Promocyjny fragment “Spełnienia”

Tak jak obiecałem w zeszłym tygodniu, informując o zbliżającej się premierze mojej najnowszej powieści, dziś publikuję jej promocyjny fragment. Jest to cały pierwszy rozdział. Dokładna data premiery wciąż jeszcze się waży. Książka jest już złożona, czeka tylko na numer ISBN. A na razie zapraszam do lektury.

***

Budynek wydziału anglistyki stał na obrzeżach parku. W opinii Dana zaliczał się do najładniejszych gmachów uniwersytetu, rozrzuconych bezładnie po całym Barrington. Od zachodu park graniczył z osiedlem niezbyt estetycznych akademików, a od wschodu górował nad nim zabytkowy ratusz z dwiema wieżami sprawiającymi wrażenie, jakby tylko czekały, aż ktoś naciśnie guzik, by mogły oderwać się od bryły i poszybować w krystaliczne wrześniowe niebo.

Od strony akademików do parku prowadziła szeroka furtka z neoklasycystycznymi kolumnami. Za nią rozciągał się kolisty dziedziniec z umieszczoną w centralnym punkcie fontanną i otaczającym ją wieńcem ławek. Południowy bok biegł wzdłuż głównej ulicy, od której oddzielała go rzeczka meandrująca nieregularnymi zygzakami pod siecią mostów. Jej najbardziej reprezentacyjny odcinek znajdował się u podnóża pagórka, na którym Dan zamierzał spędzić najbliższe dwa semestry. Po rozmigotanej, leniwej wodzie pływały ozdobne kaczki. Dan miał nadzieję, że podczas zajęć będzie mógł na nie popatrywać.

Na razie jednak uznał, że najważniejsza jest filiżanka dobrej mocnej kawy. Naprzeciwko parku dostrzegł cukiernię z wystawionymi na zewnątrz stolikami. Przy jednym z nich, wciśniętym w głąb tarasu, siedział chłopak o wyglądzie futbolisty i wpatrzona w niego niczym w bóstwo ruda dziewczyna. Nie zwrócili uwagi na lekko utykającego mężczyznę w sportowej marynarce i dżinsach, którego skronie zaczęły siwieć o kilka lat za wcześnie.

Dan wszedł do środka, mrużąc oczy. Ogarnął go przyjemnie orzeźwiający chłód. Pod sufitem szumiały wentylatory. Z umieszczonych w rogach sali głośników sączył się Bill Evans. Dan usiłował sobie przypomnieć tytuł, ale nie potrafił. Podobnie jak w całym mieście o tej porze było tu sennie i prawie pusto. Znudzona kelnerka w żółtym fartuszku przecierała szklany blat lady, pod którym pyszniły się ciastka i pojemniki z lodami. Dwie inne poszeptywały o czymś z ogromnym zaaferowaniem. Pojawienie się gościa zdawało się być całkowicie poza ich percepcją.

Dan umościł się w półokrągłym, obitym ciemnobrązowym skajem fotelu, jak zawsze nieco niezdarnie operując prawą nogą. Zaraz na początku – a przynajmniej kiedy mógł już chadzać do kawiarń – ten manewr często kończył się wyrżnięciem kolanem w spód stolika. Kilkakrotnie stało się to przyczyną żenujących sytuacji. Raz czy dwa nawet strącił to, co na nim stało. Postanowił jednak się nie przejmować. Stłuczona szklanka czy plamy z wina na obrusie to pryszcz w porównaniu z wózkiem inwalidzkim.

Teraz, ponad siedem, a właściwie już prawie osiem lat później, utykanie tylko w niewielkim stopniu wynikało z doznanych obrażeń. Dan po prostu przywykł do takiego sposobu chodzenia. W każdym razie lubił tak myśleć. Tak czy owak chirurdzy i rehabilitanci wykonali kawał doskonałej roboty, a właściwie udało im się dokonać czegoś na granicy cudu.

Za plecami Dana otworzyły się drzwi i weszła grupka młodych mężczyzn. Przecięli salę na ukos i rozmawiając półgłosem, znikli na krętych schodach prowadzących na piętro, gdzie znajdowała się pizzeria. Kelnerki przerwały szczebiotanie. Jedna podążyła za nimi, a druga – wyższa i z pszennymi włosami związanymi w długi koński ogon – podeszła do Dana.

– Coś do kawy, panie Kushner? – zapytała, gdy złożył zamówienie, po czym mrugnęła do niego porozumiewawczo, najwyraźniej bardzo rozbawiona jego zmieszaniem. Na przypiętej do jej fartuszka plakietce widniało imię Francesca.

– Widzę, że prawdę mówią o hermetycznych akademickich społecznościach, w których nic się nie ukryje – odpowiedział jej, starając się nie okazać, jak duże owo zmieszanie rzeczywiście było i jak mimo wszystko przebijała przez nie nuta satysfakcji.

Razy, kiedy mu się to zdarzyło, mógłby zliczyć na palcach obu dłoni. Apogeum nastąpiło po emisji  „Śladów amerykańskich mistrzów”, gdzie był narratorem i przewodnikiem po autentycznych miejscach związanych z sześcioma gigantami literatury i ich twórczością. Serial półtora roku temu pokazała Discovery Historia zarówno w Stanach, jak i w Europie. Bezpośrednio po nim zaobserwował skokowy przypływ followersów na Twitterze i Facebooku.

Nie był to jego pierwszy flirt z popkulturą – właściwie po cienkiej granicy oddzielającej ją od kultury przez wielkie K poruszał się cały czas – jednak z pewnością najbardziej spektakularny. I opłacalny finansowo, czego niektórzy najwytrwalsi nonkonformiści nie wybaczyli mu do dziś.

– Któż inny mógłby wpaść w samo południe do naszej humanistycznej mekki? – podjęła Francesca, a Dan odruchowo pomyślał o wyświechtanym motywie uwodzenia studentek przez wykładowców, który nieodzownie musiał pojawić się w każdej powieści czy filmie rozgrywającym się na uniwersytecie.

– Pewnie przywiódł mnie tu naturalny instynkt. Albo po prostu zapach tych dorodnych ciastek z wisienką – nie pozostał jej dłużny.

– Podać któreś? Mamy też o smaku cappuccino i…

– Nie, nie, dzięki. Od cukru dostaję małpiego rozumu. A nie chciałbym się zbłaźnić przed dziekanem. Tylko kawa.

Francesca nachyliła się do niego konspiracyjnie.

– Nie wszyscy na wydziale byli zachwyceni pana przyjazdem. Nie twierdzę, że akurat Palmerson, ale…

Danowi przemknął przez myśl kolejny kanoniczny trop uczelnianych opowieści – wykładowca outsider, którego uwielbiają studenci, lecz już niekoniecznie ciało pedagogiczne. Zwykle jest nim stosujący niekonwencjonalne metody profesor albo wypalony, uwikłany w różne dziwaczne historie z kobietami, a do tego cierpiący od nadmiaru używek pisarz. W tym układzie musi się też prędzej czy później pojawić figura adepta – obdarzonego nieprzeciętnym talentem i przytłoczonego własną nadwrażliwością, w którym stary pryk ujrzy siebie z przeszłości.

Dan średnio wpasowywał się w te kryteria. Nie licząc epizodu w Chatham zaraz po studiach, gdzie raczej nie wybijał się ponad tłum asystentów i początkujących wykładowców, zdarzało mu się prowadzić sporadycznie gościnne warsztaty lub wygłaszać prelekcje, ale robił to wyłącznie z przyczyn praktycznych. Pisarzem w szerokim znaczeniu tego słowa mógł się zaś czuć jedynie o tyle, o ile odnosiło się to do faktycznej czynności wystukiwania liter i czerpania z tego mniejszych lub większych profitów.

Gdyby więc potencjalny adept się pojawił, nie miałby mu wiele do zaoferowania i prawdopodobnie szybko by go do siebie zniechęcił. Może to zresztą i lepiej. Dan zawsze uważał, że jest w tym ukryty podtekst homoseksualny. Ale istniała też kobieca wersja tej postaci – przesadnie ambitna, tryskająca erotyzmem studentka.

– Sądząc po tym, jak dobrze jest pani poinformowana, wnioskuję, że zobaczymy się na moich zajęciach – puścił do niej oko, od razu zastanowiwszy się, czy nie podpada to pod molestowanie i jak tę scenę rozegrałby Amis lub Chabon.

– Żałuję, ale moją specjalnością jest lingwistyka porównawcza. – Uśmiechnęła się z odcieniem czegoś, co można by uznać za sympatię, i poszła zrealizować zamówienie.

Kiedy dopijał kawę, w cukierni zaczął się wzmożony ruch. Większość z tych, którzy wchodzili, kierowała się od razu na górę, ale kilka osób zajęło miejsca w pobliżu Dana. Francesca bardzo zwinnie lawirowała między nimi. Dan wysączył ostatni łyk i wyszedł, posyłając jej przelotne, dyskretne skinienie. Odpowiedziała promiennym i chyba przyjaznym uśmiechem.

Na ulicy też zrobiło się tłoczno, jakby nagle wszyscy się zmówili. Od strony wygiętego w lekki łuk mostka z białymi balustradami nadciągały grupki żywo gestykulujących studentów. Dan wymijał je, czując się nieomal winny, że podąża w przeciwnym kierunku. W zdecydowanej większości musiał to być narybek anglistyczny i Dan podświadomie spodziewał się, że zostanie jeszcze przez kogoś rozpoznany. Próżność? Nigdy nie twierdził, że jest od niej całkiem wolny. Poza tym jego wizerunek nie był tajemnicą. Widniał pod wszystkimi jego tekstami w „The New York Review of Books”, nie wspominając o mediach społecznościowych. A może po prostu stara dobra trema?

Miał kilka powodów, żeby ją odczuwać. I najważniejszym bynajmniej nie było to, że brakowało mu doświadczenia w pracy dydaktycznej. Francesca trafiła w punkt. Nie wszyscy byli zachwyceni jego przyjazdem. Właściwie mógł się tego spodziewać. Zdziwiłby się zresztą, gdyby było inaczej.

– Nie ogarniam twoich skrupułów – stwierdził Bill podczas ostatniej rozmowy telefonicznej. – Przecież stanowisko nie zostało stworzone specjalnie dla ciebie. Sprawa jest czysta. Zanim twoja kandydatura w ogóle wypłynęła w lutym na posiedzeniu zarządu, mieli już na widelcu paru naprawdę niezgorszych frajerów.

– Czyli dajesz do zrozumienia, że godząc się, ja także jestem frajerem. – Dan wiedział, że Bill nie to miał na myśli, ale chciał posłuchać, jak się tłumaczy. A może po prostu potrzebował dodatkowych argumentów.

– Chodziło mi o to, że nie wypadłeś sroce spod ogona. Jesteś kimś. Twoje nazwisko coś reprezentuje. To ty jesteś nośnikiem prestiżu. Gdybym cię nie przeforsował, wybuchłaby walka buldogów pod dywanem. Wygrałaby ją któraś z miernot z kajecika Palmersona.

Dan nie odpowiedział, że być może paradoksalnie byłoby lepiej, choć miał to na końcu języka. Jego część – wcale nie tak znów mała – pragnęła tego. Tak po prostu i czysto po ludzku. Byłby załganym hipokrytą, gdyby nie przyznał przed samym sobą, że Billowi udało się połechtać jego próżność. I to nawet przy założeniu, że Bill uczynił to z pewną dozą wyrachowania, charakterystyczną dla zamożnych ludzi. Nie stało ono jednak w opozycji do łączącej ich od ponad siedmiu lat przyjaźni i Dan o tym wiedział.

Bill wszystkie sprawy załatwiał w ten sposób. Był jednym z tych nadzianych facetów, którzy pełni jak najszczerszych intencji kupują ci porsche, gdy dostrzegą, że coś cię trapi. Trzeba było nauczyć się to w nim akceptować.

A jednak, przekraczając teraz most, Dan poczuł delikatny ucisk w dole brzucha. Cholera, naprawdę miał tremę. Jak w czasach studiów.

***

Mam nadzieję, że fragment Cię zachęcił. A jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co robię, zasubskrybuj stronę.

Podziel się tym ze znajomymi.