O książce „Bestia. Studium zła”

O książce „Bestia. Studium zła”

O tym wydanym sześć lat temu reportażu zmarłej w styczniu Magdy Omilianowicz pomyślałem na marginesie „Złego miejsca”. Konkretnie rzecz biorąc, skłonił mnie do tego komentarz na fb stałego czytelnika, który – chcąc oczywiście zdyskredytować moje religianckie zapatrywania – zwrócił mi z wyżyn swego oświecenia uwagę, że w pakiecie czynników determinujących ludzką decyzyjność oprócz tych społecznych są również ściśle biologiczne, takie jak geny czy biochemia mózgu. Co – jak triumfalnie skonkludował – pozostawia coraz mniej miejsca na wolną wolę. Yuval Noah Harari lubi to. A może nawet daje serduszko.

W każdym razie właśnie to przypomniało mi o książce Omilianowicz – chyba jednej z najbardziej wstrząsających, jakie zdarzyło mi się w życiu czytać. Czy raczej słuchać. Co – tak jak w wypadku „Czarnej Madonny” Mroza – miało swoje dodatkowe znaczenie dla odbioru. Owa jej wstrząsowość wynikała u mnie z kilku kwestii. Pomijając samą treść, kluczowa była świadomość, że to, co spisała Omilianowicz, zdarzyło się naprawdę. A przynajmniej potencjalnie mogłoby, bo jednak zasadniczą część stanowi fabularyzowana rekonstrukcja domniemanego przebiegu zbrodni popełnianych przez Leszka Pękalskiego. Przypomnijmy, że formalnie skazano go tylko za jedno zabójstwo.

Następna kwestia ma podłoże, by tak rzec, biograficzne. Główny okres przypisywanej Pękalskiemu morderczej działalności – a warto tu odnotować, że w różnych, podawanych też przez niego samego wersjach liczba ofiar waha się od siedemdziesięciu do około dziewięćdziesięciu – przypadał na lata osiemdziesiąte. Byłem wtedy dzieckiem i pamiętam psychozę strachu związaną z pojawiającymi się co i rusz doniesieniami o odnajdywanych w różnych dziwnych miejscach zwłokach kobiet. Do tego w mojej bliskiej rodzinie zdarzyło się zaginięcie. Nie muszę chyba uściślać, co sobie wyobrażałem.

I wreszcie, nawiązując do tego, co napisałem na samym początku, książka Omilianowicz porusza – może niebezpośrednio, choć dostatecznie wyraźnie, ażeby dało się to wyczytać między wierszami – właśnie temat faktycznych granic ludzkiej woli i tego, co na nią wpływa. A poprzez to sięga też do bardziej metafizycznych wymiarów, każąc czytelnikowi zadać sobie pytanie o tak fundamentalne sprawy jak istnienie duszy, moralna odpowiedzialność za czyny, a nawet – jeśli przyłożyć pryzmat już stricte chrześcijański – zbawienie lub potępienie jednostki, której wolitywność była ewidentnie zaburzona. Słowem: czy Lesio może zostać świętym.

Ano właśnie, Lesio. Zanim przejdziemy dalej, zrekapitulujmy sobie, o kim w ogóle tutaj mówimy. Nazywano go – jak przypomina Omilianowicz – wampirem z Bytowa (ze względu na urodzenie w położonej niedaleko tego miasta wsi Osieki). Co prawda określanie go jako seryjnego mordercę ze względu na niemożliwą, a w każdym razie trudną do ustalenia ilość ofiar jest ciut problematyczne, niemniej nie przeszkodziło to niektórym bezmyślnie jarającym się tego typu rzeczami fascynatom „true crime” chełpić się, że Polska też ma swój odpowiednik Teda, Eda i jeszcze kilku podobnych przyjemniaczków. Zresztą książka Omilianowicz poniekąd na tej fali wypłynęła. Cóż, co kto lubi.

Znany był z tego, że uwielbiał jeździć pociągami. Ta jego kolejowa odyseja, podczas której szukał sobie żony, co zawsze kończyło się tak, jak się kończyło, zajmuje w książce sporo miejsca i została w znacznej mierze opowiedziana jego własnymi słowami. Nawiasem mówiąc fragment, w którym Omilianowicz opisuje jedną z rozmów z Pękalskim w więzieniu, podczas której zachłannie gapił się na długopis nieopacznie zostawiony przez nią na stoliku, należy do najmocniejszych. Uświadamia, z kim tak naprawdę mamy do czynienia, i co mogłoby się stać, gdyby strażnik wyszedł z pokoju na zbyt długo.

No ale przede wszystkim Lesio był upośledzony psychicznie. Podobno niezbyt mocno, co jednak wystarczyło, żeby nie potrafił sobie znaleźć miejsca w społeczeństwie. Do tego matka alkoholiczka i niepohamowany od najmłodszych lat popęd seksualny. I oczywiście można by, podążając tropem jego skrupulatnie zrekonstruowanej przez Omilianowicz biografii, pospekulować sobie, co by było, gdyby szwagier nie podkradł mu pieniędzy z renty przeznaczonych na zakup dmuchanej lalki z sex shopu. Albo czy potrafiłby lepiej nad sobą panować, gdyby żył w bardziej przyjaznym środowisku. I muszę się przyznać, że jak najbardziej robiłem to podczas lektury.

Tyle tylko – kontrowałem natychmiast sam siebie – że nie jeden Pękalski miał takie okoliczności, a jednak nie każdy podobny do niego posuwał się do zabijania. Może więc rzeczywiście kluczowa tu była jakaś jego specyficznie indywidualna cecha? A może po prostu chciał to robić i bajeczki, które wstawiał zarówno przesłuchującym go policjantom, jak i Omilianowicz, jakoby tracił kontrolę, gdy kandydatka na żonę zaczynała się rzucać, i po prostu to jakoś samo się działo, były jedynie pustymi wymówkami? Może, przy całym swoim intelektualnym deficycie, wszystkich zrobił w bambuko?

Pośredniego argumentu na rzecz tej tezy dostarczyła mi sama Omilianowicz, szkicując jego modus operandi. Przy czym chodzi nie tyle o schemat działania, co o motywacje, które – jak się wydaje ze snutych przez niego opowieści – były seksualne tylko powierzchniowo. Tak naprawdę chodziło mu o kontrolę, o bezwzględne i całkowite dominowanie. Z opisów bardzo wyraźnie widać, że sytuacje, których finałem było zabójstwo, od samego początku aranżował tak, by doprowadzić do momentu, w którym musiałby „uciszyć” swoją oblubienicę – co najmniej jednego oblubieńca zresztą też. A to, jak na moje oko, stanowi dowód świadomego i przeprowadzonego z premedytacją działania.

Z kolei z drugiej strony, jeśli przyjmiemy wariant deterministyczny – zwłaszcza w postaci skrajnej, którą Omilianowicz jak gdyby trochę czytelnikowi z offu sufluje – to całkowicie wytrąca nam to z ręki narzędzia do moralnej oceny. Ta ocena po prostu wysiada, traci rację bytu. Można w pewnym momencie odnieść nawet wrażenie, iż jest nam podsuwana sugestia, że Lesio po prostu taki już się urodził i nie ma zmiłuj. Gdyby przyszedł na świat w zamożnej, kochającej rodzinie, zapewne też by mordował. Czyli wkraczalibyśmy na zgodnie wyklęte przez współczesną naukę wymysły Cesarego Lombroso o biologicznie przyrodzonych niektórym ludziom cechach zbrodniarza.

Metafizycznie stawia nas to w niewesołym położeniu. Zostajemy zepchnięci w rejony jakiejś wręcz kalwinistycznej predestynacji. Bo niby ludzka natura jest globalnie zepsuta przez grzech, tyle że w niektórych przypadkach trochę bardziej. Czytaj: niektórzy urodzili się już z góry po to, by pójść do piekła, a ich życie tylko to potwierdza. A jeśli będziemy się upierać przy bardziej katolickiej opcji, że o swoim zbawieniu lub potępieniu człowiek decyduje sam całym swoim życiem, to w jakim, do licha, świetle stawia to takiego Lesia? Z kolei gdyby przyjąć, że nie mógł inaczej, bo taką a nie inną miał biochemię mózgu, to Bóg, wiedząc, że się taki urodzi, i dopuszczając to, byłby okrutnikiem.

Jakiejkolwiek ścieżki byśmy nie obrali, finiszujemy trochę z ręką w nocniku. Bo jak by się nie wić, nie da się zaprzeczyć, że w opowiedzianej przez Omilianowicz historii czynnik ograniczenia wolnej woli ma podstawowe znaczenie. Zupełnie inaczej niż, dajmy na to, w „Z zimną krwią” Capote’ego, gdzie przedstawieni przez niego mordercy rodziny Clutterów byli w pełni poczytalni i nawet jeżeli jednego z nich, dzięki sprytnym zabiegom zabujanego w nim autora, mogło nam być żal, nie mamy cienia wątpliwości, że zło, którego się dopuścili, tkwiło w nich i było aktem mniej lub bardziej, lecz jednak suwerennego wyboru.

A jaka wobec tego jest istota zła, którego studium przeprowadza Omilianowicz? Paradoksalnie jest ono, przynajmniej w moim odczuciu, znacznie bardziej przerażające niż zło z powieści Capote’ego czy wielu innych podobnych historii. Jest bezmyślne, a zarazem perfidne, upośledzone, a mimo to w jakiś gadzio lodowaty sposób pragmatyczne. Wypływa z popełniającego je człowieka, ale jakby i z samego jądra natury, która tak dalece, na poziomie stricte biologicznym, obdarła tego człowieka z wyższych warstw osobowości, że w zasadzie zdegradował się do formy czegoś poniżej zwierzęcia. Mnie przyprawia o ciarki.

Kończąc tę książkę, chciałoby się wierzyć, że bohatera Omilianowicz mimo wszystko stać na jakąś autorefleksję. Że między jednym a drugim posiłkiem – a pojeść ponoć lubi nie mniej niż kopulować – wie, iż źle postępował. I nawet jeżeli nie potrafi się powstrzymać, to ma jakąś choćby szczątkową świadomość tkwiących w nim mrocznych sił. A potem widzisz nadjeżdżający pociąg. I słyszysz to jego sepleniące, znakomicie odegrane przez lektora w audiobooku: „Dasz mi dupy?”. I odruchowo przyspieszasz kroku. I nie zatrzymujesz się, dopóki nie zatrzaśniesz za sobą drzwi mieszkania i nie pozapalasz wszystkich świateł.

Ale co stanowi tutaj główne źródło grozy? Nie, nie sama opowieść o Pękalskim – jaka by nie była i jak makabrycznych szczegółów by ci nie dostarczała. Jest nim tląca się gdzieś podskórnie w trakcie lektury obawa, że Pękalski obnażył prawdę o naszym gatunku, którą skrzętnie staramy się zakrywać pod płaszczem konwenansów, kultury, a nawet religii. Prawdę, że rządzą nami nagie, pozbawione jakiejkolwiek nadrzędnej celowości instynkty, którym po prostu nauczyliśmy się opierać lepiej niż on, z tych maskujących mechanizmów ociosany. Chociaż… niewiele lepiej. Yuval Noah Harari lubi to.

*

Bardzo Ci dziękuję za przeczytanie tekstu. A skoro już tutaj jesteś, zapraszam do Księgarni – może któraś z dostępnych tam moich książek Cię zainteresuje. Zachęcam też do zasubskrybowania bloga, jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co robię.

Podziel się tym ze znajomymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.