„Miasto umarłych” – protestancki horror na Matki Boskiej Gromnicznej

Istnieje pewien dość specyficzny rodzaj horrorów: tak zwane horrory okolicznościowe, robione pod konkretne okazje lub święta. Najczęściej jest to Halloween (całkiem zrozumiałe), Boże Narodzenie i Wielkanoc. „Miasto umarłych” nie jest może typowym przedstawicielem tego nurtu – nie zostało nakręcone specjalnie z myślą o święcie obchodzonym w Kościele katolickim 2 lutego – niemniej, z racji tego, iż odgrywa ono w nim istotną rolę, pozwalam sobie tak właśnie ową skromną produkcję zaszeregować. Tym bardziej że stanowi ona modelowy przykład mariażu grozy z chrześcijaństwem, która to kwestia – jak już pisałem na blogu – silnie mnie interesuje.

A o co chodzi z tym protestantyzmem? Ano o to, że kiedy trzy lata temu zacząłem zgłębiać związki horroru z religią, w finalnym efekcie czego powstało „Drugie przykazanie”, jeden ze znajomych, który czytywał moje poświęcone tej tematyce wpisy na Facebooku, zapytał mnie, czy kojarzę jakikolwiek straszak, w którym główną postacią pozytywną, stającą do walki ze złem, nie byłby katolicki ksiądz, lecz pastor. Zastanowiłem się nad tym, bo rzeczywiście taki przypadek stanowi rzadkość. Horror wydaje się pod tym względem znacznie bardziej kompatybilny z katolicyzmem – nawet w historiach, w których wobec zła stają niekatolicy, na ogół pojawiają się katolickie akcenty – modlitwy, dewocjonalia itp.

Na przykład w nakręconej przez Tobe’a Hoopera w 1979 roku telewizyjnej ekranizacji „Miasteczka Salem” zdecydowanie niereligijny, a już z pewnością daleki od katolicyzmu – o czym mówi wprost – Ben stwierdza w rozmowie z przyjacielem, że przeciwko przejmującym miasto wampirom chyba najlepiej będzie zaopatrzyć się w różańce. Sam zaś do identyfikowania zbliżających się potworów używa podbieranej w przygodnych kościołach wody święconej. I podobnych przypadków możemy znaleźć dużo więcej – także w filmach współczesnych.

Jedynym tytułem prezentującym odmienną perspektywę, który przyszedł mi do głowy ad hoc, było właśnie „Miasto umarłych” – kameralny, czarno biały i, trzeba mu to oddać, niezwykle klimatyczny brytyjski obraz z 1960 roku. Choć nawet w nim sprawa nie prezentuje się aż tak jednoznacznie, bo – jak już wspomniałem – kluczowy wątek fabuły odnosi się do co prawda znanego i obchodzonego przez niektóre protestanckie wspólnoty w Anglii, niemniej, ze względu na swój maryjny charakter, kojarzonego raczej z katolicyzmem święta Ofiarowania Pańskiego (oficjalna nazwa Matki Boskiej Gromnicznej). Aczkolwiek, fakt faktem, w „Mieście…” podkreślany jest ofiarniczy, a nie maryjny wymiar tego lutowego dnia. Plus, ma się rozumieć, pastor jako lider niewielkiej grupki krzyżowców rzucających wyzwanie panoszącemu się w zasnutym mgłą miasteczku diabłu.

Miasteczko, o którym mowa, to zagubiona wśród lasów stanu Massachusetts (tak, akcja dzieje się w USA, a brytyjscy aktorzy musieli nauczyć się mówić z amerykańskim akcentem) dziura o nazwie Whitewood. Na początku widzimy rozgrywającą się tam pod koniec XVII wieku scenę palenia na stosie czarownicy, niejakiej Elizabeth Selwyn. Aranżacja jest typowa dla utrwalonych w kulturze wyobrażeń takiego zdarzenia: sfanatyzowany tłum, urzędnicy o surowych twarzach i przerażona, ale przy tym nieskora do ugięcia się winowajczyni, powoli konsumowana przez płomienie.

I tu wypada zatrzymać się dłużej. Film co prawda nie jest amerykański, niemniej, ponieważ został umiejscowiony w Stanach i odwołuje się do tamtejszej historii, to wpisuje się, chciał nie chciał, w dość żywotny – zwłaszcza w tamtejszej grozie jako idealnym wentylu do przepracowywania takich tematów – nurt bezustannego biczowania się za epokę procesów czarownic. Ilość odwołań wprost do wydarzeń w Salem lub ich najróżniejszych trawestacji w tamtejszych produkcjach – nawet tych B-klasowych czy przeznaczonych dla telewizji, jak choćby „Kiedy wybije północ” z 1985 roku – jest imponująca. I „Miasto umarłych” też dokłada do tej budowli swoją cegiełkę.

Wspólnym motywem znacznej części z nich jest rzucana przez czarownice w akcie zemsty klątwa, która po kilkuset latach odżywa lub trwa cały czas, kładąc się cieniem na lokalnej społeczności. I z tym drugim wypadkiem mamy do czynienia w „Mieście umarłych”. Tuż przed śmiercią Elizabeth i jej wspólnik w czarostwie, Jethrow Keane, zaprzedają dusze diabłu w zamian za wieczne życie i możliwość zemsty na tych, którzy posłali ich na stos. Piekło przystaje na umowę, a warunkiem jej dotrzymania jest coroczna ofiara z dwóch dziewic, składana podczas czarnej mszy właśnie w noc święta Ofiarowania.

I tak oto dostajemy kolejny trop – typowy zwłaszcza dla historii o tematyce jawnie satanistycznej. Jest to trop bluźnierczego odwrócenia tego, co boskie. Bo, jak wiemy, szatan nie jest w stanie nic stworzyć sam z siebie i jedyne, co potrafi, to być wieczną małpą Boga. Mamy zatem szyderstwo z ofiarowania dzieciątka Jezus w świątyni jerozolimskiej – a także, po części, z ofiary Chrystusa w ogóle – oraz z obiecywanego na końcu czasów zmartwychwstania wiernych: Elizabeth i pozostali członkowie jej sabatu „żyją” przez wieki jako nie tyle terroryzujące dobrych ludzi z Whitewood upiory, co po prostu jako trzon jego populacji. Dodatkowy motyw kary na mieszkańcach za ich niegdysiejsze okrucieństwa.

Po egzekucji zostajemy przeniesieni do dwudziestego wieku i poznajemy zainteresowaną procesami czarownic studentkę, Nan Barlow. Profesor z jej uczelni, niejaki Driscoll, zachęca ją, żeby w czasie zimowych ferii odwiedziła Whitewood i zapoznała się z tamtejszą mroczną historią. Co też Nan bez wahania – i na własną zgubę – czyni. Na miejscu wynajmuje pokój w opustoszałym hotelu, którego właścicielka, nieco ekscentryczna panna Newless, to w rzeczywistości Elizabeth. W tym momencie mały disclaimer – w wersji filmu przeznaczonej na amerykański rynek jego tytuł to „Horror hotel” i właśnie pod nim można go niekiedy spotkać, na przykład w seansach powtórkowych na TCM.

Oczywiście szybko – nawet bardzo, biorąc poprawkę na to, że film ma niecałe osiemdziesiąt minut długości – wychodzi na jaw, że Nan ma być jedną z przeznaczonych na ten rok dziewic. A do tego, jak łatwo się domyślić, w ów bigos wpakował ją sam profesor, który tak naprawdę należy do sabatu Elizabeth. Dwa tygodnie po zaginięciu Nan na poszukiwania wyrusza jej zmartwione narzeczony, Bill, oraz brat, Richard. Obaj niezależnie od siebie trafiają do Whitewood, a tam – na ślad jedynych pozostałych tam normalnych ludzi – antykwariuszki Patricii oraz jej dziadka, wielebnego Russella: niewidomego pastora, który samotnie opiekuje się opustoszałym, popadającym w ruinę kościołem i wyjawia Richardowi przerażającą tajemnicę miasteczka.

Później jest już z górki. Patricia zostaje porwana i ma zostać złożona jako druga ofiara. Na ratunek rusza Richard i dostajemy rozgrywający się na cmentarzu dramatyczny finał, w którym poważnie ranny w wypadku Bill załatwia nieumarłych satanistów, paląc ich, zupełnie niczym wampiry, za pomocą ogromnego krzyża, który nadludzkim wysiłkiem udaje mu się wyrwać z ziemi. Co odsyła nas do kolejnego często występującego w horrorach biblijnego tropu: wrzucenia zasługujących na potępienie w ogień nieugaszony, który w odnotowanych w Ewangeliach wypowiedziach Jezusa o wiecznej karze występuje jako synonim piekła.

Wątek niewidomego pastora też zresztą jest ciekawy symbolicznie. Jego kalectwo można odczytać jako oślepienie złem, lecz także jako siłę słabości, która pozwala wielebnemu trwać na posterunku mimo pozornej przegranej. Właściwie mógłbym się nawet posunąć do stwierdzenia, że pastor i jego wnuczka to promyki nadziei rzucone przez Boga na tę pozornie przeklętą ziemię – nadziei na to, że dobro może tu jeszcze zatriumfować. Wraz ze swoim rozpadającym się kościołem wielebny Russel i Patricia, a później dołączający do nich Richard i Bill, jawią się jako raspailowski obóz świętych – ostatni szaniec cywilizacji w zalewającym świat potopie ciemności, ale też szansa na odrodzenie i przesłanie, że Bóg nigdy nie zostawia człowieka w szponach grzechu.

A wracając jeszcze do protestanckości filmu: tak naprawdę, jeśli dobrze się wmyśleć, zauważymy, że wyraża się ona nie tylko – ani nawet nie w pierwszym rzędzie – w postaci wielebnego Russella, lecz, przede wszystkim, już w samym temacie. Zagadnienie procesów czarownic zarówno w USA, jak w Europie, wraz z całym otaczającym je kontekstem społecznym, religijnym, kulturowym czy psychologicznym, jest zbyt złożone, by szczegółowo się nad nim rozwodzić tutaj, niemniej warto mieć w polu widzenia, że wielu badaczy – między innymi amerykański antropolog Marvin Harris – fenomen ów wiąże ściśle właśnie z protestantyzmem.

W Europie największy amok rozpętał się w krajach takich jak Niemcy, Szwajcaria i Szwecja – czyli tych, gdzie najsilniejsze były wpływy protestanckie. Badacze tacy jak wspomniany już Harris wiążą je po pierwsze z syndromem kozła ofiarnego, szczególnie nasilającym się w okresach burzliwych przemian cywilizacyjnych, po drugie zaś – z wczesnoprotestancką skłonnością do doszukiwania się wszędzie szatana. W dopiero tworzących się Stanach Zjednoczonych dodatkowo dochodził czynnik alienacji i niepewności pierwszych pielgrzymów, który wzmagał w nich strach przed wszystkim, co nieznane, i pogłębiał zaszczepiony im przez restrykcyjną religijność purytanizm.

Znamienny pod tym względem epilog dopisało do filmu zresztą samo życie. Otóż bowiem w USA – w latach 60. XX wieku wciąż konserwatywnych w stopniu, jakiego dziś nie jesteśmy nawet sobie w stanie wyobrazić – został on ocenzurowany. Z wersji przeznaczonej na tamtejszy rynek usunięto między innymi „modlitwę” płonącej Elizabeth do Lucyfera, w której oddaje mu duszę na wieczność i prosi o sprowadzenie na Whitewood kary. Wychodzi więc na to, że coś, co dla Brytoli było czystą zabawą w konwencję, dla ukształtowanych przez protestancki bibliocentryzm Jankesów okazało się nie do zniesienia.

No ale z drugiej strony to, co ponosiło współodpowiedzialność za mrok, w filmie okazuje się także źródłem światła. Więc w sumie nie jest źle. Sam film natomiast wklejam do obejrzenia poniżej.