Moi pisarze 1: Stephen King

Moi pisarze 1: Stephen King

Tym wpisem inauguruję na WNS-ie cykl, który chciałem zrobić od dawna. Zamierzam opowiedzieć w nim o pisarzach, którzy w jakiś sposób wpłynęli na moją twórczość albo mnie ukierunkowali. To, że na pierwszy ogień idzie akurat King, wynika po pierwsze z faktu, że właśnie obchodził urodziny – a konkretnie siedemdziesiąte piąte – a po drugie… po drugie cóż: choćbym nie wiem jak zaklinał rzeczywistość, że do pisania pchnęły mnie wielkie nazwiska w rodzaju Manna lub Dostojewskiego, nic nie zmieni tego, że zanim pojawili się oni, był on. I to dzięki niemu podjąłem decyzję, że także chcę czernić papier. Takie były czasy i taki byłem ja w nich.

Po raz pierwszy zetknąłem się z nim nie literacko, lecz poprzez film. A konkretnie „Srebrną kulę”, która jest wyśmienitą – przynajmniej w porównaniu z materiałem wyjściowym – adaptacją jego ni to nowelki, ni opowiadania pod tytułem „Rok wilkołaka”. Swoją drogą rozczarowanie, którego doznałem, kiedy w końcu po nie sięgnąłem, było gigantyczne. Oczywiście wiem, że King machnął tę historyjkę w ramach jakiegoś projektu na kalendarz, w ogóle nawet nie myśląc o przenoszeniu jej na ekran, niemniej szkoda, że później nie rozwinął jej w pełnowymiarową powieść. Bo jednak film pokazał tkwiący w niej potencjał. O czym może jeszcze kiedyś napomknę szerzej.

W każdym razie… Mało tego, że opowieść o miasteczku terroryzowanym przez potwora, któremu czoła stawia chłopiec na wózku inwalidzkim i jego fajowy wujaszek alkoholik, skradła moje serce początkującego horrorysty. Kluczową sprawą było to, że – jak wynikało z napisów początkowych – oparto ją na tekście jakiegoś Stephena Kinga. Zachwyciło mnie, że ktoś mógł coś takiego wymyślić i napisać. Cholera, więc tak można! – myślałem, garbiąc się nad zeszytem, w którym bazgroliłem własne dość koślawe próbki. A że wtedy poza straszakami świata nie widziałem, łatwo odgadnąć, jakiego były charakteru.

Nie wiedzieć czemu, wyobrażałem sobie, że ten cały King musi mieć coś pod sześćdziesiątkę, być nieomal łysy i nosić grube okulary. No bo tak po prostu musiał wyglądać pisarz. Tak czy inaczej, uznałem, że muszę coś jego przeczytać. Najlepiej tę historię o wilkołaku. Tyle że niestety wtedy – choć King zaczynał już być w Polsce popularny – chyba nie została jeszcze wydana. Ostatecznie na kontakt z jego prozą wypadło mi odczekać jeszcze dwa lata. Zaś pierwszą rzeczą, która trafiła do moich rąk – zresztą jako prezent pod choinkę – była „Gra Geralda”. Niekoniecznie najlepsza na start.

Nie najlepsza, bo raczej średnio reprezentatywna dla głównej, wybitnie rozrywkowej, linii jego ówczesnej twórczości. Do tego trudna formalnie – cała fabuła rozgrywa się w psychice głównej bohaterki przykutej kajdankami do łóżka z trupem męża pod łóżkiem – i podejmująca ciężkiego kalibru zagadnienia: pedofilii, przemocy wobec kobiet itp., które poszukujący przede wszystkim sensacji szesnastolatek ogarnia, umówmy się, dość kiepsko. Ale mimo to chwyciło. Pochłonąłem „Grę…” w dwa świąteczne dni, co przy moim beznadziejnym wzroku było niezłym osiągnięciem.

Zostałem kupiony niezwykle gęstym, esencjonalnym stylem, bogatymi w szczegóły opisami, a nade wszystko – wnikliwie nakreślonym wnętrzem bohaterki. W taki sposób nie pisali nie tylko autorzy lektur szkolnych, ale także inni anglojęzyczni chałturnicy w rodzaju Mastertona czy Cooka, których przekłady wtedy zalewały nasz ryneczek, nadrabiający zaległości po latach komunistycznej smuty. Pod tym względem z Kingiem mógłby się równać – a nawet w pewnych aspektach go przewyższać – chyba jedynie Dean Koontz. No ale jego odkryłem nieco później, więc niestety nie załapał się na mojego mistrza. Do tego King na zdjęciu w książce okazał się facetem po czterdziestce i… wow, z włosami!

Pomyślałem wtedy (pamiętam to dobrze): kurde, to nic wielkiego, ja też bym tak potrafił. Skoro on może, to ja też. I to był właśnie moment, w którym ostatecznie zdecydowałem, że będę pisał. Niech się pali i wali – zostanę pisarzem. Gdybym wtedy wiedział, co mnie czeka, to… no właśnie, co bym zrobił? Pewnie bym to olał, bo wtedy wierzyłem, że w Polsce może być jak w Ameryce; wystarczy tylko dokładnie skopiować to, co sprawdziło się tam. Ale nie wystarczyło. Co nie zmienia faktu, że bez względu na to, co robiłem później – nawet gdy była to ostra publicystyka polityczna – źródłem tego był King. Bo bez niego w ogóle bym nie zaczął.

Pod koniec podstawówki oraz w liceum (do którego, nawiasem mówiąc, również dostałem się dzięki Kingowi, bo w ramach egzaminu wstępnego z polaka napisałem recenzję „Gry…”) natrzaskałem od metra opowiadań dosyć nieudolnie naśladujących jego styl, a także… powieść, którą odważyłem się wysłać do renomowanego wydawnictwa, gdzie oczywiście została bezlitośnie – i, powiedzmy sobie szczerze, słusznie – schlastana. Muszę przyznać, że mocno wybiło mnie to z orbity, aczkolwiek nie odwiodło od fundamentalnego założenia, że chcę pisać, które doprowadziło mnie między innymi do tak osobliwych miejsc jak Polskie Radio 24, agencja marketingowa czy… Lourdes.

Gdybym miał wymienić trzy rzeczy, które najbardziej sobie od Kinga przyswoiłem, później starając się je wdrożyć u siebie, to byłyby to: dbałość o skrupulatne odmalowanie realiów (a przynajmniej sprawianie wrażenia, że się to robi), głębokie portrety psychologiczne postaci (u Kinga podobało mi się to, że nawet postacie drugiego i trzeciego planu na ogół mają jakąś back story czy własne życie wewnętrzne, które napędza ich postępowanie) oraz idea rozwijanego wraz z kolejnymi utworami uniwersum. I oczywiście wiem, że inni pisarze też to robią, ale nic nie poradzę, że ja podpatrzyłem to akurat u niego.

Przy czym tak naprawdę ze skali tego kingowego wpływu zdałem sobie w pełni sprawę dopiero w chwili własnego powrotu do beletrystyki, czyli pracy nad „Spełnieniem”. Gdy pisałem debiutancką powieść, pragnąłem ze wszystkich sił odciąć się od moich niewyszukanych literackich korzeni. Co też oczywiście nie do końca mi się udało, ale to osobna kwestia. Później, w epoce dziennikarskiej, miałem na głowie zupełnie inne problemy i King odfrunął w niebyt – zwłaszcza że coraz bardziej uaktywniał się politycznie, rzecz jasna w kierunku, którego jako chrześcijanin i konserwatysta nie mogłem zaakceptować.

Zresztą, jeśli mam być szczery, w mojej świadomości funkcjonuje w zasadzie dwóch Kingów – ten z lat dziewięćdziesiątych, zachłannie przeze mnie odkrywany wirtuoz wciągających fabuł, które aż prosiły się o wzorowanie się na nich, i ten obecny: zajadły, niejednokrotnie przekraczający granice przyzwoitości twitterowy hejter, u którego wszyscy demokraci zawsze są świetni, a republikanie – czytaj: konserwatyści en masse – stanowią synonim buractwa, zacofania i fanatyzmu. Co zresztą przecieka też do jego tworzonych już w dwudziestym pierwszym wieku książek. Dla mnie cezurę oddzielającą jednego od drugiego stanowi chyba „Historia Lisey”.

Przy czym kwestia nie zasadza się tutaj aż tak bardzo na różnicy poglądów. Po mogącej wzbudzać rzeczywiście jedynie albo zachwyt albo skrajną niechęć „Historii Lisey” King jakby zatracił dawny pazur. Ten z dwudziestego wieku pisał motywowany obsesją wyrzucania z siebie różnych upiorów. Ten z czasów obecnych – choć nadal zdarza mu się robić to świetnie („Ręka mistrza”, „Dallas 63”) – jest już bardziej tym rzemieślnikiem, którym to mianem zawsze się szczycił; gościem, który wybił się wyżej, niż kiedykolwiek marzył, że zdoła się wspiąć, i teraz za wszelką cenę stara się tę pozycję utrzymać, chyba także przed samym sobą.

W mojej opinii emblematyczny pod tym względem był sequel „Lśnienia”, czyli niesławny „Doktor Sen”. „Lśnienie”, co by o nim nie sądzić, jest po prostu wielką powieścią, gdyż podejmuje ważkie tematy – alkoholizm, niespełnione ambicje, niedorośnięcie do roli męża i ojca. Czuć, że pisał to, a raczej wywlekał z flaków, wkurzony na cały parszywy świat, zmagający się z własnymi demonami trzydziestolatek. Nie jest to może Malcolm Lowry, ale z pewnością wyrasta ponad przeciętną. A co z tą energią zrobił King w wersji dobrze ustawionego celebryty? Zmienił ją w trywialne fantasy dla tak zwanych młodych dorosłych.

Tak więc mój stosunek do Kinga określiłbym jako wygasający. Najpierw bezwarunkowy zachwyt, w pierwszej dekadzie tego stulecia ciągle duży szacunek przy dopatrywaniu się w jego książkach przysłowiowego Czegoś Więcej – co w ogóle stało się moją strategią w obcowaniu z popkulturą – aż po dominującą dzisiaj refleksję, że być może widziałem w nim za dużo, a może po prostu to, co bardzo chciałem widzieć. King rozczarował mnie jako człowiek – myślałem, że jest, kolokwialnie mówiąc, jednak ciut mądrzejszy. Ale także jako pisarz, bo z każdą kolejną historią coraz wyraźniej widać, jak pod ładną formą ukrywa… no cóż, pustkę.

Natomiast w sensie literackim absolutnie się owego kingowego fundamentu nie wypieram. Jest on moim punktem startowym, od którego wyszedłem, żeby mozolnie karczować sobie własną ścieżkę. Krocząc nią, natknąłem się na mnóstwo innych pisarzy, od których zaczerpnąłem zapewne więcej, tyle że gdyby nie King i impuls, który mi dał, prawdopodobnie nigdy bym do nich – a przynajmniej tej części z nich, do których sięgałem bardziej po to, by się od nich uczyć, niż po prostu ich czytać – nie dotarł. Tak wyglądają fakty.

*

Bardzo Ci dziękuję za przeczytanie tekstu. A skoro już tutaj jesteś, zapraszam do Księgarni – może któraś z dostępnych tam moich książek Cię zainteresuje. Zachęcam też do zasubskrybowania bloga, jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co robię.

Podziel się tym ze znajomymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.