Przygotowując się do premiery “Drugiego przykazania”

Zanim przejdziemy dalej… Tak, grafika, którą widzicie, prezentuje okładkę książki. Nie jest to jeszcze jej ostateczna wersja – to i owo być może w niej zmienię – ale prawdopodobnie jest już tego stadium bliska. Zawiera z grubsza wszystkie elementy, które definiują to, co znajdziecie w samej powieści. Natomiast z chwilą opublikowania tej notki rozpoczynam oficjalne odliczanie do premiery, która odbędzie się dokładnie za dwa miesiące, czyli w Wielkanoc. Odliczanie i… propagowanie, bo teraz na WNS będzie się ukazywać sporo materiałów mniej lub bardziej z tym projektem powiązanych. Ten wpis możemy potraktować jako inauguracyjny.

Historia opowiada o pewnym wiarołomnym pastorze, który złamał tytułowe drugie przykazanie, czym oczywiście ściągnął na siebie i ludzi, z którymi się zetknął, nieliche kłopoty. Sądzę, że w miarę ukazywania się kolejnych notek około książkowych niektóre szczegóły i tak zostaną przez Państwa odgadnięte, aczkolwiek postaram się nie zdradzić samego clou. W tym przypadku, w przeciwieństwie do “Spełnienia”, które jest stricte rozrywkowym kryminałem, napisanym zresztą jeszcze przed podjęciem przeze mnie ostatecznej decyzji, że będę zajmował się tematami chrześcijańskimi, nie będzie nim odpowiedź na pytanie, kto zabił, ale powinno być równie ekscytująco. Choć fakt faktem – na nieco innej płaszczyźnie.

Ano właśnie, “Spełnienie”! Wspominałem już, że “Drugie przykazanie” ma z nim sporo wspólnego i zarazem znacząco się od niego różni. Łączy je formuła, którą zastosowałem, natomiast całkowicie odmienne są założenia i przyświecające mi podczas pisania motywacje. Jednak by móc to dobrze wyjaśnić, muszę wejść w rejestry osobiste. Nie za bardzo – akurat tyle, ile jest niezbędne do pokazania zarówno samego podłoża, jak i wymowy książki, na uwypukleniu której, nie ukrywam, dość mocno mi zależy.

Ci, którzy przeczytali “Spełnienie”, a co za tym idzie – zamieszczone na końcu posłowie, wiedzą, w jak specyficznych warunkach powstawała tamta powieść. A dla tych, co nie czytali, streszczam: pisałem ją w trakcie pierwszego półrocza… no, chyba sami wiecie czego, prawda? Nie każcie mi tego słowa powtarzać. Mój stosunek do tej, nazwijmy ją tak dyplomatycznie, sytuacji nigdy nie był tajemnicą i z żadnej oceny się nie wycofuję. Przeżywałem wtedy coś w rodzaju… hm, jak to określić? aksjologicznej zapaści? depresji? Po prostu – zawaliło mi się wszystko, w co przez ostatnie lata wierzyłem i w co się angażowałem, sądząc, że postępuję słusznie. Ludzie, którzy dotąd wydawali mi się rozsądni, nagle potracili rozumy. Zresztą… długo by opowiadać.

“Spełnienie” stało się dla mnie ucieczką. Przede wszystkim ucieczką od świata wartości, który został w moich oczach zbrukany dezercją i popadnięciem w zbiorową psychozę tych, których ze staniem na jego straży utożsamiałem. A zwłaszcza – tak, nie będę tego ukrywał – ludzi Kościoła. Oczywiście nie pisałem ani kierowany wyłącznie odruchem buntu, ani z pobudek czysto rozrywkowych – nie, u mnie tak to nie działa – co jednak nie zmienia faktu, że potrzebowałem czegoś innego. Czego? Cóż, przede wszystkim powrotu do źródeł – do literatury, do myślenia jej kategoriami. Zaś efektem tego stało się właśnie “Spełnienie”.

Tamte miesiące… to był naprawdę koszmarny czas. Ale w każdej ciemności zawsze pobłyskuje jakaś światłość. W moim wypadku było nią przynaglenie do powrotu do wiary. No, może nie do wiary, bo tej w najbardziej podstawowym rozumieniu nigdy nie porzuciłem, ale do nawiązania ponownej więzi z Chrystusem. Co, onieśmielam was? Czujecie się zgorszeni? Nie tego się spodziewaliście? Nie tak powinno się uprawiać pisarski lans? Nieprzyzwoite mieszanie porządków odpierniczam? Sorki, nic innego nie dostaniecie. Komu się nie podoba, nie musi czytać. A wracając…

Tak czy inaczej, to pozwoliło mi się na nowo pozbierać, znaleźć nowy sens i inne temu podobne… no wiecie, o co chodzi. I tak jak pisanie “Spełnienia” przetarło mi mentalne szlaki do zrekonstruowania zerwanego dawno temu, gdy wpadłem w wir publicystyki, kontaktu z literackością, tak powrót do Chrystusa sprawił, że znów zacząłem dostrzegać wertykalny wymiar rzeczywistości, a także jej głębię. Za tym natomiast zupełnie naturalnie podążyła potrzeba wprzęgnięcia twórczości do tej perspektywy. I to do tego stopnia, że przez pewien czas całkiem serio rozważałem zostanie pisarzem sensu stricto chrześcijańskim. Ale o tym więcej przy innej okazji.

W każdym razie wypadkową tego jest “Drugie przykazanie”. Doskonale pamiętam letni wieczór, gdy pomysł na tę historię wpadł mi do głowy w jednym obezwładniającym olśnieniu. Z jego realizacją odczekałem jeszcze prawie rok, bo musiałem doprowadzić do końca sprawę “Spełnienia”. Które – nawiasem mówiąc – omal nie zostało przeze mnie wyrzucone do śmieci, bo poza kilkoma innymi powodami dopadła mnie wątpliwość, czy Jezus by takiej książki chciał. Tak, mówię serio – miałem takie rozkminy. Potem jednak doszedłem do wniosku, że mimo wszystko mógłby chcieć.

Jeśli myślicie, że pisanie z Nim w polu widzenia to cukierkowe pitolenie, to… nie mamy o czym gadać i ponawiam propozycję opuszczenia obecnego tu szacownego towarzystwa. Ale nie dziwię się wam – ja też tak długo myślałem. Dopiero gdy z tym paradygmatem zerwałem, byłem w stanie napisać “Drugie przykazanie” tak, jak od początku sobie zamierzyłem. To nie jest grzeczna książka. Ale stworzyłem ją – tak przynajmniej pragnę wierzyć – ku Jego chwale i z nadzieją, że jakoś tam przysłuży się sprawie Jego Królestwa na Ziemi.

Tadeusz Różewicz w “Szkicu do erotyku współczesnego” stwierdził, że biel najlepiej opisać szarością, słońce deszczem, a chleb – głodem. Ja może nie posunąłbym się do aż tak radykalnych deklaracji – nie zawsze i nie w każdym przypadku – niemniej do “Drugiego przykazania” pasuje mi to jak ulał. W nim wierność definiuje się poprzez zdradę, a czystość przesłania Chrystusa – poprzez jego wypaczenie. A tak naprawdę centralnym problemem, który chciałem poruszyć i który rzeczywiście żywotnie mnie interesuje, było pytanie, czy, a właściwie jak, bo kwestia “czy” pozostaje poza dyskusją wobec wcale licznych przypadków, jest możliwe rozmienienie autentycznego doświadczenia Boga na drobne.

Weźmy na ten przykład Łazarza. Czy zastanawialiście się kiedyś, jak mogłoby wyglądać jego życie po wskrzeszeniu przez Jezusa? Czy mógłby… zmarnować ten dar? Pójść niewłaściwą drogą? Czy mając za sobą doświadczenie tak niezwykłe – plus to, co być może widział, kiedy po śmierci jego dusza trafiła w zaświaty – mógł, mówiąc kolokwialnie, się zeszmacić? I pomijam w tym momencie rozmaite podania, według których po zmartwychwstaniu przez kolejne czterdzieści lat niestrudzenie głosił Ewangelię, a być może nawet trafił na tereny dzisiejszej Francji.

Oczywiście mógł zrobić wszystko. Cud, dzięki któremu powrócił do życia, nie pozbawił go przecież wolnej woli, a on sam nie przestał być człowiekiem w pełnym wymiarze tego słowa i ze wszystkimi konsekwencjami – dobrymi i złymi. Więc owszem, potencjalnie jak najbardziej mógł to spartolić. A to, że najprawdopodobniej tego błędu uniknął, nie oznacza, że takie rzeczy w ogóle się nie dzieją. Mnie zaś interesuje, jak do tego dochodzi i do czego taki proces może doprowadzić. A już szczególnie gdy dopuszcza się tego osoba ucząca o Bogu innych. I z takich właśnie dywagacji narodziło się w mojej głowie “Drugie przykazanie”.

Plus oczywiście, tak jak już wspominałem, fascynacja wytworami tak zwanej chrześcijańskiej kultury – zwłaszcza książkowymi i filmowymi. Eksplorując je, natrafiłem na kilka autentycznych historii, które mnie zainspirowały i których odpryski złożyły się na opowiedzianą w książce fabułę. Będę o nich tutaj szczegółowo pisał – ze względu na ich powiązania z moją powieścią, ale też po prostu dlatego, że są to ciekawe i skłaniające do refleksji przypadki same w sobie. Poruszę też szerzej kilka innych ważnych dla mnie zagadnień, które przy okazji włożyłem do “Drugiego przykazania” – między innymi kwestia przebaczenia grzechów czy… doświadczenie NDE.

Zaś wszystko to razem wzięte sprawia, że trochę trudno mi jednoznacznie określić przynależność gatunkową mojego dziełka. Będzie zabawa przy wprowadzaniu go do księgarń. Jest tam szczypta dramatu, thrillera, a nawet grozy. Na dodatek kiedy ostatnio czytałem je głośno Małżonce, oboje doszliśmy do zaskakującego wniosku, że tekst zawiera całkiem sporo akcentów komediowych. I to mimo iż pisałem go zupełnie na serio. Nie wiem, czy wynikało to ze sposobu mojego czytania, czy niezamierzenie te tony rzeczywiście tam przeciekły. Może po prostu dał o sobie znać mój instynkt satyryczny.

No ale o tym wszystkim przekonamy się za dwa miesiące. Póki co rozpoczynamy wielkie odliczanie. W Księgarni na WNS powieść pojawi się w wielkanocny poranek, w sklepach zewnętrznych – najpewniej też lub coś koło tego. Na razie nieustająco zachęcam do zapoznawania się ze “Spełnieniem” oraz do subskrybowania strony przez mail, żeby być na bieżąco. To chyba najpewniejsza droga. No i, jeśli ktoś by sobie życzył, do wsparcia mojej pracy darowizną w dowolnej kwocie.

Podziel się tym ze znajomymi.