W „Opowiem Ci coś” o kosmitach

W „Opowiem Ci coś” o kosmitach

W tej odsłonie podcastu – nie najnowszej już, ponieważ w chwili, gdy piszę tę notkę, na „Opowiem Ci coś” zdążył wylądować kolejny odcinek – zapraszam w klimaty science fiction. A przynajmniej czegoś do nich zbliżonego, bo – jak to zwykle u mnie – nic nie jest do końca tym, czym się wydaje, konwencje się miksują, a jedne rzeczy służą do opowiadania o innych. „Seans do wyboru” powstał – jeżeli dobrze pamiętam – w dwa tysiące trzynastym lub dwa tysiące czternastym. Jest to jak dotąd najdłuższy pojedynczy odcinek (nie za bardzo miałem pomysł, jak go podzielić), a na dodatek jego nagranie wiązało się z przeprawą, która sama w sobie mogłaby stać się opowieścią.

Rzecz traktuje o niejakim Andym Colemanie – człowieku obdarzonym niezwykłymi zdolnościami – który pracuje dla amerykańskiego rządu i ma do wykonania dosyć karkołomne zadanie. Zostaje mianowicie wysłany do Krainy Marzeń, czyli po prostu do słynnej Strefy 51, która bywa również nazywana Dreamland, żeby przesłuchać tam… no oczywiście, kogóż by innego? Konwersacja z czarnookim obcym wymyka się spod kontroli – przesłuchiwany wmanewrowuje przesłuchującego w psychologiczną grę, w wyniku której wychodzą na jaw pewne fakty z życia Andy’ego, o których nie wiedział lub też za wszelką cenę starał się je wyprzeć. Co prowadzi do nieoczekiwanego finału.

Posłuchajcie więc, a poniżej jeszcze kilka słów dla cierpliwych.

Cóż, nie będę się tłumaczył, dlaczego coś takiego napisałem, ani narzucał jakiejś jedynie słusznej interpretacji. Podam jedynie kilka szczegółów, które być może pozwolą lepiej ten tekst odebrać. A zatem…

Oczywiście formalnie jest to pewnego rodzaju gra z kliszami. Bezpośrednią inspirację stanowiła dla mnie fascynacja starym kinem s f, którą wtedy przeżywałem. Tymi wszystkimi obrazami w rodzaju odgrywającego zresztą dosyć ważną rolę w fabule „Ziemia kontra latające spodki”, „To przybyło z przestrzeni kosmicznej” czy „Inwazji porywaczy ciał”. Sama historia również jest mocno filmowa. I to zarówno w tytule, jak i w treści. Po prostu próbowałem przekazać w niej coś z owej niezwykłej aury, jaką emanuje kino – w sensie medium, ale też miejsca. Kto bywał w dawnych małych kinach, ten wie, co mam na myśli.

Wykorzystałem ponadto odniesienia do kilku chodliwych teorii spiskowych. Głównie tej mówiącej o tajnej organizacji pod kryptonimem Majestic 12, która jakoby miała powstać w 1947 roku na rozkaz prezydenta Harry’ego Trumana w celu badania obecności przedstawicieli pozaziemskich cywilizacji na naszej planecie, a także – ma się rozumieć – ukrywania tego przed społeczeństwem. Ale również tej, rzekomo w przeciwieństwie do poprzedniej mającej jakieś umocowanie w faktach, według której amerykańskie służby w czasie zimnej wojny zupełnie na serio rozważały możliwość wykorzystywania w działalności szpiegowskiej zdolności paranormalnych.

Aczkolwiek kluczowe jest coś innego. Otóż „Seans…” jest, poza wszystkim innym, elementem uniwersum, które wówczas nieśmiało zacząłem budować, a następnie, w wyniku splotu różnych okoliczności, które odwiodły mnie od literatury w ogóle – o czym szerzej piszę w posłowiu do „Spełnienia” – porzuciłem. Do tego uniwersum należy m.in. moja debiutancka powieść „Drzewo różane”, opublikowane już w podcaście „Uśpione królestwa” i jeszcze kilka innych drobniejszych historii. Nie będę tu kreślił mapy szczegółowych powiązań „Seansu…” zwłaszcza z „Drzewem…” – zostawiam to dociekliwym.

Idea uniwersum stopniowo zaczęła we mnie odżywać wraz z powrotem do literatury. I sądzę, że będę je jednak rozwijał. Pociąga mnie to. I bynajmniej nie dla samej zabawy. Po prostu, gdy pisząc „Drzewo różane” zacząłem ten koncept przetrawiać, zafrapowała mnie w nim możliwość ukazania wieloznaczności świata – choćby poprzez stawianie tych samych wydarzeń czy postaci w różnym świetle. Początkowo chciałem się w to bawić na terenie jednego fikcyjnego miasteczka, ale potem doszedłem do wniosku, że można ów obszar poszerzyć.

Poszerzyć w sensie geograficznym, ale także gatunkowym, bo pierwotnie zamierzałem trzymać się wąsko pojętego realizmu oraz konwencji obyczajowej. Tyle że nie jestem ani szczególnie dobrym realistą, ani – tym bardziej – znawcą prowincjonalnych polskich miasteczek. Jest to więc też trochę ćwiczenie w uwalnianiu wyobraźni ze zbyt ciasnych ram.

I do tego w gruncie rzeczy sprowadzałby się „Seans do wyboru”. Choć oczywiście można, a nawet należy czytać / słuchać go przede wszystkim jako autonomiczną opowieść.

*

A na koniec tradycyjnie: zapraszam do Księgarni – szczególnie zachęcam do najnowszej powieści pt. „Drugie przykazanie” (tak, tak, ono też jakimiś tam niteczkami łączy się z innymi rzeczami, z których większość jeszcze nie powstała). Nabycie którejś z książek będzie dla mnie największą nagrodą. Chociaż oczywiście, gdyby ktoś chciał – np. jako podziękowanie za podcast, który jest i pozostanie darmowy – można przekazać mi darowiznę w dowolnej kwocie. Zachęcam również do zasubskrybowania strony.

Subskrypcja stanowi coś w rodzaju substytutu pełnoskalowego newslettera, do rozkręcenia którego jakoś nie mogę się póki co przełamać. Ale niewykluczone, że o tym pomyślę.

Podziel się tym ze znajomymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.