbawienia lub zagłady, ale również do toczącej się w każdej chwili, w każdym z nas wojny między tym, co wysokie, i tym, co niskie. A opowiedzenie się za jednym lub drugim nie jest jedynie kwestią jakichś zewnętrznych wpływów – choć oczywiście mogą odgrywać pewną rolę, aczkolwiek też tylko o tyle, o ile im na to pozwolimy – lecz każdorazowej i świadomej decyzji. Do przekroczenia progu diabelnej szopy nikt nie może cię zmusić. Musisz chcieć tego sam.

A na koniec spieszę uspokoić zaniepokojonych. To nie jest film programowo dydaktyzujący. Fakt, wyraźnie czuć, że Sabatella, który napisał także scenariusz, spróbował przemycić w swojej historii przysłowiowe „coś więcej”, jednak zostało to nieźle zbilansowane z faktorem czystej grozy. To jest pełnoprawna opowieść wampiryczna – a do tego całkiem zgrabnie sfilmowana, przynajmniej jak na mocno niezależną budżetówkę, którą ewidentnie jest – tyle że przy okazji nieinwazyjnie skłania cię do kilku poważniejszych refleksji. Takie zresztą lubię najbardziej. Zarówno jako odbiorca, jak też i jako twórca.

*

Bardzo Ci dziękuję za przeczytanie tekstu. A skoro już tutaj jesteś, zapraszam do Księgarni – może któraś z dostępnych tam moich książek Cię zainteresuje. Zachęcam też do zasubskrybowania bloga, jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co robię.

Podziel się tym ze znajomymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.