O czym właściwie jest “Spełnienie”?

No dobrze, skoro powiedziało się A, trzeba również powiedzieć B. Skoro wszędzie, gdzie tylko mogę, przekonuję, że w literaturze (względnie filmie) wcale nie chodzi o historię, lecz o to, co pod nią, czas, bym te same kryteria zastosował do własnej twórczości. Zwłaszcza że nadarza się ku temu dobra okazja, bo oto całkowicie niepostrzeżenie stuknął miesiąc od premiery. A ponieważ mam poczucie, że wciąż za mało się autolansuję (cóż, skromność i wrodzona nieśmiałość), stwierdziłem, że wypada wreszcie chwycić byka za rogi.

Temat ten, fakt faktem, już trochę liznąłem w tekście o dziesięciu rzeczach dotyczących “Spełnienia”, o które moglibyście chcieć zapytać. Tam jednak zaledwie bardzo ogólnie zwróciłem uwagę na główną myśl, która przyświecała mi podczas pracy. Napisałem więc, że chciałem pokazać, co się dzieje, kiedy człowiek tworzy sobie bożki, i prowadzony przez nie usiłuje przekroczyć granice, których przekraczać zdecydowanie nie powinien. Dokładnie coś takiego spotyka głównego bohatera, Dana, dla którego bożkiem stała się literatura. Czcił go zaś tym żarliwiej, im bardziej okazywał się on nieosiągalny. Bez spojlerów nie mogę za wiele zdradzić, ale cena, jaką za to zapłacił, była… no cóż, słona.

No ale tak już jest, kiedy się zadziera z bóstwem. Domaga się ofiary, a w zamian wcale nie gwarantuje szczęścia. Wręcz przeciwnie – możesz być pewien, że wyssie cię do ostatniej kostki, a potem wypluje pozostałości. Przy czym jego największa perfidia wcale nie polega na tym, że budzi w tobie głód, którego nie możesz nakarmić – w przypadku Dana było nim dążenie do zostania pisarzem za wszelką cenę – lecz na tym, że bazuje na całkiem naturalnych i w pełni zrozumiałych ludzkich potrzebach.

Jedną z nich – i to, śmiem rzec, tych fundamentalnych – jest pragnienie życia pełniej. Człowiek to taki dziwny twór, który po prostu nie zadowala się tym, że oddycha, żre, wydala, ma ciepło, sucho i inne takie. To, że od dwóch lat rozumiana bardzo wąsko biologiczna egzystencja jest wynoszona do rangi, nomen omen, bożka, niczego w tym zakresie nie zmienia. Ba, wręcz ten wyższy aspekt naszego życia uwypukla na zasadzie potwierdzenia przez negację. W sensie, że im usilniej się go marginalizuje, tym boleśniej rzuca się w oczy jego nieobecność. Czyż nie o tym w gruncie rzeczy mówi słynna piramida Maslowa? A przypominam, że na jej szczycie – przynajmniej w wersji sześciostopniowej – znajdują się potrzeby duchowe.

Spełnienie, o które mi chodziło, kiedy pisałem, dotyczy właśnie takiego wymiaru. Spełnić się to znaczy wyjść poza zaklęty krąg jałowej, pozbawionej wyższych dążeń wegetacji, która to zdolność odróżnia nas od zwierząt. Literatura, której Dan uczepił się jak przysłowiowy rzep psiego ogona, to tylko środek do celu, a nie cel jako taki. Dan po prostu uroił sobie, że jeśli odniesie sukces jako pisarz, to zaistnieje intensywniej, upodmiotowi się, jakoś odróżni na tle anonimowej ludzkiej zbiorowości.

Co więc poszło nie tak? – zapytacie. Hm, ujmę to może w ten sposób: “Spełnienie” nie jest powieścią religijną w literalnym znaczeniu tego pojęcia – fala zainteresowania wplataniem wątków otwarcie chrześcijańskich do tekstów kultury, czego efektem jest kolejna powieść, którą zamierzam wypuścić wiosną, przyszła do mnie dopiero później, w znacznej mierze dzięki mojemu własnemu powrotowi do wiary – aczkolwiek chyba rzeczywiście chciałem w niej pokazać sytuację, kiedy człowiek w dążeniu do owej mitycznej pełni gubi właściwe proporcje, czyli – by przyłożyć z grubej rury – sprzeniewierza się pierwszemu przykazaniu.

Bo w rzeczy samej problemem nie jest to, że chcemy być czymś więcej i sięgnąć dalej, niż wyznaczył nam świat. Nie, to nie jest problemem, bo ów instynkt, a w jeszcze większym stopniu przeczucie, że musi być coś ponad, coś poza, i że my do tego czegoś należymy, to skutek działania wszczepionej nam boskiej cząstki. Zło zaczyna się w chwili, kiedy w poszukiwaniu tej transcendencji górę bierze nasze rozbuchane ego. To ono stanowi diabelską furtkę, przez którą do naszego umysłu wkradają się różne miraże i trujący przymus gonienia za nimi wszelkim kosztem.

Defekt ten w mniejszym lub większym zakresie dotyka zresztą wszystkich bohaterów. Jeden z nich ma na przykład przemożny imperatyw spełnienia się przez zbliżenie do ojca. Co też oczywiście implikuje transcendentalny wydźwięk, bo odnosi się do kwestii zakorzenienia w rzeczywistości przerastającej nasz jednostkowy byt. Samo w sobie szlachetne i zrozumiałe, prawda? Jednak nawet i to pragnienie można wykoślawić. Konsekwencji nie zdradzę, bo musiałbym spojlerować, czego, jak już zastrzegłem, wolałbym ze zrozumiałych względów uniknąć.

Osobne miejsce w “Spełnieniu” zajmuje zbrodnia. Bądź co bądź, jest to thriller. Zbrodnia w sensie jak najbardziej dosłownym, czyli ta wokół której kręci się intryga, ale też zbrodnia jako obiekt fascynacji. Do przedstawionej powyżej przewodniej idei ma się to tak, że swego czasu mocno łamałem sobie głowę nad kulturowym fenomenem tzw. true crime – no wiecie, tych wszystkich sprzedających się jak ciepłe bułeczki książek w typie “Mindhuntera”, podcastów takich jak “Kryminatorium” czy “Zabójcze opowieści” lub filmów dokumentalnych o seryjnych mordercach. Próbowałem zrozumieć, dlaczego ludzie tak do tego lgną, a jeszcze bardziej – czemu tak to estetyzują, bawią się tym, choć moralnie jest to co najmniej dwuznaczne.

Czy doszedłem do jakichś konkluzji? Chyba tak. W pewien sposób, którego też za bardzo nie mogę tu zdradzić bez wyjawiania newralgicznych szczegółów intrygi, wiąże mi się to z zagadnieniem sztuki pojętej – czy to aktywnie, gdy się samemu tworzy, czy pasywnie, gdy się ją jedynie konsumuje, żeby doświadczyć transgresji – jako narzędzie do przekraczania własnych ograniczeń i sytuacji, w której posuwamy się za daleko. Lub gdy z jakichś powodów nie potrafimy lepiej ukierunkować kotłującego się w nas wszystkich imperatywu bycia bardziej.

Być bardziej. Ano właśnie, jakoś cały czas mi to nawraca niczym bumerang rzucony przez pijanego aborygena. Rzeczywiście wszyscy to mamy, choć realizujemy to różnymi drogami. Jedni finalnie zostają świętymi, a inni… Jest Albert Chmielowski i jest Adolf Hitler – obaj, nomen omen, malarze. A są też i tacy, którym do poczucia się spełnionym wystarczy, że ugotują kochanej osobie pyszny obiad. Sedno to umieć rozpoznać swoją ścieżkę. I o tym chyba w gruncie rzeczy chciałem opowiedzieć w mojej książce.

Którą, rzecz jasna, można kupić na stronie w postaci e-booka. Teraz, dzięki usłudze Ridero, jest także możliwość zamawiania egzemplarzy papierowych w systemie tzw. druku na żądanie. Aby to zrobić, wystarczy kliknąć tu.

***

Jeśli chcesz wesprzeć moją pracę, możesz przekazać mi darowiznę w dowolnej kwocie.

A jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co robię, zasubskrybuj stronę.

Podziel się tym ze znajomymi.