No to mamy… nowy rok

Ano właśnie, mamy. Witam więc wszystkich Szanownych Czytelników po kolejnej zbyt długiej przerwie w aktywności na tej stronie. Trochę spowodowanej okołoświątecznym zamieszaniem, a trochę… no cóż, nie będę ściemniał – drastycznym spadkiem poziomu paliwa. Taki to już niestety zaklęty krąg – brak zainteresowania ze strony potencjalnych odbiorców zabija motywację, to z kolei niszczy chęć do dalszej roboty, co jeszcze bardziej w ten brak wpycha. Pokonanie tego impasu mógłbym uczynić swoim postanowieniem noworocznym, ale… nigdy nie byłem dobry w te klocki, więc nawet nie będę próbował.

Krótki entuzjazm spowodowany restartem strony i uszczelnieniem strategii opadł z dokładnie tego samego powodu. Pozostaje więc to, co zawsze – tępy ośli upór w parciu naprzód i pozbawiona jakichkolwiek racjonalnych podstaw nadzieja, że w końcu rozwalisz ten blokujący ci drogę mur. Albo on, albo ty, bejbe – wiadomo. A czasem trzeba się pogodzić, że to on wygrywa.

Ostatnio jego ofiarą padł mój projekt publikowania „Nieuniknionego” w odcinkach na łamach „Opowiem Ci coś”. Miałem nie przerywać emisji na Boże Narodzenie i Sylwestra, ale jednak w końcu się złamałem. W tym okresie i tak chyba mało kto słucha podcastów. No, ja słucham. Ale umówmy się: ja jestem szczególnym przypadkiem. Oczywiście „Nieuniknione” wróci i nawet postaram się, żeby latało co tydzień. Może zresztą powinienem przestać zaglądać do statystyk. Podobno niektórym twórcom się to sprawdza.

Tu, skoro już weszliśmy w te koleiny, muszę się przyznać, że ostatnio znów zacząłem intensywnie przemyśliwać nad przerzuceniem się na angielski. Tak, od czasu do czasu nachodzi mnie ów szalony pomysł. Od czasu do czasu sprawdzam, czy jestem już wystarczająco dobry, i jak dotąd za każdym razem okazuje się, że… nie, cholibka, nie jestem. A może trafniej byłoby stwierdzić: jeszcze nie jestem? Bo z tym w sumie jest trochę tak, jak z kolejnymi uderzeniami fal o brzeg – po ich wycofaniu się jego rzeźba powoli, ledwie zauważalnie, lecz przy tym nieubłaganie, się zmienia. I tak samo ja: po każdej kolejnej próbie, zwieńczonej konstatacją, że moje pisanie po angielsku przypomina bardziej wciskanie gir w za ciasne o trzy numery buty niż naturalny flow czy choćby coś doń zbliżonego, czuję, że mimo wszystko jestem bliżej tej decyzji; że kiedyś, w końcu…

Między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem przeprowadziłem kolejny próbny atak na tę ścianę i zdałem sobie sprawę, że… kurcze, ja naprawdę się do tego kroku przygotowuję. Że to nie jest tylko takie sobie luźne, i tym luzem bezpieczne, obracanie w wyobraźni czegoś, co do czego się wie, że i tak się nie ziści, lecz świadome dojrzewanie do wspinaczki. Poznałem to po tym, że, inaczej niż w przypadku wszystkich poprzednich nieudanych szarż, po tej determinacja, by jednak to zrobić, nie przestała się tlić.

Od pewnego czasu coraz bardziej otaczam się angielskim. Oglądam filmy bez lektora, czytam i słucham w tym języku książki, siedzę bardziej w anglojęzycznej niż polskiej sieci itp. Efekty są. Zobaczyłem to wyraźnie podczas tej ostatniej próby. Do poziomu choćby zadowalającego jeszcze daleko, ale progres rzeczywiście notuję. I może nawet trochę mnie to przeraża. Przeraża, bo perspektywę przesiadki urealnia, stawiając mnie w niespotykanym nigdy wcześniej natężeniu przed pytaniem: czy ty naprawdę tego chcesz? naprawdę jesteś aż tak zdesperowany, by uwierzyć, że tam pójdzie ci lepiej niż tu?

No właśnie, czy jestem? Cóż, jestem, a przynajmniej staram się być, realistą. Wiem, że na szał nie ma co liczyć, ale większy potencjał anglojęzycznego rynku mimo wszystko nieco kusi. Nawet kilka książek sprzedanych na Amazonie byłoby dla mnie większym sukcesem niż ta orka tutaj. Poza tym, skoro taki Joseph Conrad, bez zaawansowanych słowników online i całej dystrybucyjnej potęgi sieci, mógł, to dlaczego, u licha, nie ja? Nie wspominając już o tym, że skończyłem liceum o profilu językowym i jak dotąd wszystkie moje zawodowe wybory – na czele ze studiami (większość osób z mojego kierunku wybrała anglistykę, wobec czego ja z tą polonistyką wyglądam jak jakiś dezerter) – zakrawają, co tu kryć, na spuszczenie w kiblu całego wysiłku włożonego w wyedukowanie mnie i wbijanie mi do głowy od pierwszej do ostatniej klasy, że angielski to moja przyszłość.

Fakt, wizja zostania belfrem albo tłumaczem rzeczywiście mnie nie kręciła. Po polonistyce – mimo iż, z wrodzonego lenistwa, wybrałem specjalizację nauczycielską – też nie zamierzałem wylądować w szkole, ale przynajmniej mogłem zagrać na nosach moim nauczycielom, którzy już napisali dla mnie scenariusz. Głupie, wiem, z perspektywy czasu nawet bardzo. Ale niestety zawsze cierpiałem na nadmiar przekory. Tylko że z drugiej strony… a co, jeśli ten zakichany angielski to rzeczywiście moja przyszłość? Because why the hell not, right?

No dobrze, odrobinę tu krokietuję. Najwyraźniej trochę jeszcze trzyma mnie nastrój noworocznych rozrachunków. Plus, rzecz jasna, brak pomysłu na konkretny wpis. Prawda jest taka, że jeśli moja przesiadka miałaby mieć jakąkolwiek szansę powodzenia, to musiałbym do niej przystąpić już teraz i na pewno nie ograniczać się tylko do wrzucenia tekstów na Amazon i czekania, aż jego magiczne algorytmy załatwią resztę. Musiałbym już odpalić całą machinę propagacyjną i całkowicie się jej poświęcić, na co, szczerze mówiąc, nie wiem, czy mam siłę. Zwłaszcza że, realnie patrząc, szansa na przebicie się jest niewiele – z naciskiem na niewiele – większa niż tu.

Na dodatek nachodzą mnie skrupuły natury… no cóż, ni mniej, ni więcej, patriotycznej. Nie chcę się tutaj wdawać w politykę, a już szczególnie w odniesienia do bieżącej sytuacji, niemniej to, że jestem tak bardzo na bakier z rodzimą kulturą – z czego, nawiasem mówiąc, w pełni zdałem sobie sprawę dopiero, kiedy przed czterema laty wróciłem do starych zainteresowań – jakoś mi jednak przeszkadza, jakoś prowokuje wyrzuty sumienia. A teraz miałby jeszcze do tego dołączyć język?

Przyznam się nawet, że chcąc to jakoś zniwelować, podjąłem ostatnio próbę stworzenia powieści z akcją osadzoną we współczesnej Polsce oraz odniesieniami do grzejących nas dziś tematów. Próba oczywiście się nie powiodła. Bynajmniej nie dlatego – a raczej nie tylko dlatego – że moją estetykę, jeśli chodzi o fikcję, ukształtowali Amerykanie. (Co, nawiasem mówiąc, stanowi dowód kulturowej kolonizacji i jest kolejną przesłanką, by jednak pokusom zangliczenia nie ulegać.) Ja po prostu nie umiem budować fikcji czerpiącej z tego, co mnie bezpośrednio dotyczy. Potrzebuję pewnej dawki sztuczności, umowności. Osadzone w realiach Peerelu „Ślepowidzenie” udało mi się, bo świat, do którego się odwołuje, jest już przetworzonym przez kulturę mitem; dekorem, który można dowolnie formować, a nie moim żywym doświadczeniem.

Z tym drobnym defektem chyba więc będę się musiał ostatecznie pogodzić. Moje umieszczanie fabuł w niby-USA – przynajmniej jak dotąd, bo w przyszłości planuje wyprawy w inne lokacje, a nawet epoki – staram się traktować mniej więcej na podobnych zasadach jak Robert Harris swoje wycieczki do starożytnego Rzymu czy Brian Godawa – do świata biblijnego: jako świadomą grę, coś w rodzaju alegorycznego kostiumu, pod którym przemyca się to, o co nam naprawdę chodzi.

A jeszcze wracając do nieudanej polskiej powieści: zacząłem ją pisać z jeszcze jednego powodu – mianowicie po to, żeby spróbować uderzyć z nią do wydawnictw. Z trzema poprzednimi nawet nie próbowałem, bo po prostu chyba nie bardzo wierzyłem, że zaproponowana przeze mnie konwencja zostanie zaakceptowana. Z drugiej strony, jak już pisałem na blogu, jestem zmęczony partyzantką i notorycznym brakiem efektów (kolejny argument, że w mitycznym tam wcale nie musi być lepiej). No ale może jednak znów spróbuję mimo fiaska polskiego projektu. Chyba że moje samoróbki w końcu jednak drgną. Byłoby miło. Byłoby też fajnie wreszcie skutecznie o to zadbać.

A póki co tradycyjnie – zapraszam do subskrybowania bloga, zaglądania do Księgarni i słuchania podcastu.