O jaką literaturę mi chodzi

Tydzień temu zabawiłem się w autokomentatora i spróbowałem (średnio udanie, ponieważ w wyniku spowodowanego piątkowym postem niedoboru kofeiny nie wyczerpałem tematu) wyjaśnić, o co tak naprawdę chodziło mi w “Spełnieniu”. Nie ja pierwszy i nie ostatni. Tak na wszelki wypadek dodaję dla oburzonych, że autor, którego utrupienie hucznie ogłosił był swego czasu Roland Barthes, śmie nadal dychać i jeszcze na dokładkę narzucać interpretację swego dzieła. Z moją interpretacją nikt oczywiście zgadzać się nie musi, a i głosy, że powieść komuś dostarczyła rozrywki, choć nie było to moją pierwszorzędną intencją, przyjmuję z miło połechtaną próżnością.

Tak czy siak postanowiłem tę grę jeszcze pociągnąć i spróbować konkretnie określić – także samemu sobie, bo zwerbalizowane to jednak coś innego niż krążące bezcieleśnie w umyśle lub rozproszone po tekstach zasadniczo o czymś innym – po co w ogóle mi ten cały skrajnie nieopłacalny pisarski biznes. A jako że jest już po północy i w związku z tym strzeliłem sobie małą kawkę w nagrodę za wytrwałość, istnieje nawet spora szansa, że może mi się udać. No więc po co mi to i jakimi środkami zamierzam swój cel osiągnąć? Ha, dużo łatwiej byłoby odpowiedzieć na to poprzez zaprzeczenie, czyli to, o co mi z całą pewnością nie chodzi. A o co mi z całą pewnością nie chodzi? O nieobarczoną żadnym głębszym znaczeniem rozrywkę, pustą zabawę formą.

Oczywiście, jak już zastrzegłem, nie obrażam się, że ktoś docenił w “Spełnieniu” przede wszystkim ten walor. Nie oszukujmy się: zadbałem, żeby był on należycie wyeksponowany. Zależało mi na tym. W przeciwieństwie do wielu pisarzy usiłujących za wszelką cenę przekazać przysłowiowe Coś więcej i na tej kanwie tworzących niestrawne potworki, w których słaba, pretekstowa historyjka nieudolnie maskuje natrętną publicystykę lub moralizatorstwo, doceniam wagę zwykłej przyjemności z czytania i dokładam starań – inna rzecz, czy zawsze z powodzeniem – by ją odbiorcy zapewnić. Forma dla treści jest dla mnie w literaturze tym, czym ta słodka żelowa osłonka dla Nurofenu.

Z drugiej strony nie chcę tworzyć mylnego wrażenia, że cała otoczka fabularna to jedynie pretekst do “sprzedania” właściwego przekazu, a ja po prostu kombinuję, jak zrobić to nieco zgrabniej niż Raspail w “Obozie świętych” czy Sołowjow w “Krótkiej opowieści o Antychryście”. Nie, nic z tych rzeczy, panie i panowie. Absolutnie nie traktuję formy jako czegoś doklejonego na siłę. “Spełnienia” nie przebrałem w kostium thrillera, żeby pokazać, że umiem, lub żeby podstępnie, z wyżyn mojego wysublimowania, dokonać intoksykacji biednych, naiwnych, niewyrobionych intelektualnie miłośników gatunkowych czytadełek. “Spełnienie” jak najbardziej jest thrillerem, który po prostu stara się przekazać coś ponad opowiedzianą historią.

A z drugiej… nie, zaraz, już z trzeciej! No więc z trzeciej strony właśnie czytadełkowe podejście mnie mierzi, a nawet wzbudza coś na kształt pogardy. Uważam je, brutalnie mówiąc, za kastrację literatury. Szczególnie w naszej epoce, gdy funkcję zabijacza czasu z powodzeniem przejęły media wizualne, co literaturę i ludzi ją uprawiających zmusza do szukania sobie nowego uzasadnienia dla trwania przy swojej pasji. Nie wspominając już o tym, że traktowanie literatury – ba, w ogóle kultury – jako przede wszystkim placu zabaw, który ma dostarczać niezobowiązującej przyjemności i niczego poza, to jawny symptom rozwodu estetyki z etyką, który jest na każdym kroku sztucznie stręczony jako usypiacz.

To jest, wypisz wymaluj, antykultura w czystej postaci. Antykultura, czyli sytuacja, w której kategorie estetyczne odrywa się od sfery wartości, nadając jednym i drugim, oczywiście sztucznie, osobną dynamikę i hierarchię. Mamy się więc bawić, dzielić na fankluby horrorów, thrillerów, romansów czy komedii, ale – broń Boże! – nie wolno, pod sankcją wyszydzenia, pytać, co się pod tym kryje, co jest nam w tej kapsułce “Sprzedawane”. Z kolei my tworzący mamy jak najsprawniej wypełniać ramy gatunku, w którym się specjalizujemy (bo wyspecjalizować też się trzeba, inaczej marketing będzie kulał), godzinami rozprawiać na Fejsiku, jak napisać potencjalny bestseller, śledzić odsłony na yt czy Wattpadzie, ale za cholerę nie wolno przyjąć perspektywy, że literatura to tylko środek, a nie cel sam w sobie.

Rzecz jasna, nic takiego jak rozwód estetyki z etyką, czy raczej formy ze znaczeniem, w przyrodzie nie występuje. Jest to, jak już wykazałem, fikcyjny twór, który ma za zadanie uśpić naszą czujność i pod tą narkozą aplikować nam określone przekazy, idee czy interpretacje rzeczywistości. Tak naprawdę nic, co czytamy lub oglądamy, nie jest obojętne aksjologicznie. Choćby nie wiem w jak atrakcyjne szaty się stroiło i jak cudownie nas oczarowywało. I nie chodzi w tym momencie o to, aby ów fakt potępiać czy wskazywać na konkretne tytuły jako przykłady, a jedynie o to, żeby sobie zdać z tego sprawę i przyjąć to jako tak zwaną oczywistą oczywistość.

I ta moja literacka strategia, z grubsza ujmując, na takim założeniu się zasadza. Nie podoba mi się ani opcja, w której zajmujemy się tylko formą, ani ta, gdzie odrzucamy wszelką finezję i kulturową tkankę i idziemy w publicystyczne wypracowania na temat. Byłem w obu szańcach i oba uważam za fałszywe. Mogę chyba nawet śmiało powiedzieć, że trochę się między nimi miotałem, przeskakując, zależnie od nastroju i okoliczności, to do jednego, to do drugiego, i za każdym razem sobie obiecując, że właśnie w nim pozostanę, bo drugi jest be. Brakowało mi substancji łącznej, co było efektem tego duchowego okulawienia, które starałem się powyżej scharakteryzować.

“Spełnienie” napisałem tak, jak napisałem, bo jestem dzieckiem kultury masowej wychowanym na jej schematach. Zarazem jednak w którymś momencie – najpierw po prostu dlatego, że uważając się (na wyrost) za tak zwanego młodego intelektualistę chciałem jakoś przed samym sobą usprawiedliwić, że wciąż lubię takie historyjki, a potem z rzeczywistego przekonania, które zresztą pozostało mi do dziś – zacząłem dostrzegać potrzebę doszukiwania się łamane na umieszczania w nich głębszych warstw. Jest to więc nic innego jak próba łączenia tego, z czego się wyrosło i czemu nie ma sensu zaprzeczać, uciekając w jakiś nadęty snobizm czy ekskluzywizm, z tym, co powinno stanowić sam miąższ sztuki: zawieraniem w niej sposobu widzenia rzeczywistości przez autora.

Fakt faktem, niewiele zdążyłem według owej metodologii zdziałać, gdyż w tak zwanym międzyczasie uaktywniłem się publicystycznie, co z kolei popchnęło mnie w drugie ekstremum, czyli negację świata kultury jako nieodwołalnie straconego. Prawica, do której przystałem, generalnie kultury nie lubi, nie rozumie, a nawet się jej boi. To nie jest jej naturalny język. Kulturę, zwłaszcza w wersji pop, traktuje się po tej stronie czysto instrumentalnie, czego efekty są, jakie są. Jednym z najśmieszniejszych, o jakim w tym kontekście zawsze myślę, jest ujawnienie na spotkaniu autorskim Bronisława Wildsteina przez jednego z braci Karnowskich puenty jego kryminału, a potem dziwienie się jego oburzeniu. No bo przecież tu wcale nie chodzi o kryminał, tylko o politykę, prawda? No nie, kuźwa, nieprawda.

Czasem jednak chodzi o kryminał. A że ma on przy okazji zaszyte polityczne przesłanie, to już wybór autora, który wyznaje taki a nie inny pogląd na świat i tak a nie inaczej umyślił sobie go wyrazić. Ma do tego pełne prawo, bo wbrew temu, co buńczucznie deklarowała Olga Tokarczuk podczas jednej z gal Nike, serce powieści nie bije po lewej stronie, lecz tam, gdzie serce pisarza, a świat kultury nie jest zarezerwowany tylko dla ludzi o jednym wychyleniu i ci, którzy go nie podzielają, nie muszą brać nóg za pas. Zwłaszcza że, jak już tu pisałem, bezideowość kultury to mit ochoczo podsycany przez osoby, którym zależy na pozornie neutralnym utożsamieniu jej z jedną ściśle określoną wizją rzeczywistości.

Ale okej, zostawmy już politykę. Niepotrzebnie się w nią zapędziłem. Pewne nawyki, widać, umierają powoli. Chociaż nie, zaraz, wróć – potrzebnie, potrzebnie. Potrzebnie, jeśli politykę, lub może raczej polityczność, rozumiemy według najszerszej definicji: nie jako ideologiczną napierdalankę bez grama finezji, lecz świadomość, że będąc istotami ludzkimi – a więc w tym wypadku pisarzami – nie jesteśmy wyabstrahowani z przestrzeni znaczeń. Celnie wyraził to Kisielewski w swoich dziennikach, pisząc, że literatura, w przeciwieństwie do muzyki, która jest tylko pustą zabawą dźwiękami, posiada wymiar semantyczny i nie jest dobrze, kiedy z niego dezerteruje.

Oczywiście w takiej optyce jak najbardziej tkwi zagrożenie instrumentalizacji. Pisania pod tezę, czegoś w rodzaju dydaktyzmu. Tu i ówdzie pojawiają się na przykład opinie, że właśnie dlatego beletrystyka nie ma dzisiaj racji bytu i musi ją zastąpić tak zwana proza dyskursywna, czyli, ujmując bez owijania w bawełnę, po prostu publicystyka podniesiona do rangi literatury. Przyznam, że coś w tym twierdzeniu jest. Chciałbym jednak tak łatwo nie oddawać snucia historii walkowerem – zwłaszcza teraz, kiedy na nowo się w tej dykcji odnalazłem i jakoś sobie ułożyłem na nią własny sposób. Zarazem jednak nie chcę skazić jej nadmierną dyskursywnością, co niewątpliwie by ją zabiło. Muszę się zmieścić gdzieś pośrodku.

I właśnie tak zamierzam robić moją literaturę. Z jednej strony nie zaniedbywać warstwy artystycznej i korzystać z różnych bliskich mi konwencji, często, wedle potrzeb, je mieszając, a z drugiej otwarcie deklarować: tak, w tej historii chciałem powiedzieć to a to. Możesz się z tym zgadzać lub nie, widzieć to lub pozostawać na to całkowicie obojętnym i skupiać się wyłącznie na przysłowiowym “kto zabił”, ale wiedz, że dla mnie obie te płaszczyzny są równie ważne. Ba, stanowią nierozerwalną jedność. Bo nie da się oderwać formy od treści, a z kolei tej ostatniej sprowadzić do ładnej paplaniny o niczym. Szkoda na to czasu. Mojego i twojego.

***

Jeśli chcesz wesprzeć moją pracę, możesz przekazać mi darowiznę w dowolnej kwocie.

Sprawdź też moją najnowszą powieść.

Teraz możesz też zamówić wersję drukowaną.

A jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co robię, zasubskrybuj stronę.

Podziel się tym ze znajomymi.