Pierwszy rozdział „Kto szuka prawdy”

A oto zapowiadany pierwszy rozdział drugiej powieści, nad którą teraz pracuję. „Pracuję” to może na razie trochę za duże słowo, bo póki co napisałem ok. 60 tys. znaków i porzuciłem na rzecz „W purpurze”. Aczkolwiek z myślą, że jednak do niej wrócę, bo temat wydaje mi się wart pociągnięcia. Poprzedni tytuł, „Zwodziciel”, ostatecznie odpadł. Stwierdziłem, że jest nieco zbyt sugestywny. Ten z kolei, biorąc pod uwagę, kto jest głównym bohaterem, otwiera całkiem intrygujący horyzont znaczeniowy. Zwłaszcza że jest cytatem ze św. Edyty Stein, który w całości brzmi: „Bóg jest Prawdą. Kto szuka prawdy, ten szuka Boga, choćby o tym nawet nie wiedział.”

Na wczesnym etapie mojej własnej podróży do sedna rzeczy zarówno te słowa, jak i postać autorki odegrały istotną rolę. A jak będzie z Wiktorem? No cóż, w tej chwili nie wiem tego nawet ja. Owocnej lektury.

*

Wiktor zawsze potrafił ich rozpoznać. Najczęściej siadali w drugim lub trzecim rzędzie. Na tyle blisko, by móc ostentacyjnie dawać mu do zrozumienia, że są i czuwają, a zarazem w wystarczająco bezpiecznej odległości, do tego z głowami siedzących przed nimi w charakterze tarcz, że nie groziła im bezpośrednia konfrontacja. W miarę jak mówił, coraz mocniej zaciskali szczęki i marszczyli brwi. Lubili też zaplatać ręce na piersiach, co w ich własnym mniemaniu zapewne dodawało ich pozie nonszalancji.

Czasem rzeczywiście wdawali się w pyskówki. Raz czy dwa któryś niecierpliwie przerwał Wiktorowi w pół zdania. Ale tak naprawdę chyba głównie przychodzili sobie na niego popatrzeć. Całą wściekłość i jad wylewali później na Facebooku, linkując youtubowy filmik ze spotkania. Dostawali po trzy lajki i na tym się kończyło. Wszyscy zadowoleni. No dobrze, raz – chyba w dwa tysiące jedenastym, na fali wciąż żywych emocji posmoleńskich – zrobiło się rzeczywiście gorąco. Przyszli całą grupą, w kibicowskich koszulkach i z flagami. Skandowali „bluź-nier-ca!”. Organizator musiał wezwać policję. Dopiero kiedy ich wyprowadziła, spotkanie mogło ruszyć.

Od tamtej pory był względny spokój. A już zwłaszcza odkąd wywalczyli swój narodowo-katolicki rząd i prezydenta. Wygrali, mogli sobie pozwolić na wspaniałomyślność. Wciąż przychodzili, lecz chyba raczej po to, by milcząco triumfować.

Wiktor nie miał do nich żalu. Nie współczuł im, nie uważał też – w przeciwieństwie do większości liberalnych intelektualistów, którzy na przemian go śmieszyli i przerażali swoim fanatyzmem nie mniej niż ci z prawicy – że są niedouczonymi ofiarami populistycznej propagandy lub rozdawnictwa. Zdecydowanie byli ofiarami czegoś, tyle że owo „coś” rozciągało się o wiele dalej w czasie i głębiej w zbiorowej ludzkiej świadomości, niż ci wszyscy nie mogący od ośmiu lat przetrawić odstawienia od żłoba hunwejbini byli gotowi przyznać – nawet jeśli zdawali sobie z tego sprawę, co przecież bynajmniej nie było wśród nich powszechne. Nie, Wiktor w gruncie rzeczy darzył tych ludzi czymś w rodzaju zrezygnowanej sympatii.

W pewien sposób podziwiał determinację, z jaką bronili swoich, a raczej wszczepionych im, wymysłów. Agresywni – a i to przecież nie wszyscy – stawali się dopiero, kiedy docierało do nich, że nie dysponują żadnym sensownym kontrargumentem. A potem i tak wracali do swoich wierzeń dumni, że przynajmniej bohatersko stanęli po stronie krzyża. Czy sam kiedyś nie był do nich podobny?

Dzisiejszego popołudnia do pałacyku w Cisowie – swoją drogą bardzo urokliwego, zbudowanego, jak z dumą poinformował Wiktora dyrektor działającego tam Muzeum Ziemi Cisowskiej, w połowie dziewiętnastego wieku – przyszło coś około siedemdziesięciorga słuchaczy. Umościwszy się na składanych krzesełkach, szczelnie wypełnili salę wystawową. Kilka osób, które się nie zmieściły, zajęło miejsca w przylegającym do sali saloniku z ładnym rokokowym zegarem i fortepianem. W większości byli to ludzie w średnim wieku. Miejscowa elita – obwieścił dyrektor.

Natychmiast po wkroczeniu na salę w towarzystwie dyrektora i mającego prowadzić dyskusję krępego mężczyzny w okularach (miał chyba na imię Piotr i nie zrobił na Wiktorze zbyt pozytywnego wrażenia – zanim jeszcze publiczność zaczęła się zbierać, chcąc najwyraźniej uprzedzić ewentualną frekwencyjną klapę, stwierdził z pełnym słabo skrywanego absmaku grymasem: „Bo wie pan, tutaj niestety jest prowincja”) Wiktor wyłowił w drugim rzędzie rozpartego niczym cesarz trzydziestokilkulatka. A im dłużej trwało spotkanie, tym większą zyskiwał pewność, że trafił.

Tymczasem Piotr zerknął do swojego Kindla, na którym miał konspekt dyskusji, i zadał kolejne pytanie.

– Jak w takim razie, z punktu widzenia kogoś niechcącego poddawać się religijnym interpretacjom, wyjaśnić to, co zaciekli obrońcy religii zapisują na swoją korzyść? Zwolennik zdroworozsądkowego racjonalizmu czy choćby zwykły agnostyk, a nawet nowocześnie myślący katolik, nie ma łatwo w starciu na przykład z argumentami na rzecz prawdziwości Całunu Turyńskiego. W swojej książce analizuje pan ten problem na podstawie tak zwanego cudu słońca w Fatimie. Czy moglibyśmy coś więcej na ten temat usłyszeć?

Wiktor przysunął swój bezprzewodowy mikrofon bliżej ust. Korciło go, by wrzucić uwagę, że nie ma kogoś takiego jak nowocześnie myślący katolicy – są co najwyżej katolicy, którzy się łudzą, że myślą nowocześnie, a w istocie po prostu desperacko szukają niemożliwej do osiągnięcia płaszczyzny pogodzenia swoich pozaracjonalnych przekonań z obalającą je jedne po drugich nowoczesnością, ale odpuścił. Spojrzał na mężczyznę w drugim rzędzie. Pocierał podbródek palcem wskazującym prawej dłoni, opierając łokieć o lewą.

Wiktor odpowiedział, na wpół świadomie kierując swoje słowa do niego:

– Przede wszystkim warto pamiętać, że zjawiska podobne do fatimskiego cudu – bardzo się pilnował, by nie popaść w przekąs, i chyba mu się udało – zdarzały się wielokrotnie później. Choćby w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku we Włoszech. Ale są też obserwowane we współczesnych nam czasach. Na YouTube można zobaczyć wiele nagrań. Poza tym poznawcza pokora, którą charakteryzuje się nauka, a której religia nie posiada za grosz, nakazuje myśleć, że nie wszystko możemy od ręki wyjaśnić. Co jednak nie oznacza, że trzeba zaraz szukać odpowiedzi w metafizyce. W przypadku Fatimy naturalnych wyjaśnień samego… hm, cudu – przekąs niestety się wdarł – jest kilka. W moim odczuciu to z soczewką pogodową wydaje się najbardziej przekonujące.

– Aczkolwiek to wciąż nie wyjaśnia, dlaczego dzieci z wyprzedzeniem wiedziały, że taka soczewka nadejdzie – wtrącił Piotr.

– No właśnie – pokiwał głową Wiktor. – Sęk jednak w tym, że wersja wydarzeń, w której Matka Boska zapowiedziała dzieciom, że w październiku nastąpi coś wyjątkowego, i poprosiła, żeby sprowadziły na tę nieszczęsną łąkę tysiące ludzi, to wersja znana dziś, po wielu przeróbkach i procesie daleko idącej mityzacji. Nie da się po tylu latach odsiać tego, co prawdziwe, od fikcji tworzonej przez ludzkie umysły. Z tym jest podobnie jak z legendarną paniką po emisji „Wojny światów” Orsona Wellesa. Wielu świadków tamtych wydarzeń przysięga, że zamieszanie było ogromne, podczas gdy w rzeczywistości nie było go w ogóle, a samą legendę dorobiły później gazety, zazdrosne o rosnącą rolę radia. Z Fatimą stało się dokładnie tak samo. We własne wymysły uwierzyli nie tylko poddani zbiorowej histerii uczestnicy, ale też sama Lúcia dos Santos, czyli późniejsza siostra Łucja.

– Pan z nią rozmawiał – ponownie wszedł mu w słowo Piotr, zapewne chcąc w ten sposób zaciekawić tych, którzy nie czytali „Fatimy odkłamanej”.

Dwa miesiące po ukazaniu się wciąż była rozchwytywanym na pniu bestsellerem, a przekłady na niemiecki, angielski i czeski czekały na ostatnie korekty. Wiktor regularnie udzielał wywiadów, w których co prawda pytano mniej o samą książkę, a bardziej o to, czy uwolnienie Polski spod jarzma katolicyzmu ma szansę się wreszcie udać – Wiktor uważał, że są na to świetne widoki; zwłaszcza teraz, gdy po pandemicznych restrykcjach i masowych protestach po zaostrzeniu prawa aborcyjnego tak wielu Polaków ostatecznie zerwało związki z Kościołem, co zaowocowało między innymi wyczekiwanym od dawna obaleniem kultu Jana Pawła II – niemniej rozgłos sprzyjał sprzedaży nie tylko „Fatimy”, ale i poprzednich jego książek, które wydawca na bieżąco dodrukowywał.

Po dzisiejszym spotkaniu było zresztą przewidziane podpisywanie egzemplarzy. W saloniku z fortepianem czekała cała ich sterta.

– Tak – potwierdził z lekkim ociąganiem Wiktor. – Odwiedziłem ją w Coimbrze w dwutysięcznym roku. Obficie relacjonuję tę wizytę w książce – postanowił wesprzeć reklamowe wysiłki Piotra.

Mężczyzna w drugim rzędzie odjął palec od podbródka i wychylił się w przód. Wiktor poprawił się w półokrągłym fotelu i założył lewą nogę na prawą.

Na ułamek chwili przeniósł się wspomnieniami do mrocznej rozmównicy klasztoru w Coimbrze. Za gęstą czarną kratą okwefiona twarz starej kobiety z krogulczym nosem, ostrym podbródkiem i oczami żabio wyolbrzymionymi przez grube szkła masywnych okularów. Wokół przytłaczająca cisza i mdły, lekko kadzidlany zapach. Wiktor Korycki – trzydziestoośmioletni doktor filozofii z Warszawy i autor pięciu umiarkowanie poczytnych książek wykazujących, że chrześcijaństwo oraz jego święte teksty to ludzki wymysł – nakłada w umyśle tę twarz na czarno białe zdjęcie dziesięcioletniej dziewczynki, która nigdy nie będzie ładna.

Siostra Łucja prawie z nikim nie rozmawia – nie zgadza się na wywiady, odmawia naukowcom – a jednak dla niego zrobiła wyjątek. Najpierw myślał, że to dlatego, że jest Polakiem, i z szacunku dla jej wieku postanowił nie zdradzać, że to, co mu powie, zamierza wykorzystać przeciwko niej. Ale ona go zaskoczyła.

– Przeczytałam pańską książkę o Ewangeliach – poinformowała gościa bardzo sztywną angielszczyzną.

– Tak, rzeczywiście przetłumaczyli ją na portugalski – odparł, czerwieniąc się po uszy.

– Zrobi pan karierę – dodała.

A teraz, tym samym cedzonym z trudem angielskim, mówi:

– Wie pan, właściwie nie dziwię się panu i ludziom podobnym do pana. To, co przeżyliśmy w Cova da Iria… Byłam w domu wychowywana po katolicku. Lepiej lub gorzej, ale uczciwie. A mimo to… gdybym nie widziała tego na własne oczy, nie uwierzyłabym. To było coś… coś przekraczającego wszelkie nasze wyobrażenia. Żadne opowieści nie mogą tego przekazać. Nawet moje własne. Język zawsze spłaszcza, nie sądzi pan?

Nie wie, co jej odpowiedzieć. Czy to dlatego książka o Fatimie czekała na napisanie aż dwadzieścia jeden lat? Czy wspomnienie tamtej rozmowy musiało w nim zblaknąć, zredukować się do poziomu języka? Czy zabrałby się za nią w ogóle, gdyby nie wymuszona przez pandemię bezczynność?

– Siostra Łucja była na swój sposób bardzo inteligentną osobą, nawet, jak na jej możliwości, oczytaną – usłyszał teraz własny niezachwianie pewny siebie głos. – Po prostu w jej życiu wydarzyło się coś, co ją przerosło; coś, czego nie uniosły jej zdolności poznawcze. To się może przytrafić każdemu z nas. Mnie, państwu, dosłownie… każdemu. Oczywiście przy odpowiednich warunkach – zastrzegł.

– A jak się pan odnosi do hipotezy ufo? – rzucił ktoś z publiczności. Nie był to mężczyzna z drugiego rzędu.

– Proszę państwa, czas na pytania będzie za chwilę, trzymajmy porządek – pouczył zebranych prowadzący imieniem Piotr.

Wiktor przyhamował go gestem dłoni.

– Rzeczywiście na przestrzeni lat takie paranaukowe teorie się pojawiały. Przodują w nich przedstawiciele pseudodyscypliny nazywanej paleoastronautyką. Według nich objawienia w Fatimie spełniają kryteria tak zwanych spotkań trzeciego stopnia. Rzekoma Maryja to obcy, który podszywa się pod znane ludziom symbole, żeby przekazać im jakiś komunikat mający uratować ludzkość przed zagładą, wirujące i zmieniające kolory słońce to pozaziemski statek kosmiczny, a gigantyczna postać świętego Józefa błogosławiącego tłum – hologram. Cóż mogę na to rzec? W książce określiłem to jako kolejny przejaw myślenia magiczno życzeniowego, głęboko religijnego w swej istocie, choć przebranego w kostium naukowości. To typowe dla naszych czasów, naszej – ośmielę się ją tak nazwać – epoki przejściowej, w której już odrzuciliśmy większość religijnych miazmatów, ale brak nam jeszcze odwagi do ostatecznego przecięcia pępowiny.

W końcu nadszedł czas na pytania. Wiktor na wszelki wypadek, czysto rutynowo, przygotował się na atak ze strony mężczyzny w drugim rzędzie. Jednak czekała go niespodzianka – cios wyprowadził ktoś zupełnie inny.

– Dlaczego pan nienawidzi Boga?

Głos drżał, ale nie tyle ze względu na targające właścicielem emocje, co raczej jego ogólnie nie najlepszy stan fizyczny. Pytającym okazał się niski, drobny, przygarbiony człowieczek w dżinsach i kraciastej koszuli. Siedział dwa rzędy za młodym mężczyzną podejrzewanym przez Wiktora o możliwe szykowanie dywersji. Mógł być w wieku Wiktora, a nawet starszy. Ciężko było to ocenić po jego zniszczonej ptasiej twarzy i strąkowatych siwych włosach. Wiktor dojrzał, że ma ze sobą kijki do nordic walkingu. Na sali podniósł się nieznaczny szmerek. Pulchna kobieta w pierwszym rzędzie (miejscowa elita) sarknęła: – A ten znowu.

Na twarzy prowadzącego Piotra odmalowała się konsternacja. Bo wie pan, tu niestety jest prowincja – pomyślał z tym razem już niepowstrzymywanym sarkazmem Wiktor. Przez chwilę szukał w pamięci, czy ktoś kiedyś zadał mu podobne pytanie. Chyba jednak nie.

– Nie jestem do końca pewien, co pan ma na myśli – powiedział trochę dlatego, żeby zyskać na czasie, a trochę, ponieważ naprawdę był ciekaw.

W sali zapadła cisza. Kilka osób zwróciło głowy w kierunku, z którego padło pytanie. Zniszczony staruszek dźwignął się do pozycji stojącej, co sprawiło mu wyraźny dyskomfort.

– Chodzi mi o to – wydusił z siebie, oddzielając każde słowo krótką pauzą – że nienawidzi pan kogoś, kogo, jak pan twierdzi, nie ma. To nielogiczne. Jak można nienawidzić Boga, który nie istnieje? – Wysunął koniuszek języka i oblizał nim dolną wargę. – Zachowuje się pan zupełnie jak profesor z takiego jednego filmu.

Wiktor zrozumiał. Odprężył się.

– Ma pan na myśli film „Bóg nie umarł” sprzed dziewięciu lat – oznajmił raczej niż zapytał. Kiedy w Polsce zaczęły się masowo pojawiać kręcone głównie przez wyspecjalizowanych w efekciarskiej apologetyce amerykańskich protestantów tak zwane „christian movies”, napisał o nich duży i oczywiście miażdżący artykuł do „Polityki”. Wciąż zresztą żywo się tym fenomenem interesował.

Człowiek z kijkami nie odpowiedział. Ale też nie usiadł.

Wiktor podjął:

– Przedstawiona w tym filmie sytuacja, w której profesor ateista prześladuje wierzącego studenta, a ten postanawia udowodnić mu, że Bóg istnieje, i kiedy wyczerpują mu się już wszystkie argumenty, zapędza go w kozi róg właśnie tym pytaniem, jest z gruntu fałszywa i skrojona pod typową dla tego rodzaju produkcji manipulatorską tezę. Zakłada po pierwsze, że każdy ateista to w głębi duszy niedojrzały chrześcijanin, który obraził się na Boga, gdyż ten nie wysłuchał jego modlitw, a po drugie – że ateiści walczą z prawdziwym Bogiem. Ja nie walczę z prawdziwym Bogiem, bo takowego nie ma, lecz z jego szkodliwą, stworzoną przez ludzi ideą, która blokuje nasz rozwój, trzymając nas w pułapce irracjonalnej mitologii. Obce jest mi też uczucie nienawiści.

Mężczyzna nadal stał. Wydawał się coraz bardziej zagubiony.

– Dziękujemy za pytanie – przejął inicjatywę Piotr. – Ktoś jeszcze? – podniósł się ze swojego fotela, żeby w razie potrzeby posłużyć mikrofonem.

Człowiek z kijkami bardzo powoli usiadł. Wiktor obawiał się, że może chcieć jeszcze pociągnąć ten wątek przy podpisywaniu książek, ale zniknął, zanim się rozpoczęło. Potem dyrektor wyjaśnił Wiktorowi, przepraszając za incydent, że to stały bywalec wszystkich kulturalnych imprez w mieście i że zachowuje się tak, bo wiele lat temu próbował popełnić samobójstwo, skacząc z okna.

– Mogę odwieźć do Warszawy – zaofiarował się.

– Proszę sobie nie robić kłopotu – wykręcił się Wiktor. – Przyjechałem pociągiem i tak samo wrócę. Kupiłem nawet sześciogodzinny bilet.