O powieściach, nad którymi teraz pracuję

Dokładnie tak, powieściach, bo w zasadzie na tapecie mam w tej chwili dwie. Jedna dominuje, zaś druga – zaczęta jako odskocznia w chwili twórczego impasu z poprzedniczką – póki co pozostaje w cieniu. Ale kiedy tamta zbliży się do finiszu, ma, jako następna w kolejce, spore szanse wysforować się na czoło peletonu.

Ta pierwsza nosi roboczy, ale raczej z perspektywą na pozostanie, tytuł „W purpurze” i kontynuuje ścieżkę bawienia się nawiązaniami do amerykańskich czytadeł i filmów gatunkowych. Jej akcja rozgrywa się na początku lat dziewięćdziesiątych w San Diego, a bohaterką jest dobiegająca czterdziestki autorka obłędnie poczytnych kryminałów o bezimiennym mordercy, który przemierza nocami ulice i dusi swoje ofiary purpurową wstążką. Rose, tak bowiem ma na imię, sama skrywa mroczną tajemnicę, która kładzie się cieniem na jej życiu i sprawia, że Rose nie jest zdolna do nawiązywania zdrowych relacji z innymi ludźmi. Uczęszcza nawet na psychoterapię (scena sesji w ogóle książkę otwiera).

Sytuacja wokół Rose zaczyna się zagęszczać, kiedy ktoś z grona bliskich jej osób ginie z ręki jak najbardziej realnego zabójcy, a nią samą zaczyna się interesować pewien tajemniczy mężczyzna. To zmusza ją nie tylko do rozwikłania zagadki, co może uchronić ją przed niebezpieczeństwem, ale też, a może wręcz przede wszystkim, do wyjścia ze skorupy, w której od lat tkwi, i skonfrontowania się z tym, przed czym próbowała uciec, zamykając się w swoim tyleż wygodnym, co spełniającym wszelkie znamiona mentalnego więzienia azylu.

Oczywiście łatwo tu zauważyć fabularne korzenie. I nie mam bynajmniej na myśli zapożyczeń z „Braku weny” z Morgan Fairchild z 1991 roku – dla mnie osobiście dość ważnego, bo obejrzanego w okresie kształtowania się moich gustów, co samo w sobie jest odrębną historią – oraz z o rok nowszego „W głębi lasu”, który poza tym, że wyszedł spod ręki tego samego reżysera – konkretnie specjalizującego się w takich produkcjach Charlesa Corrella – to jest też ostatnim filmem, w którym wystąpił poważnie już wtedy chory Anthony Perkins. Chodzi po prostu o zjawisko telewizyjnych thrillerów z lat dziewięćdziesiątych jako takie i o moją fascynację nimi, którą w tej powieści silnie eksploatuję.

Fascynację, którą trochę już sygnalizowałem w „Nieuniknionym” i która ma co najmniej dwie warstwy. Pierwsza jest oczywiście ściśle sentymentalna – te filmy to po prostu kawał mojego ówczesnego życia – a druga… druga dotyczy bardziej prób intelektualnego skonsumowania tego fenomenu, które podjąłem, kiedy wróciłem do starych klimatów z nowym spojrzeniem.

Nie ma sensu rozwijać tego wątku tutaj, bo jest to temat na osobny wpis. Wspomnę tylko, że moje rozkminy częściowo idą w tym samym kierunku, który w odniesieniu do cywilizacyjnej specyfiki końcówki ubiegłego tysiąclecia starałem się jakoś, mniej lub bardziej udolnie, zwerbalizować w „Nieuniknionym”: koniec historii, triumf zachodniego liberalizmu i tak dalej. Może „W purpurze” ma też poniekąd stanowić takie swoiste laboratorium do artystycznego przerobienia tych spraw. A przynajmniej tkwiącego we mnie kulturowego dziedzictwa tej epoki, które chyba po prostu domaga się ujścia.

W każdym razie zależy mi, żeby tak, jak miało to miejsce w moich poprzednich „amerykańskich” powieściach, fabuła była bardziej czubkiem góry lodowej niż sednem, a jej konwencjonalność – bazą dla zbudowania czegoś ją przekraczającego; czegoś, co wydobyłoby na powierzchnię głębsze treści, które niezależnie od wyjściowych intencji twórców dostrzegam, kiedy dziś robię sobie powtórki z tamtych filmów.

Prawdopodobnie ten temat sprawdziłby się lepiej – a w każdym razie czytelniej, jeśli chodzi o moje własne intencje – w jakiejś formule dyskursywnej. Pisząc powieść, ryzykuję, że mimo moich starań zostanie z niej tylko naśladownicza historyjka o jeszcze jednej babce uciekającej przed mordercą. Kiedyś nawet rozważałem napisanie eseju o moim doświadczeniu najntisów, traktującego je zresztą bardzo szeroko, ale kiedy zacząłem robić wstępne przymiarki, stwierdziłem, że chyba nie czuję się do niego jeszcze gotowy. Przede wszystkim technicznie. Ale w przyszłości… kto wie. Póki co w duszy gra mi ta historyjka.

Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy ją skończę. Na razie mam coś koło 240 tys. znaków. Pisze mi się dość opornie – niestety głównie przez narastający brak wiary, że uda mi się kogokolwiek zainteresować. Przy czym mam tu na myśli zarówno czytelników, jak i potencjalnych wydawców. A może po prostu zrobię z niej podcast. Do tych decyzji jeszcze daleko. Poza tym pracę spowalnia też konieczność sprawdzania różnych drobiazgów. Bo owszem, robię research.

Natomiast co do drugiej powieści… No, tu kwestia jest nieco bardziej skomplikowana. Tekst na razie waha się między dwoma tytułami – „Zwodziciel” i „Kto szuka prawdy” – i stanowi moje kolejne po „Drugim przykazaniu” podejście do horroru religijnego. Głównym bohaterem jest profesor filozofii, a zarazem zaciekły wróg Pana Boga w typie tak zwanego nowego ateizmu – pierwszy rozdział traktuje o promocji jego najnowszej książki „odkłamującej” Fatimę – który w pewnej chwili staje wobec czegoś, co wystawi na ciężką próbę jego dotychczasowe przekonania. Brzmi może banalnie, ale na razie nie chcę zdradzać więcej – nie mówiąc o tym, że nie wszystko jeszcze do końca przemyślałem.

W początkowych założeniach ta historia miała być – ni mniej, ni więcej – fanfikiem. Dokładnie tak: fanfikiem, a konkretnie czymś w rodzaju sequelu do filmu „Fatima” z 2020 roku. Bardzo dobrego jak na tzw. christian movie. Opowiada on oczywiście o wydarzeniach z 1917 roku, ale zostały one opakowane ramą fabularną, w której grany przez Harveya Keitela niejaki profesor Nichols – postać całkowicie fikcyjna – przeprowadza stanowiący pretekst do podróży w przeszłość wywiad z siostrą Łucją. Dla mnie ten motyw był w pewnym sensie ciekawszy niż historia objawień i po obejrzeniu miałem spory niedosyt. Intrygowało mnie, kim jest ten cały Nichols, dlaczego jest taki, jaki jest, i najważniejsze – co stało się z nim po opuszczeniu klasztoru.

Moja historia miała być próbą odpowiedzi na te pytania. Ale też moim własnym zmierzeniem się z tematem Fatimy. Po drodze uległa jednak kilku istotnym przeobrażeniom. A najważniejsze z nich to przeniesienie akcji do Polski. Konkretnie do Polski A. D. 2023 – targanej fundamentalnymi sporami nie tyle o doraźną politykę, co o kryjące się za nią rozumienie najbardziej podstawowych pojęć.

Decydując się na taki krok, prawdopodobnie ładuję się na co najmniej kilka min jednocześnie. To, że zamierzam się odwoływać do bieżących spraw z naszego tu i teraz – między innymi kłótnie o aborcję czy zmieniający się status Kościoła – stwarza najzupełniej realne ryzyko popadnięcia w publicystyczność i płytkiego wpisania się w bieżące nawalanki. Nie przeraża mnie to: moje poglądy nie są żadną tajemnicą dla nikogo, kto mógłby być ich ciekaw. Ale literatura, w przeciwieństwie do wpisu na Facebooku czy X, powinna operować na nieco innych rejestrach – nawet jeśli autor nie ukrywa, co myśli.

Lecz dla mnie ważniejsza i potencjalnie bardziej śmiercionośna jest inna mina: polskie realia. Kilka razy już wspominałem, dlaczego w fikcji na ogół ich unikam. Chcę to jednak spróbować przełamać. Również dlatego, że rozważam uderzenie z tą powieścią do wydawnictw. A poza tym… przyznam, że kusi mnie literackie spenetrowanie tematów, którymi dziś wszyscy wokół żyją. Pisarze powinni to robić. W końcu sztuka to też świadectwo swojego czasu.

A na razie w grze wciąż jest „Nieuniknione”, które można kupić u mnie jako e-book albo słuchać w odcinkach na falach „Opowiem Ci coś”. W tej chwili jest ich dwanaście. Poczynając od ósmego w czytaniu zastąpił mnie lektor syntetyczny. Przyznam, że już od jakiegoś czasu chciałem to zrobić, bo nie uważam się za szczególnie dobrego czytacza, ale nie wiedziałem, jakie rozwiązanie wybrać. Po przetestowaniu kilku opcji – w tym płatnych – zdecydowałem się na najprostsze: polski głos w Microsoft Edge i przechwytywanie przez Audacity.

A niedługo postaram się wrzucić tutaj po pierwszym rozdziale każdej ze wspomnianych powyżej powieści.