Najbliższe plany i znów trochę o tym, o co mi chodzi w pisarstwie

W kwestii „najbliższych planów” mam do zakomunikowania w zasadzie niewiele poza tym, co już napisałem w notce o powieściach, nad którymi teraz ślęczę, i co niezmiennie pozostaje w mocy. A to, co mam, dotyczy podcastu. Konkretnie zaś tego, że w najbliższą niedzielę wypuszczam ostatni odcinek „Nieuniknionego” – wszystkie oczywiście do wysłuchania na Spotify i YouTube. Następną książką, którą w ten sposób opublikuję, prawdopodobnie będzie „Drugie przykazanie”. Tak mi jakoś duch podpowiada, że to dobry wybór na obecne czasy. Szczegółowo temat być może rozwinę kiedy indziej.

Publikacja „Nieuniknionego” w tej formie niestety nie przełożyła się na sprzedaż wersji tekstowej. Cóż. Pocieszające – i zaskakujące – jest dla mnie natomiast to, że z odcinka na odcinek audiobook osiągał coraz lepsze wyniki na Spotify. I to mimo znikomej promocji. Nie wiem, czy to zasługa wewnętrznych algorytmów platformy, czy ktoś ze słuchaczy dyskretnie mi pomagał. Analityka nie uwzględnia aż tak szczegółowych danych. Oczywiście nie mówimy tu o jakichś oszałamiających liczbach. Żaden z odcinków nie przebił jak dotąd granicy dwucyfrowości, choć niektóre się do niej zbliżyły. Ale tym, co najbardziej zaskoczyło mnie na plus, jest rosnący wykres utrzymania uwagi odbiorców, który w czterech ostatnich odcinkach osiągnął sto procent.

Czyli reasumując: nie wzbudzam (jeszcze?) aż tak dużego zaufania, żeby czytelnicy chcieli za moje teksty płacić, lecz najwyraźniej są na tyle zaintrygowani ich treścią, by zechcieli poświęcić im koło godziny swojego życia. Zawsze jakiś pozytyw. Co więcej, jeśli kierować się wskazaniami mediany czasu odtwarzania, należy chyba uznać, że przestawienie się na syntetycznego lektora było dobrą decyzją. A już zacząłem się wahać.

Wszystko to razem wzięte ponownie skłania mnie do zadania sobie pytania, czy nie warto jednak przestawić się w stu procentach na podcasty. Zwłaszcza gdyby szukanie wydawcy nie wypaliło. I tak oto wracamy do dylematu wokół priorytetów pod zbiorczym tytułem „Na pierwszym miejscu forsa, czy może jednak przekaz first, a zarobek jako ewentualny, choć bynajmniej nie konieczny, przyjemny efekt uboczny?”. I wbrew pozorom to wcale nie jest dla mnie kwestia aż tak całkiem zamknięta ani raz na zawsze rozstrzygnięta na korzyść jednej lub drugiej opcji. Szczerze mówiąc, bezustannie oscyluję gdzieś między nimi. I najpewniej tak już zostanie. Czym płynnie przechodzę do drugiego zajawionego w tytule wątku.

Tak już bowiem mam, że lubię od czasu do czasu poddawać rewizji własne dążenia i – jak to mówi Pismo – badać duchy. Sprawdzam, co trzyma się mocno, a co więdnie i zaczyna kwalifikować się do resekcji. Ogólnie kierunek tych rozmyślań nieubłaganie prowadzi mnie coraz bardziej w jedną stronę: maksymalnie uspójniać, skupiać się na jednej ścieżce, eliminować dystraktory. Pytanie, co w moim przypadku owymi dystraktorami miałoby być.

Po wyrugowaniu niezwiązanych bezpośrednio z twórczością, a przy tym przepalających ogromne zasoby energii aktywności w społecznościówkach (o czym napomknąłem tu) zidentyfikowałem dwa kolejne, tym razem ściśle związane z samym pisarstwem. Pierwszy to opowiadania. Powoli dojrzewam do definitywnego dania sobie z nimi spokoju i skupienia się wyłącznie na powieściach. Powód jak zwykle ten sam: notoryczny, zmuszający do brutalnej priorytetyzacji niedoczas oraz moje nieszczęsne żółwie pióro. W myśl tej logiki nawet pisanie bloga powinno na dobrą sprawę polec. To, że wciąż nie poległo, wynika po prostu z trywialnego faktu, że nadal dostrzegam w nim potencjał marketingowy; plus Księgarnia, której nie chcę się pozbywać w nadziei, że jeszcze się rozkręci.

Dystraktor numer dwa to… cóż, pisarstwo eseistyczne. Przy restarcie WNS-u zastrzegałem, że nie chciałbym z niego rezygnować, bo dla mnie bardziej liczy się treść niż forma, i to, co mi chodzi po głowie, czasami łatwiej wyrazić w fabule, kiedy indziej zaś – wprost, dyskursywnie. I jakkolwiek jest to myślenie jak najsłuszniejsze co do istoty, to w moim wypadku na dłuższą metę chyba jednak się nie sprawdzi. Z powodu olimpijskiego inaczej tempa pracy oczywiście też, lecz dużo ważniejsze jest coś innego. Odkryłem mianowicie, że wraz z wiekiem (i prawdopodobnie wynikającym z niego obumieraniem neuronów) nabieram coraz większej skłonności do zasklepiania się w jednym trybie. Kiedy próbuję przełączyć się na inny, przestraja się cały mój mindset. Czyli wielozadaniowość out.

Zrozumiałem, że w moim wypadku, jeśli cokolwiek chcę robić dobrze, w grę wchodzi albo tylko fikcja, albo tylko eseistyka. Przeciw eseistyce przemawia zresztą jeszcze jeden czynnik, który stał się dla mnie jasny, kiedy zastanawiałem się nad tematem Fatimy: gdybym chciał napisać o niej książkę nonfiction (a miałem, owszem, takie plany), musiałbym przeryć się przez całą istniejącą już fatimologiczną literaturę, żeby uniknąć wyważania otwartych drzwi. I to nawet przy założeniu, że pisałbym ze skrajnie subiektywnej, ściśle osobistej perspektywy. I tak w zasadzie powinno być z każdym tematem. Jak to ujął kiedyś śp. Ryszard Kapuściński: na jedną napisaną stronę przypada sto przeczytanych. Szczerze? Nie chce mi się, nie mam tyle czasu.

I w żadnym razie nie próbuję dać w ten sposób do zrozumienia, że w beletrystyce można się obijać. Nie, absolutnie nic z tych rzeczy. Chodziło mi jedynie o to, że beletrystyka daje większe pole do wypełniania luk wyobraźnią. Nie trzeba być w niej aż tak ścisłym. By napisać powieść o Fatimie, mogę spokojnie przeczytać, powiedzmy, jedną trzecią tego, co musiałbym pochłonąć, biorąc się za esej, a i tak miałbym na karku lęk, że coś pominąłem, albo że napisałem jako wielce nowatorskie i własne coś, co jakiś de Mattei, da Fonseca czy Łaszewski już dawno ogłosili jako tzw. oczywistą oczywistość. O coś takiego mi chodzi.

Odrębna sprawa to gatunki. Tu z konieczności też muszę powściągnąć własną rozrzutność. Długo biłem się z myślami, czy twardo pozostać przy thrillerach i grozie, czy może robić wycieczki np. w stronę obyczajówki. (Nawiasem mówiąc, miałem tu dość poważny literaturoznawczy dylemat, czy niezbyt, w mojej ocenie, fortunne określenie „powieść obyczajowa” można zastąpić zdecydowanie bliższym mojemu szablonowi konstrukcji akcji określeniem „dramat” – nie w rozumieniu utworu scenicznego, bo do tych nigdy mnie nie ciągnęło, lecz na zasadzie analogii do filmu.)

Odbyłem więc z samym sobą bardzo poważną rozmowę o tym, co każdy z tych gatunków dla mnie znaczy i co właściwie chciałbym / mógłbym za jego pomocą osiągnąć. Innymi słowy: czy warto za niego umierać. I pomijam już kwestie marketingowe, zgodnie z którymi oczywiście należy się jak najbardziej specjalizować. Chodzi mi o wymiar artystyczny: o to, czy ta zabawa w nawiązywanie do gatunkowości i nabudowywanie na niej własnych treści ma na dłuższą metę głębszy sens; czy w ten sposób nie odbieram sobie przypadkiem szansy na stworzenie czegoś bardziej wartościowego, innowacyjnego.

W związku z tym musiałem sobie ponownie odpowiedzieć, dlaczego w ogóle zacząłem to robić. No właśnie, dlaczego więc? Chyba głównie dlatego, że pomysł, by sięgnąć do tych wzorców i użyć ich jako bazy dla egzystencjalnych psychodram i traktatów teologiczno-filozoficznych, wydał mi się… hmm, interesujący? prowokacyjny? Zabawny? Tak, to też, bo w sumie… dlaczego, u licha, nie? W końcu co to za sztuka trzaskać albo rozrywkowe czytadełka, albo tak zwaną literaturę z pretensjami do ambitności? Prawdziwą sztuką – oraz wyzwaniem rzuconym w twarz stronnikom obu obozów – byłoby posłużenie się pierwszym jako gliną dla drugiego. Chyba właśnie mniej więcej coś takiego chodziło mi po głowie gdzieś na przełomie 2020 i 2021 roku, kiedy wykuwały mi się zręby tej idei.

Ponadto swoją rolę odegrała też potrzeba jakiegoś, jeśli nawet nie definitywnego, to przynajmniej w miarę trwałego samookreślenia na nowo po zamknięciu rozdziału dziennikarskiego, wynalezienia jakiejś własnej pisarskiej dykcji, jakiegoś patentu, który pozwoliłby mi na względnie długą jazdę bez nadmiernego miotania się. No i, oczywiście, kiełkujący gdzieś obok tego wszystkiego koncept, żeby spróbować wykorzystać gatunkowe stylizacje w charakterze pasów transmisyjnych do snucia przypowieści. Co wiązało się z moimi ówczesnymi refleksjami na temat esencjonalnych związków thrillerów i horrorów z chrześcijaństwem i potrzeby wynalezienia bardziej adekwatnego, być może opartego właśnie na nich, języka, przez który mogłoby na nowo zamanifestować się w kulturze.

Ostatnio stricte „chrześcijański” aspekt przedsięwzięcia nieco mi się rozmył. Stało się tak głównie z powodu dostrzeżenia przeze mnie ograniczeń wszelakich zjawisk muszących się na siłę definiować przez przymiotniki. Nie wspominając już o tym, że wejście w tę koleinę nieuchronnie prowadziłoby do wpisania się w schemat wojny kulturowej, który wydaje mi się coraz bardziej jałowy. Krzyża nie powinno się nosić wyrytego demonstracyjnie na czole, tylko w sercu i mózgu, tak by dyskretnie – z naciskiem na „dyskretnie” – przenikał twoje poczynania; w tym te twórcze.

Tym, co po którymś z kolei „badaniu duchów” się ostało, było natomiast przekonanie, że gatunki, o których mówimy, traktowane nie jako cel sam w sobie, lecz jako punkt wyjścia i surowy materiał do dalszego rzeźbienia, mogą stać się doskonałym narzędziem do poruszania głębszych zagadnień, rozprawiania się z różnymi nurtującymi mnie ideami czy po prostu komunikowania światopoglądu. Mogą być swego rodzaju tarczą, za którą mógłbym się ukryć, by mówić o tym, co najbardziej mnie pociąga: zawiłościach ludzkiej natury, pytaniach o to, jak działa świat, itp. I wreszcie mogą spełniać funkcję smyczy, żebym się zanadto nie rozjechał.

I to podejście… nadal się trzyma. Co niewątpliwie jest dobrym znakiem. Wahania to efekt słabego odzewu, a pokusa, by przerzucać się na coś innego – ułuda, że dzięki temu znajdę jakąś inną, lepszą publikę, która wreszcie da mi ten upragniony feedback. Tylko powiedzmy sobie szczerze: czy to, co bym pisał, żeby ów aplauz zdobyć, byłoby naprawdę moje? Poza tym sedno chyba nie tkwi w tym, co się robi, tylko w tym, by to, na co się koniec końców zdecydowaliśmy, robić na pełnej petardzie, z pełnym zaangażowaniem, wyduszając to do ostatniej kropelki. No i być w tym konsekwentnym, skoro już postawiło się tych kilka pierwszych kroków. Ja niestety zawsze miałem z tym problem.

Tak czy siak, mogę chyba śmiało powiedzieć, że literacko na pełnej petardzie odpaliłem program maksymalnej minimalizacji oraz szeroko zakrojonego zwijania się. I mimo wszelkich targających mną niepewności co do kierunku, których pewnie nigdy się nie pozbędę… właściwie dobrze mi z tym. Ech, czyli to już ten wiek? No, nie ma co, szybko poszło. A przecież jeszcze na dobre się nie rozkręciłem.