Promocyjny fragment “Drugiego przykazania”

Tak jak zapowiadałem, rozpoczynam intensywną promocję “Drugiego przykazania”. Na początek prezentuję cały pierwszy rozdział. Być może nie jest to zresztą jedyny fragment samej książki, jaki ukaże się na WNS – jeszcze nie zdecydowałem. Niektórzy z moich Czytelników mogli się już z nim zapoznać na Facebooku (nie miałem wtedy własnej strony), ale obecna wersja, w przeciwieństwie do tamtej, jest już po korekcie. Co prawda niewiele różni się od brudnopisu, ale myślę, że i tak na pewno warto sobie odświeżyć. Zapraszam.

*

Clay Dawson nigdy nie podzielał przekonania, że tragiczne wydarzenia, takie jak wypadki czy śmierć, są poprzedzane przez nadzwyczajne znaki. W swoim życiu był skłonny uwierzyć w naprawdę sporo rzeczy – przez pewien okres, zanim oddał serce Jezusowi, wyrażał nawet przeświadczenie, że Wszechświat wziął się znikąd – ale nie w to. Najpierw po prostu dlatego, że uważał to za głupie, a po nawróceniu zaczął traktować to jako niedopuszczalny dla chrześcijanina przejaw pogaństwa.

 – To racjonalizacja po fakcie – oświecił Marci Law, kiedy mniej więcej miesiąc po śmiertelnym w skutkach wylewie męża zwierzyła mu się, iż nawiedzają ją wyrzuty sumienia, że nie odczytała jakichś rzekomych, a dopiero teraz dla niej oczywistych, sygnałów i nie skłoniła Franka do pójścia do lekarza. – W ten sposób próbujemy samych siebie usprawiedliwiać – dodał, widząc na jej twarzy brak przekonania. – Nie musisz się o nic obwiniać, Marci.

Trzymał się tego poglądu konsekwentnie również po styczniowym poranku w dwa tysiące czwartym, który wywrócił całe jego życie do góry nogami.

Owszem, sporadycznie ogarniała go pokusa doszukiwania się jakichś symptomów, uporczywego analizowania wszystkiego od chwili, gdy kwadrans po szóstej zamówiony poprzedniego wieczoru telefon z recepcji wyrwał go ze snu, ale szybko ją odpędzał. Nie irytowało go to. Przyjął założenie, że w jego sytuacji jest to zupełnie naturalny proces, niemniej bardzo się pilnował, by mu nie ulegać. Nie wykluczał, że być może postępuje tak, bo nie chce przed samym sobą wyjść na chwiejnego, podatnego na zmiany stanowiska pod wpływem okoliczności. Cóż, mogło tak rzeczywiście być. Brał to jednak na klatę.

Oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z tkwiącej w takim nastawieniu pułapki. Raz już w nią wpadł.

W połowie college’u poznał Wendy i jako zatwardziały, a nawet w pewnym zakresie wojujący, ateista postanowił wyleczyć ją z naiwnej, kompletnie niedzisiejszej wiary w bajeczki o palestyńskim buntowniku, który niczym filmowy zombie po trzech dniach opuścił grób. Ponieważ nie trafiały do niej żadne argumenty, wpadł na pomysł przeprowadzenia czegoś w rodzaju śledztwa, które miałoby wykazać, że cała historia o Jezusie to mieszanina zabobonów, legend, półprawd i propagandowych manipulacji dokonywanych przez jego pierwszych czcicieli w celu uprawdopodobnienia swojej religii.

W obalanie dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa zaangażował się z pasją współmierną do uczucia, jakie żywił wobec Wendy. Niestety im głębiej brnął w temat – a w ramach swojej krucjaty poleciał nawet do Kalifornii, gdzie spotkał się z pewnym anatomopatologiem, który wszem i wobec udowadniał, że teoria, jakoby Jezus mógł przeżyć ukrzyżowanie, jest niedorzeczna z medycznego punktu widzenia – tym bardziej nic mu się nie kleiło.

Przez dobrych kilka tygodni uprawiał przeciąganie liny z samym sobą. W miarę jak kolejne zdobywane porcje wiedzy podkopywały gmach jego niewzruszonych materialistycznych dogmatów, nasilał się w nim coraz bardziej desperacki odruch obronny. I polegał on nie tyle na wzbranianiu się przed zmianą przekonań, co właśnie na obawie przed okazaniem się niekonsekwentnym.

Ale w końcu uległ.

– Wiesz – wyznała mu Wendy, kiedy przyszedł do niej skruszony z zamiarem wyjawienia, że też pragnie przyjąć Jezusa – przez cały ten czas modliłam się, żeby Bóg zabrał ci serce z kamienia i dał serce z ciała. I wysłuchał mnie. Clay, On to sprawił!

Sam już nie pamiętał, ile razy przytaczał tę anegdotkę. W którymś momencie stała się jego numerem popisowym. Poświęcił jej artykuł w The Christian Citizen, a niedługo później właśnie nią zainaugurował swoją posługę w Claremont. Kiedy mówił, ciężarna Wendy stała obok niego przy pulpicie, rumieniąc się i co chwila mocniej ściskając jego dłoń. Parafianie – a wśród nich Marci i Frank Lawowie – nagrodzili opowieść gorącą owacją.

O swoim – jak je żartobliwie nazywał – detektywistycznym nawróceniu opowiedział również na konferencji zorganizowanej przez Stowarzyszenie Baptystycznych Pastorów Nowej Anglii w Bennington, czyniąc ją punktem wyjścia dla swojego referatu o nowych metodach ewangelizacji w obliczu wyzwań stawianych przez dwudziesty pierwszy wiek. Słuchacze oczywiście byli oczarowani.

Wielu z nich dało mu to zresztą odczuć podczas stanowiącego ostatni – półoficjalny – punkt konferencji wieczornego bankietu. Roy Betford namawiał Claya do napisania książki, w której pokazałby krok po kroku, jak przystępnymi dla przeciętnego człowieka narzędziami naukowymi wykazać prawdziwość Ewangelii. Na uwagę, że byłaby to co najwyżej kolejna kropla w istnym oceanie podobnych publikacji – z niektórych Clay przecież sam korzystał – Roy odparł z właściwą sobie kordialnością, że takich kropel nigdy dość.

– To jest wojna, stary, wojna o dusze najmłodszego pokolenia – podsumował. – A my powinniśmy sięgać po strategie opatentowane przez naszego przeciwnika. Dziś, mój przyjacielu, nie wystarczy autorytatywnie orzec, że Bóg istnieje, a jeśli nie będziesz Go słuchał, to czeka cię nieciekawy los. Ty sam najlepiej wiesz, co oni na tych wszystkich uniwersytetach wyprawiają z Biblią. Trzeba grać ich chwytami. I nie brać cholernych jeńców!

Clay obiecał, że zastanowi się nad książką, po czym natychmiast zagrzebał to w najgłębszych pokładach niepamięci.

Bankiet skończył się tuż przed północą i kiedy w nielicznych chwilach ulegania pokusie doszukiwania się znaków Clay odtwarzał w pamięci jego przebieg, naprawdę nie znajdował nic, co mogłoby świadczyć, że Bóg dawał mu jakieś dyskretne przestrogi.

Na nic podobnego nie natrafił też we wspomnieniach z następnego poranka. Słuchawkę podniósł po czwartym sygnale, podziękował za budzenie, a następnie zmusił się do wygrzebania się z ciepłej pościeli i zaciągnięcia swojego półprzytomnego ciała pod prysznic. Stojąc pod strumieniem letniej wody zachodził w głowę, dlaczego właściwie nie mógłby wyjechać później. Bennington i Claremont dzieliło zaledwie nieco ponad pięćdziesiąt pięć mil, które nawet przy kapryśnej nowoangielskiej pogodzie o tej porze roku dałoby się bez większych problemów pokonać maksymalnie w dwie godziny.

Ubrał się i podniósł roletę. Za oknem przywitał go bury półmrok. Ze spiętrzonych nisko chmur sączyła się wstrętna zupa z na wpół zamarzniętego deszczu i brudnego śniegu. To przywiodło go do myśli, że być może jednak dobrze zrobił, decydując się wyjechać wcześniej. Jego pięcioletni Ford Focus nawet z zimowymi oponami nie nadawał się do szarżowania po drodze – nawet jeżeli była nią międzystanowa autostrada numer 91, regularnie odśnieżana i posypywana chlorkiem sodu.

Wrzucił rzeczy do torby i zjechał windą na parter. Przy recepcji kręciło się kilku uczestników konferencji. Wśród nich był również Roy Betford, który od razu go dostrzegł i zamachał do niego przyjacielsko.

– Naprawdę pomyśl o tej książce, stary – powiedział, potrząsając energicznie dłonią Claya.

Clay ponowił obietnicę, po czym znów nakazał sobie o niej zapomnieć. Betford zaproponował wspólne śniadanie w hotelowej restauracji. Clay obawiał się, że będzie mu wiercił dziurę w brzuchu w kwestii książki, lecz Roy go oszczędził.

Dwadzieścia po siódmej Clay ruszył z hotelowego parkingu i udał się w drogę do domu, która miała odmienić całą jego przyszłość. Czego – jak konsekwentnie utrzymywał przez kolejne lata – absolutnie nic nie zapowiadało. Do zrewidowania owej kategorycznej opinii nie zdołał go przekonać nawet Roy, który opuścił hotel pół godziny później i trafił w sam środek piekła z Clayem w roli głównej. Co jak najbardziej uznał za nadprzyrodzoną ingerencję Opatrzności i przy każdej nadarzającej się okazji to podkreślał.

– Bóg chciał, żebym znalazł się dokładnie w tamtym miejscu o dokładnie tej porze – tłumaczył Clayowi cierpliwie, jak niezbyt pojętnemu uczniowi. – Myślę, że z czasem ty też to zrozumiesz i zaczniesz na to patrzeć w ten sposób. Nie widzę innej możliwości.

Ale to było później – znacznie później. Na razie Clay delektował się kojącym ciepłem we wnętrzu forda i wizjami relaksu w domowym zaciszu. Kiedy przyjedzie, dom będzie pusty, bo Wendy i Brian pojadą do szkoły. Zanim wrócą i rzucą mu się na szyję, będzie miał kilka godzin na leniwe przełączanie kanałów, czytanie i ogarnięcie najpilniejszych spraw związanych z parafią, których przez dwa dni nie powinno się zbytnio nagromadzić. Wendy na bieżąco załatwiała wszystko, co była w stanie. Czasem naprawdę go zadziwiała. A owo zadziwienie zawsze było podbite solidną dawką czułości. Nie sądził, że to możliwe, ale z każdym rokiem kochał ją coraz silniej – ją i Briana.

Dlaczego więc do niej nie zadzwonił? Mógł to zrobić zaraz po przebudzeniu lub tuż przed wyjazdem. A jednak jakoś mu to umknęło. Rozmawiali tuż przed bankietem. Powiedział jej, o której zamierza wyjechać, i uznał, że to wystarczy, ale teraz zaczęły go dręczyć wyrzuty sumienia – z każdą chwilą coraz bardziej natarczywe.

Żeby je zagłuszyć, sięgnął do schowka po stronie pasażera i wyjął jedną z tkwiących tam zawsze płyt. Po omacku wyłuskał krążek z plastikowego pudełka i wsunął do odtwarzacza. Z głośników popłynęło How Great Is Our God. Miękki tenor Chrisa Tomlina natychmiast poprawił mu nastrój. Nawet szara mglistość poranka wydała mu się nieco jaśniejsza, a wycieraczki zgarniające z przedniej szyby lodowatą breję nabrały dostojnej posuwistości.

– On przyobleka się w światłość, a ciemność usiłuje się skryć i drży na dźwięk Jego głosu; jak wspaniały jest nasz Bóg – śpiewał tymczasem Chris Tomlin.

O wpół do dziewiątej Clay, ukołysany muzyką i optymistycznie nastawiony do świata, przejechał przez Brattleboro. Śnieg z deszczem przeszedł w drobną, lecz zawzięcie siekącą karoserię krupę. Nadal było szaro i mgliście. Claya mijało niewiele samochodów, a jeśli już, były to przeważnie ciężarówki i furgonetki dostawcze. Powoli zbliżał się do mostu nad West River. Kiedy jego kształt w końcu wynurzył się z lepkiej, zawiesistej mgły i zamajaczył przed maską Forda, Clay zastanawiał się nad rolą popkultury w dziele ewangelizacji. Ciekawą prelekcję na ten temat wygłosił wczoraj Zack French – znawca i popularyzator chrześcijańskiego kina.

Pokazywał wykresy, z których wynikało, że dystrybucja chrześcijańskich filmów na kasetach wideo i płytach DVD prawie dorównuje tym z szeroko rozumianego głównego nurtu. Kreślił wizję ekspansji chrześcijańskich treści w dobie rozwoju Internetu. Przewidywał, że najdalej za dwadzieścia lat chrześcijański przemysł rozrywkowy urośnie do rozmiarów potęgi dorównującej niejednej hollywoodzkiej wytwórni.

Clay był zdania, że Zack daje się ponieść przesadnemu optymizmowi. Niemniej gdy teraz rozważył tę kwestię na spokojnie, doszedł do wniosku, że sugestia Roya wcale nie musi być taka głupia. Czy byłby w stanie napisać książkę, a może nawet scenariusz filmu o swoim nawróceniu? Historia przemądrzałego ateisty, rzucającego na prawo i lewo cytatami z Bertranda Russela, który zakochuje się w wierzącej dziewczynie i zamiast przeciągnąć ją na swoją stronę, sam odnajduje Jezusa, mogłaby być całkiem zabawna, a przy tym pouczająca.

Oczyma wyobraźni ujrzał nagle początkowe sceny tego hipotetycznego filmu oraz czołówkę ze swoim nazwiskiem jako pomysłodawcy.

Chwilę później, zanim zdążył się zorientować, co się dzieje, ujrzał wyrastającą tuż przed maską czerwoną kabinę pędzącej niczym taran ciężarówki z naczepą. Poczuł, jak jego mózg zalewa eksplozja adrenaliny, i w ostatnim rozbłysku przeraźliwie jasnej świadomości sytuacji, w której się znalazł, zdążył jeszcze pomyśleć, że jeśli jakimś cudem wyjdzie z tego żywy, będzie miał nowy numer popisowy, przy którym ten o śledztwie okaże się dziecinną czytanką na dobranoc.

Jeśli przeżyje. W co miał jeszcze czas zwątpić.

A potem…

*

Tyle na razie. A poniżej utwór, którego słucha Clay.

Kolejne publikacje niebawem. Póki co oczywiście nieustająco zachęcam do zapoznawania się ze “Spełnieniem” oraz do subskrybowania strony przez mail.

Podziel się tym ze znajomymi.