Mój patent na powieść

Skończyłem redagować “Drugie przykazanie” i nic nie stoi na przeszkodzie, by zgodnie z planem za dwa miesiące zacząć wprowadzać je do sprzedaży. W międzyczasie zacząłem pracę nad kolejną powieścią, noszącą roboczy tytuł “Nieuniknione”. “Spełnienie” też jakoś idzie do przodu. Wygląda więc na to, że moją historyjkową fabryczkę rozkręciłem na dobre. A ponieważ wziąłem się ostatnio za wyjaśnianie mojej tak zwanej filozofii twórczej, postanowiłem jeszcze pociągnąć ten temat.

Tym razem postaram się krótko i technicznie. Ze szczególnym naciskiem na to drugie, bo chciałbym się skupić przede wszystkim na kwestiach warsztatowych. W tekście pt. “O jaką literaturę mi chodzi” próbowałem podejść do sprawy bardziej od strony idei i motywów, jakie mi przyświecają, gdy siadam do pisania, w tym zaś postawiłem sobie za cel zdefiniowanie, jak chcę to osiągać. W tamtym tekście to zagadnienie jedynie lekko liznąłem, pisząc, że zamierzam używać kilku bliskich mi konwencji do tworzenia fabularnych osnów dla tego, co tak naprawdę pragnę przekazać, ale co to oznacza w praktyce?

To, że coś rzeczywiście oznacza i że faktycznie mogę chyba powiedzieć, iż wypracowałem sobie coś takiego jak własny patent na powieści, jakiś przepis czy formułę, wedle której mogę je, brzydko mówiąc, pichcić, dotarło do mnie w zasadzie dopiero teraz. Jak to szło? Raz to przypadek, dwa – wypadek, a trzy – celowe działanie? Skoro więc po raz trzeci sięgam po ten sam szablon z poczuciem, że doskonale mi się sprawdza, i perspektywą wykorzystania go jeszcze co najmniej kilka razy w przyszłości, to niewątpliwie wyłania nam się tutaj zasada.

A zatem uwaga: wyjawiam moją magiczną recepturę! Zastrzeżona i nie do powtórzenia.

1. Intertekstualność.

Niby to żadne odkrycie, że dzieła kultury czerpią z siebie, nawiązują do siebie, przetwarzają obecne wcześniej motywy itp. Jest to – że odwołam się do wspomnianego już tytułu książki, nad którą teraz pracuję – nieuniknione. Każdy, kto twierdzi, że tworzy sam, bez jakichkolwiek zewnętrznych inspiracji, jest kłamcą albo ignorantem. Wszyscy siedzimy na ramionach tych, którzy szli przed nami. Ja w moich opowieściach postanowiłem podnieść to prawidło do rangi w pełni świadomie wykorzystywanej strategii. Zrobiłem tak w “Spełnieniu”, następnie powtórzyłem w “Drugim przykazaniu” i nie waham się postąpić tak również teraz.

A to z kilku powodów. Po pierwsze – jak już pisałem – w budowaniu powieści bynajmniej nie zależy mi na realizmie jako takim, więc nie widzę przeszkód, żeby ich tak zwany świat przedstawiony sklejać ze skrawków własnych wcześniejszych lektur czy filmów, dodając coś od siebie. Traktuję to trochę jak realizację klasycznej, przypisywanej Hemingwayowi – i dobrej, niezależnie od tego, kto rzeczywiście sformułował ją jako pierwszy – zasady “pisz o tym, co znasz”. Którą można rozumieć na bardzo różne, czasem na pozór sprzeczne ze sobą, sposoby.

Niektórzy podchodzą do niej nadzwyczaj literalnie, próbując tworzyć na podstawie osobistych życiowych doświadczeń czy obserwacji. Nie mówię, że ja też tego nie robię. Nie da się nie przemycić do historii czegoś z siebie. Niemniej jestem raczej zwolennikiem innego pojmowania tej zasady – właśnie tego, które za to, co znasz, uznaje przede wszystkim to, co przeczytałeś lub co ogólnie wyniosłeś z innych tekstów kultury.

W moim przypadku pewnie bierze się to stąd, że jako dziecko cierpiące na poważną wadę wzroku zawsze żyłem bardziej w świecie książek (często słuchanych na kasetach) i filmów (zwykle oglądanych z nosem przy ekranie), niż w tym za oknem. Tamten często wydawał mi się prawdziwszy. Chyba coś z tego pozostało mi do dziś, więc włączyłem to do własnego literackiego repertuaru.

2. Hybrydowość gatunkowa.

Ten punkt wynika bezpośrednio z poprzedniego. Pisząc oddaję słowem to, czym sam nasiąknąłem, czytając czy oglądając. Moje własne historie stanowią odbicie tego, co lubię i czym się fascynuję jako odbiorca. I są to zarówno zainteresowania długoterminowe, ciągnące się za mną latami, jak i takie, które przychodzą do mnie sezonowo. Przykładem tego ostatniego będzie właśnie “Drugie przykazanie”, które wyrosło z mojej zajawki na kulturę chrześcijańską, i prób przepuszczenia jej przez moje mentalne filtry.

Przy czym jako odbiorca konsumuję kilka gatunków: głównie grozę, thriller, sensację i dramat. W tym, co sam piszę, mieszam je, bo po pierwsze nie zależy mi na sztywnym wyspecjalizowaniu się w jednym konkretnym, a raczej – tak jak już podkreślałem – na wykorzystywaniu pewnych nader pożytecznych gatunkowych klisz do opakowania w nie ważnych dla mnie przesłań, a po drugie – myślenie w kategoriach wyniesionej do rangi twardego dogmatu gatunkowości to przejaw kastracji literatury ze sfery głębszych znaczeń i sprowadzania jej do pustej zabawy, na które to zjawiska też już się zżymałem, więc nie ma sensu tego po raz kolejny rozwijać.

Gatunki są niezwykle poręczne, bo w pewnym sensie odzwierciedlają struktury i schematy narracyjne, jakim poddana jest ludzka rzeczywistość w ogóle. Ułatwiają przejrzystą komunikację. Dlatego od nich nie uciekam, tyle że po prostu staram się lepić z nich coś własnego.

3. “Amerykańskie” realia.

Nie bez kozery ujęte tutaj w cudzysłowie. Każdy, kto choć trochę zna prawdziwe Stany Zjednoczone, błyskawicznie zorientuje się, że te moje mają z nimi mniej więcej tyle wspólnego, co realna Warszawa z tą wikipedyjną kreowaną przez Remigiusza Mroza w “Chyłkach” – który to zarzut pewnego razu postawił mu na swoim blogasku warszawiak z krwi i kości Wojciech Orliński, więc dlatego, samemu będąc w dużej mierze warszawiakiem wikipedyjnym, ośmielam się go tutaj przywołać.

“Amerykańskość” moich powieści to kwestia chyba dość dla niektórych newralgiczna i dlatego ciągle do niej wracam, ciągle mając wrażenie, że niedostatecznie to wyjaśniłem. Zatem jeszcze raz:

By móc osiągnąć to, o co mi chodzi w literaturze, czyli pewnego rodzaju przypowieściowość z pozorami realizmu, muszę umieszczać fabuły w swoistych Nibylandiach, aczkolwiek nie będących przesadnie niby. Nie mam ochoty tworzyć całkowicie zmyślonych światów rodem z fantasy. Stany w moich oczach spełniają te kryteria, bo są zarazem prawdziwe i totalnie zmitologizowane przez napływającą stamtąd masową kulturę, którą przecież i ja się karmię, czego nigdy nie ukrywałem. W odniesieniu do Polski nie potrafię tego efektu osiągnąć.

A nie potrafię, bo – nawiązując ponownie do wzmiankowanego wpisu Orlińskiego – mam świadomość różnych drobniutkich szczególików i niuansów, którymi napchana jest nasza rzeczywistość, a których ja, jako wzrokowy kret od zawsze żyjący trochę za szybą, nie dostrzegam, a więc nie byłbym w stanie ich umieścić w tekście. Research wszystkiego nie załatwia. Dlatego zdecydowanie wolę poruszać się w wypreparowanej przestrzeni, gdzie to ja rozmieszczam pionki na szachownicy, nie przejmując się zanadto, że coś pokręcę.

Tak więc w przyszłości będę siebie oraz moich czytelników do tych niby-Stanów wyprawiał jeszcze wielokrotnie. Nie twierdzę, że będę się tego sztafażu sztywno (dogmatycznie) trzymał, ale na razie taka taktyka – przynajmniej w odniesieniu do fikcji – mi pasuje i pozostanę przy niej tak długo, jak się da.

4. Akcja oczami głównego bohatera.

Niedawno jeden z czytelników zarzucił mi, że moi bohaterowie – zwłaszcza główni – nie są opisani z wyglądu. Cóż, dzieje się tak, bo zazwyczaj spełniają oni rolę kamer, za pośrednictwem których śledzimy akcję. Trochę jak w ekranizacji jednej z powieści Raymonda Chandlera – bodaj “Topielicy” – w której całą historię obserwujemy oczami Philipa Marlowe, jego samego nie widząc chyba ani razu. Ogromnie spodobał mi się ten chwyt. Odpowiada zarówno mojej własnej, wyjątkowo wsobnej, konstrukcji psychicznej, jak i temu, jak w związku z ową konstrukcją niemal odruchowo rysuję moich protagonistów.

Chciałbym osiągnąć maksymalne skupienie – własne i czytelnika – na ich przeżywaniu świata oraz ich jednostkowej na tenże świat perspektywie. Stosowanie zmiennych punktów widzenia i pokazywanie wydarzeń z różnych stron tylko mi tę immersję niszczy. Chcę w ten sposób sygnalizować niemożność wyjścia poza jednostkowe doświadczenie. Chcę dosłownie stopić siebie i was, czytających, z moim protagonistą, sprawić, byśmy się nim stali do ostatniego włókna nerwowego, do ostatniej cebulki włosa. Przy czym jakoś nie przepadam za narracjami pierwszoosobowymi.

W powieści, nad którą teraz pracuję, posunąłem się w tym stapianiu aż tak daleko, że aby móc przedstawić, jak mój bohater wygląda, kazałem mu spojrzeć w lustro w kabinie windy, którą jedzie, by spotkać się z klientem.

*

I tak mniej więcej przedstawia się moja formuła. Miało być krótko, a wyszło jak zwykle. Ale sądzę, że dosyć wyczerpująco to wytłumaczyłem. Tak jak zastrzegłem: chodziło mi przede wszystkim o aspekty techniczne, o to, jak i dlaczego akurat tak, aczkolwiek cały czas będę podkreślał, że niezależnie od tego, jakie środki stosuję, nie robię tego po to, żeby było atrakcyjniej. Nie interesują mnie żadne postmodernistyczne żonglerki dla nich samych w duchu Tarantino. To ma czemuś służyć. Czemuś pozaliterackiemu.

Forma, choćby nie wiem jak kunsztowna, to tylko pas transmisyjny dla znaczenia. Nawet nie dla treści – bo treść i forma to w pewnym sensie jeden nierozerwalny układ – ale właśnie dla znaczenia. Bo dla mnie w ostatecznym rozrachunku to ono stanowi uzasadnienie do tego, ażeby w ogóle zacząć się nad doborem tej lub innej formy zastanawiać.

Podziel się tym ze znajomymi.