Kilka słów o „W pajęczynie mroku” Mary Higgins Clark

Kilka słów o „W pajęczynie mroku” Mary Higgins Clark

To było moje pierwsze zetknięcie z twórczością Mary Higgins Clark. A po tę powieść sięgnąłem w sumie dość przypadkiem. Czytałem na Amazonie opinie o zupełnie innej książce, na którą poluję od dawna, i ktoś po prostu porównał ją do prozy Higgins Clark. Tamtej w końcu nie kupiłem, bo była tylko w papierze, ale uznałem, że to dobra okazja, by popróbować mrocznych wykwitów wyobraźni tej legendarnej amerykańsko-irlandzkiej autorki, kojarzonej przeze mnie dotąd przede wszystkim z adaptacji filmowych i telewizyjnych. A nawet zwłaszcza z tych drugich.

„W pajęczynie mroku” została po raz pierwszy wydana w 1977 roku i jest, jak wynika z bibliografii pisarki, trzecią powieścią w jej dorobku. Oraz drugim thrillerem, ku któremu zwróciła się po fiasku debiutu – powieści historycznej o George’u Washingtonie. Tutaj od razu dodam, że pięć lat później powstała ekranizacja, znana w Polsce pod nieco bliższym zarówno literackiemu, jak też filmowemu oryginałowi, choć zdecydowanie mniej poetyckim, tytułem „Obcy obserwuje”. Jako ciekawostkę warto wymienić fakt, że przy tej produkcji na reżyserskim stołku zasiadł Sean S. Cunningham, dla którego był to pierwszy film od czasu niezbyt przeze mnie, przyznaję, lubianego „Piątku 13-ego”.

Jak Cunningham poradził sobie z tą historią, szczerze mówiąc nie wiem, bo zamierzam ją dopiero obejrzeć. Fakt faktem, ma ona – jak zresztą wszystkie powieści Clark – spory ekranowy potencjał. A i trailer, który zobaczyłem na YouTube, sporo obiecuje. Wręcz leje się z niego klimat przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wraz z czarnym nimbem miasta zbrodni spowijającym ówczesny Nowy Jork. Co od razu otwiera mi w głowie linki do takich klasyków jak na przykład pierwsze „Życzenie śmierci”. Książka zresztą też pobrzmiewa podobnymi wibracjami.

Jej głównym bohaterem jest Steve Peterson – wydawca dynamicznie rozwijającego się czasopisma – który przed dwoma laty stracił żonę. W momencie, gdy rozpoczyna się akcja, ma zostać stracony jej domniemany morderca, dziewiętnastoletni Ronald Thompson, w którego niewinność wierzy jedynie jego zrozpaczona, osamotniona i napiętnowana przez lokalną społeczność matka. Kwestia kary śmierci – jej moralnych implikacji i zasadności jej stosowania – zajmuje zresztą niezwykle istotne miejsce w tej książce. Jej gorącym zwolennikiem jest Steve, natomiast na przeciwnym biegunie plasuje się młoda dziennikarka Sharon Martin, która przez ostatnie dwa lata walczyła o uchronienie Thompsona od krzesła elektrycznego, mimo iż nigdy nie kwestionowała jego winy.

Czytelnik oczywiście już na samym początku dowiaduje się, że Thompson nie popełnił zbrodni w domu Petersonów. Prawdziwego mordercę, który ma się świetnie, a do tego w zaciszu hotelowego pokoju knuje diaboliczny plan, widział tylko kilkuletni synek Steve’a i Niny, Neil. Jednak trauma, której doznał, nie pozwala mu przypomnieć sobie wszystkich szczegółów feralnego popołudnia. Co więcej, to właśnie jego zeznanie, jako jedynego naocznego świadka, finalnie pogrążyło Thompsona. Wszystko więc wskazuje na to, że egzekucja się odbędzie.

I nagle do gry wkracza podpisujący się pseudonimem Foxy morderca. Na dwa dni przed egzekucją porywa Sharon i Neila, umieszcza ich w zatęchłym pokoiku na dworcu Grand Central, o którego istnieniu niemal wszyscy dawno zapomnieli, i domaga się od Steve’a sowitego okupu, grożąc, że w przeciwnym razie zabije kobietę i chłopca. Groźbę oczywiście zamierza spełnić niezależnie od tego, czy dostanie pieniądze, czy nie. W związku z tym fabuła co najmniej dwóch trzecich książki skupia się na odkryciu tożsamości Foxy’ego oraz wyścigu z czasem, by odnaleźć uprowadzonych i, ma się rozumieć, wykazać niewinność Thompsona. Nie muszę chyba dodawać, że po całej serii perypetii i szarpiących nerwy zwrotów akcji wszystko dosłownie w ostatniej chwili kończy się szczęśliwie.

Czytelniczo „W pajęczynie mroku” jest doświadczeniem bezbolesnym i szybkim. Momentami jak dla mnie chyba nawet zbyt szybkim. Szczególnie przy końcu, kiedy akcja gwałtownie przyspiesza, niesamowite zbiegi okoliczności prowadzących do rozwiązania piętrzą się niemożliwie – o czym za chwilę nieco szerzej – a potem wszystko nagle zostaje ucięte kilkoma zdaniami. To zabieg wybitnie filmowy i w literaturze pozostawia poczucie niedosytu. Ale czy traktuję go jako zarzut? No cóż, to zależy, kto czego oczekuje. Jest to pewna moda pisania powielana przez wielu autorów parających się tego typu prozą. Ja czasem to lubię, czasem nie. U Higgins Clark niekoniecznie.

A ponieważ, jak to mówią, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, nie od rzeczy byłoby tutaj zwrócić uwagę na inne aspekty niż styl i trzymanie się ram gatunku – zresztą w przypadku Higgins Clark wręcz encyklopedyczne. Pierwszym z nich jest niewątpliwie wspomniany już powyżej temat kary śmierci. Wyraźnie widać, że wyrazicielką poglądów autorki jest Sharon, a metamorfoza, jaką w wyniku dramatycznych wydarzeń przechodzi Steve, pokazuje, w jakim kierunku, zdaniem Clark, powinno pójść społeczeństwo. Co bynajmniej nie zamyka samego pytania, a czytelnikowi pozwala skonfrontować się zarówno z argumentami za, jak i przeciw.

Kolejną newralgiczną sprawą są owe zbiegi okoliczności i rozwiązania rodem z „deus ex machina”, od których książka aż puchnie. Dla przykładu: pomieszczenie, w którym Foxy więzi Sharon i Neila, zostaje odnalezione w ostatniej chwili dzięki bezdomnej Lally, która – tak się przypadkiem złożyło – uwiła sobie tam gniazdko i nie była zbyt zadowolona, że wygryźli ją intruzi; gospodyni sąsiadów Steve’a zupełnie przypadkowo znajduje należący do Sharon pierścionek, co pomaga policji i FBI w potwierdzeniu tożsamości przestępcy; pewna starsza pani wpada na to, kim jest Foxy, po nagraniu jego głosu i oczywiście robi to dosłownie na minuty przed wybuchem bomby, którą ten podłożył; i tak dalej.

Na pierwszy rzut oka zrobiło to na mnie raczej odpychające wrażenie. Potem jednak zdałem sobie sprawę, że można to również czytać inaczej: a mianowicie jako przejaw nadprzyrodzonej ingerencji boskiej opatrzności, o którą wszyscy pozytywni bohaterowie bezustannie proszą. Zarówno Steve i Sharon, jak też matka Thompsona, przez cały czas intensywnie się modlą. Matka Thompsona wręcz do ostatniej chwili, czekając już w zasadzie tylko na informację o śmierci syna, klęczy w kościele i błaga o cud. I cud się wydarza! My zaś obserwujemy całą skomplikowaną siatkę drobiazgów, które do niego doprowadzają.

Nie chcę się tu zanadto wikłać w dywagacje natury teologicznej, ale jeżeli wyłączymy narzucające się w pierwszym odruchu zniechęcenie tymi wszystkimi szczęśliwymi trafami, taka interpretacja nasuwa się poniekąd samoistnie. W tej optyce „W pajęczynie mroku” staje się więc opowieścią o nadziei oraz sile wiary wbrew przeciwnościom. Nie wiem, rzecz jasna, na ile stanowiło to chwyt użyty świadomie przez autorkę lub może wyraz jej przekonań, a na ile po prostu wynikało z ducha czasów, w których chrześcijańskie imaginarium odgrywało o wiele istotniejszą niż dziś rolę nawet w życiu ludzi niekoniecznie religijnych, niemniej trudno ten wątek pominąć przy lekturze.

Tak czy owak, po odłożeniu powieści człowiek zaczyna się mimowolnie zastanawiać, ile razy sam był bliski skichania się w sytuacjach o wiele mniej wymyślnych, i jak później robiło mu się głupio, gdy nagle, często przy udziale niepojętych splotów przypadków, się rozwiązywały. Nie sposób też nie zadrżeć na myśl o tym, ilu ludzi w poplątanych dziejach wymiaru sprawiedliwości zawisło na stryczku, zostało śmiertelnie porażonych na krześle lub zginęło od zastrzyku niewinnie. Wiszące nad stworzoną przez Mary Higgins Clark historią pytanie, pod jakimi warunkami – i czy w ogóle – mamy prawo odbierać innym życie, zostaje z nami na dłużej.

Ach, no i oczywiście dworce! Po „W pajęczynie mroku” spojrzymy na nie inaczej. Zwłaszcza na te ich części, które zwykle pozostają przed nami ukryte, z których dochodzą dziwne łoskoty i zapachy. Powieściowy Grand Central to zaś nie tylko metafora pogrążonego w ciemnościach labiryntu, jakim stał się umysł wykreowanego przez autorkę mordercy, ale też tego wszystkiego, co jako zbiorowość pragniemy wyprzeć i zepchnąć w niedopowiedzianą strefę tabu. Tymczasem ten inny świat pulsuje własnym życiem. I niekiedy ktoś zstępuje tam z własnej woli – a może wołany tajemniczym głosem – ale kiedy indziej zostaje wciągnięty przemocą.

*

Bardzo Ci dziękuję za przeczytanie tekstu. A skoro już tutaj jesteś, zapraszam do Księgarni – może któraś z dostępnych tam moich książek Cię zainteresuje. Zachęcam też do zasubskrybowania bloga, jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co robię.

Podziel się tym ze znajomymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.